Teatr, sezon 2015/16, najlepszy najlepsza najlepsze!

Marcin Czarnik w serialu Pawła Demirskiego i  Moniki Strzępki ARTYŚCI

Marcin Czarnik w serialu Pawła Demirskiego i
Moniki Strzępki ARTYŚCI

Miesięcznik Teatr zaprosił 16 krytyków do podsumowania sezonu w ankiecie NAJLEPSZY NAJLEPSZA NAJLEPSZE sezonu 2015/16. Jako, że w tym roku do R16 nie awansowałem, postanowiłem się do takiej ankiety zaprosić na swoim blogu sam.
A Państwa zapraszam do lektury!

Najlepsza książka o teatrze:
Proces Franza Kafki, przewiązany czarną wstążką – jako obowiązkowa lektura dla Państwa z Dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego
Cwaniary Sylwii Chutnik, najważniejsza książka o Teatrze Studio w Warszawie – no, może oprócz Metodyki zarządzania projektami na Placu Defilad.

Najlepsza scenografia:
Scenografia Katarzyny Borkowskiej do spektakli: Księgi Jakubowe z Powszechnego w Warszawie oraz Śmierć i dziewczyna z Polskiego we Wrocławiu. Absolutne mistrzostwo – niezwykła wyobraźnia, wspaniałe pomysły oraz czyste piękno, które jest najbardziej emblematyczną wizytówką tej artystki. Obrazy, które tworzy Borkowska, mogłyby spokojnie wisieć w Prado albo innym Ermitażu. W spektaklu na podstawie prozy Tokarczuk tylko scenografia dorównywała oryginałowi pod względem wizji, piękna i poezji, przeglądając się w niesamowitych zwierciadłach, wyczarowanych przez Borkowską na scenie.

Niezwykle inteligentna, sugestywna oraz igrającą różnymi metaforami scenografia/widownia Barbary Hanickiej w Juliuszu Cezarze Barbary Wysockiej w Powszechnym.

W miesięczniku Teatr nie było kategorii światło, ale ja ją dodam w tym miejscu – na laury zasłużyła w tym sezonie Katarzyna Łuszczyk za niezwykłej urody światło, oświetlające Potwora i spółkę w spektaklu Frankenstein w reż. Bogusława Lindy z Teatru Syrena. Napięcie między okropnością Potwora a urodą światła Łuszczyk jest istotnym składnikiem tej lepszej, jaśniejszej strony przedstawienia.

Najlepsza choreografia:
Choreografia Dominiki Knapik do spektaklu Śmierć i dziewczyna, która stała się błogosławieństwem i zarazem przekleństwem przedstawienia Marciniak. Błogosławieństwem, bo ruch sceniczny Knapik jest jedynym powodem, żeby zobaczyć ten spektakl raz jeszcze, przekleństwem, bo na jego tle wiele rzeczy pachnie amatorszczyzną… nie czas jednak na krytykę! Wracając do Dominiki Knapik, muszę napisać, że do dzisiaj śnią mi się sceny „łyżwiarskie” czy też te, w których bohaterka doznaje erotycznego zagubienia. I to nie z powodów, o których Państwo teraz myślą.

Najlepsza muzyka:
Niezwykła, niepokojąca, sugestywna muzyka Pawła Szymańskiego do Dziadów w Narodowym – wstyd się przyznać, ale to jedyna muzyka, jaką w tym sezonie w teatrze… usłyszałem. I od razu pomogła mi w głębokim przeżyciu! W innych spektaklach – niczym u Kochanowskiego – „pełno jej, a jakoby nikogo nie było”. Oczywiście było jeszcze Holzwege w TR, ale tam muzyka Tomasza Sikorskiego była główną bohaterką, więc zasługuje bardziej na wspomnienie w kategorii „Kobieca rola główna”, zwłaszcza za scenę słynnego wcielania się w ciszę!

Najlepsze przedstawienie Teatru Telewizji i/lub Teatru Polskiego Radia:
Inka 1946 w reż. Natalii Korynckiej-Gruz. Żartowałem! To jedno z najgorszych przedstawień Teatru Telewizji. Hagiograficzno-patetyczny gniot, bazujący na grafomańskim tekście. Ale do rzeczy! Na wspomnienie zasługuje Ich czworo Zapolskiej w reż. Marcina Wrony, ale nie żeby na kolanach… Tak naprawdę rewelacją sezonu były Igraszki z diabłem Jana Drdy… tylko pytanie, który to już raz?

Najciekawszy debiut:
Julia Leszkiewicz w Upiorze, w ramach Dziadów Zadary w Teatrze Polski we Wrocławiu. Wielkie brawa dla tej niezwykłej nastolatki za to, że w mówieniu Mickiewiczem dorównała aktorom najlepszego teatru w Polsce, a może, jak sami dodają – i w Europie.
Juliusz Świeżewski, debiutujący na deskach Powszechnego w Warszawie w roli księdza Benedykta Chmielowskiego w Księgach Jakubowych – zgodnie z nazwiskiem – za aktorską świeżość.
Monumentalne Księgi Jakubowe Olgi Tokarczuk również zadebiutowały w polskim teatrze. Debiut to średni, rola taka sobie, ale swój talent, urodę i potencjał pokazały znakomicie! Brawo!

Najlepsza rola epizodyczna:
Królowa jest jedna - Iza Dąbrowska w roli kelnerki w Udając ofiarę w reż. Krystyny Jandy w Och Teatrze – płakałem ze śmiechu i z żałości, oglądając tę chodzącą ofiarę światów wszelkich – wielkiego i tego, co bezpośrednio nas otacza, wreszcie tego, który się schował w jej głowie. W pewnym momencie już nie wiedziałem, kiedy mi jej żal, a kiedy mnie śmieszy… Na pewno nigdy tej roli nie zapomnę.

W drugiej kolejności chciałbym docenić znakomite aktorki Teatru Powszechnego – Agatę Woźnicką (Katarzyna Kossakowska) oraz Elizę Borowską (Drużbacka) za ich role w Księgach Jakubowych Marciniak – ich kreacje aktorskie oparte na umiejętnej grze dystansem do siebie, swoich postaci i siebie nawzajem wydają się sięgać poziomem kunsztu ufryzowanych, piętrowych koafiur, dumnie przez obie aktorki w spektaklu prezentowanych. Obie panie można na scenie Powszechnego jeść łyżkami!

Wyróżnienie dla Anny Moskal w kilku rolach epizodycznych w Juliuszu Cezarze Barbary Wysockiej za zrobieniu psikusa samemu Szekspirowi, polegającego na intensywnej, kobiecej obecności w rzeczywistości z gruntu tę kobiecość wykluczającej.

Arkadiusz Janiczek w roli Nowosilcowa w Dziadach Nekrosiusa zaprezentował genialne połączenie „śmiesznego staruszka” (nie znowu takiego starego) z groźnym psychopatą, Mateusz Rusin z kolei stworzył tam niezwykle piękną i poruszającą rolę Księdza Piotra.

Najlepsza nowa sztuka obcojęzyczna (ogłoszona drukiem lub wystawiona):
Tę kategorię w cuglach wygrywa Iwan Wyrypajew z Nieznośnie długimi objęciami. Póki ten wielki artysta pisze dla teatru, trudno będzie komukolwiek wygrać tę kategorię. Potrafi on przeciętną story zapisać językiem poezji o takiej intensywności emocjonalnej, że po kilku linijkach tego tekstu czysta metafizyka wytrąca się niczym kożuch na gorącym mleku. Wyróżniłbym jeszcze wariację Leonardo Moreiry na temat Czechowa (Wiosna) za rzadką w polskim teatrze postmodernistyczną spójność i spolegliwość wobec aktorskiego rzemiosła oraz tekst Michała Durnienkowa Jezioro, przetłumaczony przez Agnieszkę Lubomirę Piotrowską, a wyreżyserowany przez Yanę Ross w TR. Jego głęboki, oniryczny rytm w połączeniu ze wszechobecną melancholią, sprawia, że linijka po linijce, scena po scenie, zanurzamy się w jego podskórną materię, doznając w końcu dojmującej potrzeby katharsis, które nigdy nie będzie nam dane.

Najlepsza adaptacja teatralna (opracowanie tekstu):
Tu żadnej niespodzianki być nie może. Najlepszą adaptacją sezonu jest tekst Piotra Gruszczyńskiego i Krzysztofa Warlikowskiego do Francuzów. Gdy się pamięta, że arcydzieło Prousta ma siedem tomów i jest uważane obok Ulyssesa Joyce’a za najtrudniejsze w historii literatury, wszelkie dalsze uzasadnienia tracą sens.

Wielkim zaskoczeniem była też świetna adaptacja książki Marcina Kąckiego Biała siła czarna pamięć, dokonana przez Piotra Rowickiego na potrzeby spektaklu Piotra Ratajczaka o tym samym tytule (Teatr Węgierki w Białymstoku) – wartka, napisana z wyczuciem wewnętrznego rytmu, dobrym timingiem puent oraz tworzącą autentyczne napięcie dramaturgią.

Najlepsza rola kobieca:
Zespół kobiecy spektaklu Wszystko o mojej matce Michała Borczucha, wyczarował na scenie Łaźni Nowej w Krakowie prawdziwą teatralną magię… Bohaterki Borczucha były niczym piękne, kolorowe, almodovarowskie motyle, zagubione – bo wrzesień, bo coraz ciemniej i zimniej – i bezgranicznie smutne – bo świadome, że za chwilę zostaną na zawsze przyszpilone do płótna w gablotach.

Męski zespół spektaklu Płatonow Bogomołowa z NST w Krakowie – za świetną dyspozycję w przeżywaniu męskiej wizji kobiecych uczuć.

Magda Cielecka w roli Oriany we Francuzach Krzysztofa Warlikowskiego – styl, szyk, brak minoderii, żelazna konsekwencja i stuprocentowa aktorsko-ludzka obecność w wypełnianiu skomplikowanej formy spektaklu to cechy jej niezwykłej kreacji.

Grażyna Bułka w roli Agafii Tichonownej i Ewa Leśniak jako swatka Fiokła w najlepszej komedii ubiegłego sezonu – gogolowskim Ożenku w reż. Nikołaja Kolady z Teatru Śląskiego w Katowicach. Obie panie zagrały swoje role fenomenalnie! Dowodem salwy śmiechu widzów i oklaski na stojąco. Wiem, że teraz na każdym spektaklu widzowie klaszczą na stojąco, ale w Katowicach zupełnie zasłużenie!

Najlepsza rola męska:
Grzegorz Małecki, Konrad w Dziadach, w Narodowym – nagroda za umiar, głębię, intymność połączoną z dystansem i ironią, słowem – za aktorskie mistrzostwo i za moje szczere wzruszenie. Marcin Przybylski zaś, Guślarz w tym samym spektaklu – za precyzyjną konstrukcję roli, za to, że wie, co gra, aż do ostatniego, dziewiątego kręgu aktorskiego piekła, a ja, widz, wiem to wraz z nim; on patrzy – a ja rozumiem, on przeżywa – a ja się temu poddaję, on walczy ze sobą, a ja płaczę. Wszystko zgodnie z przepisem na prawdziwe katharsis.

Musiałem zobaczyć w życiu sześć wersji Wujaszka Wani, żeby wreszcie trafić na spektakl Teatru 6.piętro, w którym tytułowy bohater jest bohaterem głównym. A wszystko to zasługa niezwykłej, pięknej roli Wojciecha Malajkata, wartej docenienia, chociażby dlatego, że reżyser, denerwująca muzyczka oraz partnerzy – poza Anną Dereszowską – nie pomagali…

Wyróżnienia: Dla Krzysztofa Zarzeckiego za piękną rolę reżysera we Wszystko o mojej matce Borczucha, reżysera, który odkrywa, że sztuka, którą tworzy, rozbija się w proch w starciu z jego prywatnym życiem. Dla Cezarego Kosińskiego za dziwną, niejednoznaczną rolę demonicznego Mateo DeZi w Robercie Roburze Garbaczewskiego. (TR Warszawa) oraz dla aktorek Płatonowa Bogomołowa za niezwykle sugestywne kreacje, które eksponują męskie ułomności i tych ułomności próbują bronić, a jeśli się czasem nie udaje, to nie ich wina, to wina… (oczywiście) Tuska!

Najlepsza reżyseria:
… And The Oscar goes to… Eimuntas Nekrosius – jego Dziady to mistrzostwo i gra w innej lidze – and to… Konstantin Bogomołow – jego Płatonow to… patrz wyżej. Wątpiących odsyłam do tekstów, w których zachwycam się szczegółowo.

Iwona Kempa wyreżyserowała w Teatrze Słowackiego w Krakowie Rytuał Bergmana, który to spektakl wyróżnia się znakomitą, osobiście napisaną przez reżyserkę adaptacją (rzadka to dziś umiejętność wśród reżyserów!) oraz twórczą i inspirującą pracą z aktorami. Szkoda, że to przedstawienie w formie, jaką miałem możliwość podziwiać, nigdy już nie będzie nam dane…

Wyróżnienia: dla Michała Borczucha, który według mnie pierwszy raz w karierze odnalazł swój idealnie czysty ton w spektaklu Wszystko o mojej matce oraz jego współreżysera Krzysztofa Zarzeckiego, któremu w pierwszej reżyserskiej próbie udało się to samo oraz dla Krystyny Jandy za Udając ofiarę braci Priesniakow – świetnie wyreżyserowaną komedię z głębią w tle, która – wydostając się raz po raz na powierzchnię – sprawia, że śmiech więźnie w gardle i przez kilka dni nie pozwala spać, a także za Izabelę Dąbrowską – perłę wśród ofiar, które nie udają.

Najlepsze przedstawienie:
Niewątpliwie najlepszym przedstawieniem sezonu są Dziady Eimuntasa Nekrosiusa w Teatrze Narodowym w Warszawie, to absolutny numer jeden. To inna liga teatru. Znakomita adaptacja, nowatorska, głęboka interpretacja reżyserska, znakomite, spójne i prawdziwe aktorstwo plus Grzegorz Małecki, Konrad spełniony i znakomity, słowem – arcydzieło teatru.

Inne mocne kandydatury do tego miana, to Płatonow Bogomołowa z Narodowego Starego Teatru oraz Niezwykle długie objęcia Wyrypajewa, wystawione przez Łaźnię Nową w koprodukcji z Teatrem Powszechnym w Warszawie. Krakowski Płatonow w niezwykle oryginalnej formie dobierał się do naszych teatralnych przyzwyczajeń, pokazując nam na przykładzie Czechowa, po jak kruchym lodzie stąpamy, uzurpując sobie prawo do sądów ostatecznych w dziedzinie dramatu, teatru czy sztuki w ogóle. Niezwykle długie objęcia to z kolei pokaz siły teatru, który może powstać z niczego. Oczywiście, oprócz „niczego” teatr ten musi być znakomicie napisany, wyreżyserowany i zagrany. A tak jest właśnie w tym przypadku – największą rolę w tym spektaklu, obok znakomitych aktorów, gra tajemniczy i niesamowity… dym.

Wyróżniłbym też przedstawienie Wiosna Leonarda Moreiry za świeżość, koncepcję i odwagę przepisania Czechowa na współczesność oraz za wspaniałe aktorstwo, czujnie kroczące po linie.

Jest jeszcze Podróż zimowa w reż. Miśkiewicza z Teatru Polskiego we Wrocławiu, postawiłbym ją w tej lidze, co Dziady Nekrosiusa – przedstawienie to wstrząsnęło mną jakąś swoją melancholią, rezygnacją, podskórnym pięknem, którym mieniły się wszystkie występujące na scenie aktorki, a zwłaszcza Halina Rasiakówna i Małgorzata Gorol. I choć spektakl ten miał premierę w poprzednim sezonie, ja zobaczyłem go dopiero na Boskiej Komedii, dlatego wspominam o nim teraz.

Najlepszy teatr:
Teatr Narodowy w Warszawie za świetne Dziady Nekrosiusa, wspaniałego czytanego Pana Tadeusza Cieplaka oraz znakomitego Mariusza Bonaszewskiego, dzięki któremu Kordian Jana Englerta powinien mieć tytuł Diabeł – a tak naprawdę za stale wysoki, niezmienny i równy poziom artystyczny różnych produkcji. Tego wrażenia nie było w stanie zatrzeć nawet płaskie i nudne Białe Małżeństwo Artura Tyszkiewicza. Wszak nie od dziś wiadomo, że w każdej zdrowej regule musi trafić się robaczywy wyjątek.

Skandal sezonu:
Sytuacja w Teatrze Studio – brak słów na opisanie tego, co się tam stało, dyrektor Osadnik na czele badziewnego „domu Qultury” ma się świetnie, natomiast zespół aktorski i teatr zamordowano rękami dwóch młodych, ambitnych pań, którym się zamarzyło zagranie w realu roli Lady Makbet… Zainteresowanych odsyłam do artykułu Kaliny Zalewskiej we wrześniowym numerze miesięcznika „Teatr”.

Telenowela z Teatrem Polskim we Wrocławiu w roli głównej – szkoda, że Lupa oddał „Proces” walkowerem, bo mógł go – jak prawdziwy artysta, którym jest niewątpliwie – wytoczyć suweren-nej rzeczywistości…

Żenujący serial z dyrektorem Teatru Ateneum w roli głównej. Jest to jakiś remake filmów o Fantomasie, bo leci już III część, a głównego bohatera jak nie było, tak nie ma…

„Drabinka” kolejnego sezonu serialu pt. Węgierka w Brunatnymstoku: brak dyrektora, dwa unieważnione konkursy, afera z homofobią w tle, premiera „szkalującej dobre imię Białegostoku” „Białej siły…” z bankietem faszystów w katedrze. Końca sezonu nie widać…

Akredytacje dziennikarskie na Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku, w ramach których dziennikarze musieli płacić za bilety. Przypominam niezwykle pazernej dyrekcji FSZ, że zapłatą krytyka za bilet zwyczajowo jest tekst, który w przeliczeniu na godziny czasu nad nim spędzone, w myśl najniższych polskich stawek godzinowych jest przynajmniej trzykrotnie droższy od biletu. Jeśli Festiwal Szekspirowski bierze dotację z publicznych pieniędzy i nie umożliwia krytykom rzetelnej oceny spektakli, to nawet nie jest skandal, tylko zwykłe cwaniactwo i świństwo. Ja Festiwal Szekspirowski zbojkotowałem i proszę moich kolegów o podobne reakcje w takich sytuacjach.

Rozczarowanie sezonu:
Wielkie – spektakl Śmierć i dziewczyna w reż. Eweliny Marciniak. Znakomita choreografia Dominiki Knapik, świetna scenografia Katarzyny Borkowskiej, talent, bo już nie rola Małgorzaty Gorol, wyzywająca powierzchowność Rossy i Tima, afera z Glińskim, Mieszkowskim i porno-różańcami w tle nie były w stanie przyćmić okropnej, anihilującej język Jelinek adaptacji Łukasza Wojtyszki oraz bezradności intelektualno-reżyserskiej Eweliny Marciniak. Nie pomogło nawet pogwałcenie woli Elfride Jelinek i zrobienie (na złość noblistce) jej Pianistki. Góra urodziła mysz, teatralną mysz, biedną jak jej kościelna kuzynka.

Malutkie – Artyści – serial Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Wprawdzie bardzo realistyczny, autoironiczny, świetnie zagrany, ale w tej beczce miodu – jest mała łyżka dziegciu – dla mnie w tej wizji polskiego teatru za mało jest miernot, „towarzystewek” wzajemnej adoracji i osobników znacząco eksponujących swoją seksualność. Biorąc pod uwagę, że w ostatni piątek pokazano dopiero trzeci odcinek i że serial w sumie należy do sezonu 2016/17 rozczarowanie jest malutkie. Czy po kolejnych odcinkach Artystów rozczarowanie zamieni się w entuzjazm? Tego dowiedzą się Państwo w kolejnym odcinku mojego podsumowania – we wrześniu 2017.

„Złote Truskawy 2015″ – teatralne antypodsumowanie roku

copyright by Konick

copyright by Konick

Drodzy Czytelnicy,
w związku z odchodzącym na pola historii rokiem 2015, nadszedł czas na przyznanie dorocznych antynagród w dziedzinie teatru. W zeszłym roku nagrody te nosiły „pożyczone” z Hameryki miano – „Złote Maliny”. W tym roku, chcąc podwyższyć ich prestiż i dać im szansę na nowe, prawdziwe polskie życie, postanowiłem zmienić ich nazwę na bliższe memu sercu i naszemu narodowemu podwórku miano – „Złote Truskawy”. Odtąd corocznie będę one przyznawane tuż przed Sylwestrem za najgorsze – moim skromnym zdaniem – osiągnięcia w polskim teatrze w danym roku kalendarzowym. Jednym kryterium kwalifikacji będzie dla mnie fakt obejrzenia przedstawienia w danym roku. Kolejność nie będzie grała roli. Złota Truskawa zostanie przyznana w kilku kategoriach (adaptacja teatralna, scenografia, reżyseria, rola męska, żeńska oraz spektakl) a wybór ten będą poprzedzały nominacje (liczba nominowanych będzie zależna od ilości podmiotów, domagających się swoją jakością nominacji). Same nominacje nie będą wcześniej ogłaszane, dowiecie się Państwo o nich razem z ogłoszeniem nagrodzonych. Przyznanie nagrody za rolę czy scenografię nie jest jednoznaczne z przyznaniem nagrody całemu przedstawieniu – często się tak zdarza, że w świetnym spektaklu zdarzy się jakiś dysonans, który w żadnym razie nie może stać się reprezentacją całości! „Komisja regulaminowa” może przyznać też szereg wyróżnień, do których, w myśl dzisiejszej mody, przyznaje sobie ona nieograniczone prawo.

Protokół z posiedzenia jednoosobowej komisji dotyczący przyznania nagród „ZŁOTE TRUSKAWY 2015”

W dniu 27 grudnia br. „Komisja”, zwana dalej Komisją, pod przewodnictwem Komisji zebrała się gdzieś na południu Polski, przy nakrytym zielonym suknem stole, aby przyznać regulaminowe nagrody – „ZŁOTE TRUSKAWY” oraz inne wyróżnienia w dziedzinie teatru za rok 2015. Komisja miała do dyspozycji ponad czterdzieści obejrzanych spektakli, swoje „widzimisię”, talerz makowca, kieliszek wiśniówki oraz gorący termofor. Po czterech godzinach obrad, zgodnie z najnowszą modą – gdzieś o trzeciej w nocy – Komisja zakończyła obrady i przyznała następujące regulaminowe nagrody – ZŁOTE TRUSKAWY w dziedzinie teatru za rok 2015:

DOMAGALAsieKULTURY
ZŁOTE TRUSKAWY 2015

ADAPTACJA TEATRALNA

Nominacje:

ŁUKASZ CHOTKOWSKI, MAJA KLECZEWSKA, „Szczury” (reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny w Warszawie) – za zmasakrowanie dramatu Gerharda Hauptmanna oraz pomylenie ze sobą dwóch osi konfliktu: prowincja – Warszawa, Polska – Ukraina, w rezultacie czego w spektaklu wyszło im starcie między Warszawą a Ukrainą, zaś w finale Bogu ducha winna publiczność została storpedowana teatralnym biciem piany.

JAROSŁAW MURAWSKI, „Morfina” (reż. Ewelina Marciniak, Teatr Śląski w Katowicach) – za zdegradowanie powieści Szczepana Twardocha do poziomu płynnej literackiej magmy, z której wystają tylko jakieś ręce i nogi bliżej nieokreślonych postaci, co skutkuje ucieczką widzów w tablety, gdzie rzeczywistość jest o niebo lepiej określona i zrozumiała.

TOMASZ CHYŁA, MARCIN BRZOZOWSKI, WOJCIECH MALAJKAT, „Czarodziejska Góra” (reż. Wojciech Malajkat, Teatr Syrena w Warszawie) – za sprowadzenie wielkiej filozoficznej powieści do poziomu kalejdoskopowego szkolnego bryku, w którym patetyczność i napuszenie zastępują wykastrowane z powieści smakowite ironiczne i tragikomiczne połacie tekstu, przynosząc widzowi w finale śmiertelne nudy.

MICHAŁ BUSZEWICZ, „Możliwość wyspy” (reż. Magda Specht, TR Warszawa) – za dogłębną i szczegółową wierność Houellbeqcowi, która prowadzi go wraz z widzami na Kanaryjskie Wyspy Znudzenia i Niezrozumienia, a samego pisarza zapewne wprowadziłaby w zdumienie, że on sam to wszystko napisał.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Jarosława Murawskiego za MORFINĘ

SCENOGRAFIA

Nominacje:

MAJA SKRZYPEK, „Błogie dni” (reż. Wojciech Urbański, Teatr Ateneum w Warszawie) – za szpetotę i brak funkcjonalności.

JUSTYNA ELMINOWSKA, „Białe małżeństwo” (reż. Artur Tyszkiewicz, Teatr Narodowy w Warszawie) – za wszechpanujące konfesjonały z penisami, których teatralna atrakcyjność kończy się po dziesięciu minutach spektaklu, a ich siermiężna obecność pasuje raczej do tygodnika „Fakty i mity”, niż do Różewicza.

ANITA BOJARSKA, „Wujaszek Wania” (reż. Andrzej Bubień, Teatr 6.piętro w Warszawie) – za szpetotę, monotonię i wizualne powielanie najgorszego stereotypu o czechowowskim świecie – stereotypu, że świat ten jest brzydki, nudny i pozbawiony koloru.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mai Skrzypek za BŁOGIE DNI

REŻYSERIA

Nominacje:

MAJA KLECZEWSKA, „Szczury” (Teatr Powszechny w Warszawie) – za pomieszanie wszystkiego ze wszystkim na zasadzie – „jestem wielką reżyserką i mogę wszystko, nie podoba się – to wynocha!”, za betoniarkę, lalkę/dziecko, przyrodzenie Michała Czachora i sprzęgające mikrofony oraz – w szczególności – za pianę, która miała być szczytem anarchii, odkąd jednak panie rozdają pierwszym rzędom folię, żeby ich nie pomoczyło, stała się swoją własną karykaturą.

ARTUR TYSZKIEWICZ, „Białe małżeństwo” (Teatr Narodowy) – za niezrozumiałe chyba nawet dla samego Nominata wykastrowanie dramatu Różewicza, przez co i tak już niezrozumiały spektakl stał się jeszcze bardziej niezrozumiały. Plus za pełne strachu oczy Zbigniewa Zamachowskiego czy Edyty Olszówki, aktorów wybornych, którzy nie do końca wiedzieli, co grają i o czym to jest. Nie martwcie się Państwo, nam, widzom, takie oczy zostały w domach przez miesiąc…

MICHAŁ ZADARA, „Lilla Weneda” (Teatr Powszechny w Warszawie) – za nonszalancję, powierzchowność i brak konsekwencji w konstrukcji świata spektaklu. A także za beztroskę i brak odpowiedzialności w korzystaniu z historycznych odniesień, do których reżyser nie tylko się przyznaje, lecz wręcz się nimi chełpi. Plus nieopanowanie Barbary Wysockiej w roli Lilli Wenedy.

PAWEŁ ŚWIĄTEK, „Książę niezłomny” (Teatr im.Jaracza w Łodzi) – za poświęcenie idei Calderona/Słowackiego (jakaś tam na pewno jest) na ołtarzu skądinąd ciekawego pomysłu stworzenia scenicznego ekwiwalentu gry komputerowej o nazwie „Książę niezłomny”. Niech reżyser pamięta jednak, że w grze najprzyjemniejsze jest to, że można ciągle kogoś wyeliminować, tu takiej możliwości nie było. Widz siedział i ręka mu ciągle chodziła, żeby wcisnąć jakiś guziczek anihilacji. Mnie najbardziej, gdy na scenę wchodziła Feniksana…

WOJCIECH URBAŃSKI „Błogie dni” (Teatr Ateneum w Warszawie) – za „milczenie na próbach”, za duchową nieobecność i czekanie, aż Jan Peszek z Jadwigą Jankowską-Cieślak sami zrobią spektakl. Z drugiej strony, może to i dobrze, po co psuć coś, co będzie najlepszą alternatywą.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mai Kleczewskiej za SZCZURY

ROLA MĘSKA

Nominacje:

TOMASZ SCHUCHARDT – Głąb, „Mary Stuart” w reż. Agaty Duda-Gracz, (Teatr Ateneum) – za powierzchowność i zbytnie celebrowanie formy

ANTONI PAWLICKI – Joachim Ziemssen, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za brak luzu, pompatyczność oraz powagę często graniczącą z jej parodią – o śmierci mówimy tylko śmiertelnie poważnie. Plus za naleciałości z planu „Czasu honoru” czy innego śmiertelnie poważnego dzieła o śmierci, w którym bohaterowie walczą na śmierć i życie.

MARIUSZ DRĘŻEK – Lodovico Settembrini, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za manifestowaną prywatnie w roli homoseksualisty Settembriniego postawę „Jakby co, to ja nie jestem gejem, ja go tylko gram!”. Oczywiście w efekcie mamy parodię roli, a cała złożoność tej postaci została przez aktora złożona w grobie jeszcze przed trzecim dzwonkiem. W rezultacie tego Naphta Wojciecha Zielińskiego, zamiast prowadzić interesujące dysputy z Setembrinim, prowadzi na scenie Syreny interesujące monologi, przerywane manifestacjami kolegi.

BARTOSZ GELNER  – Narrator, „Francuzi” w reż. Krzysztofa Warlikowskiego, (Teatr Nowy w Warszawie) – za pierwszy 45-minutowy monolog Narratora, mówiony tyłem do widza i tak strasznie nudny, że jeśli widz go wytrzyma, wytrzyma już w Studio ATM wszystko, nawet „Rolnika szukającego żony w poszukiwaniu straconego Voice of Poland”!

DAWID OGRODNIK – Franek, „Męczennicy” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa) – za wykorzystywanie podpatrzonych u gimbazy sposobików na granie szesnastolatka i za ciągłe potrząsanie bardzo ładnymi skądinąd, trochę dłuższymi włosami, będące główną osią roli.

MIŁOGOST RECZEK – Tielegin, „Wujaszek Wania” w reż. Andrzeja Bubienia, (Teatr 6. piętro, Warszawa) – za niczym nieumotywowany i niczym niepohamowany (reżyser?!) atak histerii w pierwszym akcie niezłego „Wujaszka Wani”, czym wprawia w zakłopotanie nawet takiego histeryka, jak piszący te słowa…

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mariusza Drężka za rolę LODOVICA SETTEMBRINIEGO

ROLA ŻEŃSKA

Nominacje:

ROMA GĄSIOROWSKA – Zosia, „Męczennicy” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa) – za wykorzystywanie podpatrzonych u gimbazy sposobików na granie szesnastolatki.

BARBARA WYSOCKA – Lilla Weneda, „Lilla Weneda” w reż. Michała Zadary (Teatr Powszechny w Warszawie) – za brak umiaru, pokory oraz samouwielbienie w roli Lilli Wenedy. Mszą tej scenicznej autoreligii jest nieszczęsny monolog Lilli Wenedy, w którym kilka razy z rzędu wymienia ona imię „Lechu”. Aktorka atakuje bezdźwięczną głoskę „ch” z lekką nutą „r” i naciska na nią tak bardzo, że tego fonetycznego kunsztu zazdroszczą jej już wszystkie gwiazdy wenezuelskiego showbiznesu. (język hiszpański również bardzo celebruje swoją głoskę „j” czyli h).

MAGDALENA JAWORSKA – Feniksana, „Książę Niezłomny” w reż. Pawła Świątka (Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi) – za to, że nie sposób zrozumieć szeptanych pod nosem racji Feniksany, piękno zaś niewypowiedziane (aktorka dysponuje bardzo atrakcyjną powierzchownością) staje się łatwym łupem stopniowej erozji zainteresowania, zwłaszcza gdy sceniczna koleżanka robi wszystko, żeby interesować się tylko nią.

MARIA SEWERYN – Kławdia Chauchat, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za pomylenie ról, gdyż „zapięta pod szyję” aktorka gra tu raczej św. Faustynę, niż emanującą podskórnym seksapilem, pełną życia Kławdię Chauchat. Współczuję Patrykowi Pietrzakowi, grającemu Castorpa, gdyż trudno bez poczucia niestosowności manifestować publicznie fizyczny pociąg do św. Faustyny.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Barbary Wysockiej za rolę LILLI WENEDY

SPEKTAKL ROKU

Nominacje:

„SZCZURY” w reż. Mai Kleczewskiej – za ignorancję i arogancję twórców, za brak konsekwencji, za nijakość ideową całości, a przede wszystkim za brak słyszalności i zrozumienia.

„CZARODZIEJSKA GÓRA”  w reż. Wojciecha Malajkata – za mizerię ideową, sprowadzenie powieści Manna do poziomu szkolnego egzaminu w PWST, w którym studentów zastępują Gwiazdy, za wmawianie widzom przez Dział PR Teatru Syrena, że spektakl ten jest z ducha przesiąknięty teatrem Jerzego Grzegorzewskiego. Teatr Grzegorzewskiego poza Wojciechem Malajkatem, świetnym aktorem spektakli wielkiego reżysera, nie ma ze spektaklem w Syrenie NIC, ALE TO NIC wspólnego!

„LILLA WENEDA”  w reż. Michała Zadary – za brak konsekwencji w prowadzeniu postaci (Roza Weneda jest nagle jakaś posługaczką u Lecha, to samo Ksiądz, dlaczego?), brak konsekwencji w wykorzystaniu odniesień historycznych (UBecy są nagle dobrzy, ci z lasu niedobrzy, to kto tu jest kim?), brak konsekwencji w kreowaniu sytuacji (Lilla Weneda wchodzi nagle do zamku Lecha z bronią i paraduje tam z nią przez jakiś czas, będąc jednocześnie w niewoli – To ojcu jej wyłupili oczy, a ona tak sobie może z bronią? Dlaczego?). Oraz za brak panowania nad rolą Barbary Wysockiej, o czym już w innym miejscu było.

„MĘCZENNICY” w reż. Grzegorza Jarzyny – za manifestację przez reżysera własnej opinii na temat głównej bohaterki, przez co spektakl można sobie darować już po piętnastu minutach oraz za to, że świetni aktorzy TR mają tu za dużo wolności, nikt od nich niczego nie wymaga, więc grają to, co im przychodzi najłatwiej. Wyjątek – Justyna Wasilewska. Dwoi się i troi, przeżywa wielkie emocje, gra pięknie, ale koncepcja pozbawia ją szans u widza, któremu od razu pierze się w spektaklu mózg. Swoją drogą ciekawe, ilu widzów nie dało go sobie wyprać.

„BIAŁE MAŁŻEŃSTWO”,  w reż. Artura Tyszkiewicza – za brak czytelnej koncepcji, za brak pomysłu na Różewicza 2015, bo jeśli za pomysł brać konfesjonały z penisami – marna to ściana, na której kończą swoją teatralną drogę twórcy tego przedstawienia.

ZŁOTA TRUSKAWA dla spektaklu SZCZURY w reż. Mai Kleczewskiej

WYRÓŻNIENIA:

EWELINA MARCINIAK – za słowa przytoczone przez Magdę Piekarską w artykule „Aktorzy porno zagrają w Teatrze Polskim” (Gazeta Wyborcza Wrocław, 7 listopada 2015):
„Czego mam się bać? – pyta. – Jeśli ktoś wyjdzie, to będzie jego problem, nie nasz. Mnie bardziej interesuje, co się będzie działo z tymi widzami, którzy zostaną z nami do końca”
Droga pani Reżyser! Apeluję o więcej szacunku dla widza, proszę pamiętać, że widz musi zapłacić za możliwość oglądania Pani spektakli oraz że Pani przedstawienia powstają z pieniędzy publicznych. Bilet do teatru to rodzaj umowy – Pani dostarcza widzowi dzieło, a on za nie płaci, poświęcając Pani swój prywatny czas. Widać oszołomiona ogólnopolskim sukcesem zapomniała Pani o pokorze.

KRZYSZTOF WARLIKOWSKI – za brak kontaktu z polską rzeczywistością.

MAJA KLECZEWSKA – za rekwizyt roku: lalkę w „Szczurach”. Z mojej recenzji spektaklu: „Hanna traci dziecko cztery lata wcześniej. Na filmiku jest żywe. To jeszcze jasne. Potem Ukrainka rodzi dziecko, które scenicznie gra lalka. Hanna i jej brat odbierają dziecko Ukraince i wożą w wózku. Jest to ciągle lalka. Potem słyszymy, że dziecko nie żyje. Które nie żyje: syn Hanny czy dziecko Ukrainki? Lalka to „aktorka”, grająca prawdziwe dziecko, czy po prostu lalka? Żeby było ciekawiej – autystyczna sąsiadka, przesiadująca w domu Hanny, ciągle chodzi z lalką. Kim jest lalka sąsiadki? Dzieckiem czy lalką?” Nadmiar wieloznaczności nie do rozplątania!

MAGDALENA SZPECHT – za finał roku – filmik wyświetlany przez całą trzecią część spektaklu „Możliwość Wyspy”. Finał ten jest ostatecznie pokonaną przeszkodą na drodze teatru pędzącego w kierunku filmu. Odtąd spektakle teatralne mogą z powodzeniem składać się z filmików i być wyświetlane w Multipleksach!

JERZY ZELNIK – za recenzję roku w której chełpi się, że wyszedł z „Wroga ludu” w Starym Teatrze przed czasem. Zgadza się. 7 listopada br. Pan Jerzy siedział koło mnie i wyszedł. Panie Jerzy, następnym razem niech Pan odsiedzi swoje – może do myślenia dałaby Panu co nieco – żywiołowa, pełna aprobaty reakcja publiczności? Zdanie krakowskiej publiczności jednak Pana nie interesowało. W porządku. Pana prawo! Tylko proszę więcej się już na jej dobro nie powoływać.

PROTESTUJĄCY przeciwko spektaklowi „Śmierć i dziewczyna” we Wrocławiu oraz przeciwko dyrekturze Jana Klaty w Krakowie, którzy nie byli ANI RAZU w rzeczonych teatrach – za robienie z siebie idiotów.

MINISTER KULTURY I SZTUKI, PIOTR GLIŃSKI – za „recenzowanie” spektaklu przed obejrzeniem i próbę wprowadzenia cenzury prewencyjnej.

Szanowni Nominaci, Laureaci i Czytelnicy! Podsumowując przyznanie Nagród „Złote Truskawy 2015″, chciałem Was zapewnić, że nie robię tego dla hejtu i beki. Moim głównym celem, jako krytyka, jest też pokazywanie Wam, artystom teatru, która z dróg wiedzie Was – w moim przekonaniu – na manowce. Robię to nie dlatego, żeby Was piętnować, ale po to, żebyście po tych manowcach więcej nie błądzili albo błądzili ze świadomością, że tam jesteście. Możecie się ze mną nie zgadzać, możecie mnie ignorować, hejtować, ale nie możecie mi zarzucić, że nie piszę tego, co myślę. Staram się, żeby moje pisanie było uczciwe wobec Was, dokładnie tak samo, jak Wy staracie się każdego dnia, żeby teatr, który tworzycie, był uczciwy wobec mnie – widza. Takiego teatru i Wam i sobie w Nowym Roku życzę!

Nosorożec nie jednorożec – O „Błogich dniach” Urbańskiego w Ateneum

fot. Bartek Warzecha

fot. Bartek Warzecha

Kilka lat temu oglądałem znakomity hiszpański film Życie zaczyna się dzisiaj/la vida empieza hoy Laury Mañá. Jego bohaterami są starsi ludzi, którzy decydują się wziąć udział w warsztatach erotycznych dla ludzi po siedemdziesiątce prowadzonych przez instruktorkę Olgę (znana z almodovarowskiego Wszystko o mojej matce Rosa María Sardá). Film poruszał arcyważny temat życia i problemów starszych ludzi, który w dzisiejszym świecie, w ramach wszechobecnego kultu młodości został całkowicie zepchnięty na margines. A przecież starsi ludzie wciąż żyją, marzą, przeżywają sukcesy i niepowodzenia, wciąż także kochają i pragną miłości. Reżyserka pochyla się nad losem seniorów z wyjątkową delikatnością, wyczuciem i smakiem. Udaje się jej pokazać starszych ludzi jako pełnoprawnych członków społeczeństwa – ludzi wolnych, decydujących o swoim życiu, niepozwalających się zepchnąć do defensywy – ludzi, którzy mają wciąż takie same prawa jak ich dzieci czy wnuki. Komediowa forma pozwoliła czterdziestoletniej reżyserce uczciwie i wiarygodnie wypowiedzieć się o życiu pokolenia swoich rodziców, a im samym z uwagą, ale i dystansem spojrzeć na własne życie. Reżyserka wygrała bitwę o wiarygodność, gdyż nie dość, że była scenarzystką filmu, to jeszcze bardzo dokładnie przemyślała, co chce w swoim filmie na temat starości powiedzieć.

Wojciech Urbański, reżyser sztuki Błogie dni w Teatrze Ateneum może i również rzecz całą dogłębnie przemyślał, ale niestety nic nowego w kwestii starości – bo tematem tej sztuki również jest starość – nie powiedział. W ogóle nic nie powiedział. Jego spektakl w Ateneum jest inscenizacją przeciętnej sztuki Irlandki Deirdre Kinahan, która nie mogła się zdecydować, czy chce napisać współczesną lżejszą wersję Czekając na Godota czy bulwarowy komediodramat w typie Berka, czyli upiora w operze. Inscenizacja ma to do siebie, że reżyser, podążając całkowicie za tekstem, chowa się za nim i za jego tezami. W tym przypadku skutkuje to przedstawieniem przeciętnym, miejscami nużącym i zaskakującym przede wszystkim brakiem pomysłów – nie podejmuję się interpretować nieporadnych metafor teatralnych, które w spektaklu przyjęły postać stłuczonej szyby, ośmiu wazoników z kwiatkiem (rzecz pasująca raczej do restauracji niż domu spokojnej starości/hospicjum) czy kuriozalnego nosorożca – nie mylić z jednorożcem – który jest największą zagadką przedstawienia. Scenografii Mai Skrzypek mogło w ogóle nie być. Tworzą ją trzy ściany, dwa słupy, jakieś krzesła i pleksja/zwierciadło zamykająca od tyłu sceny przestrzeń sufitu. Scenografia ta jest brzydka, niefunkcjonalna i nie wiadomo, jaką przestrzeń pozatekstową ma budować czy dopowiadać. Widać też, że sam reżyser nie ma do niej serca i prawie w ogóle jej nie wykorzystuje, przykładem owo „zwierciadło”. Nie wiemy też do końca, jaki charakter ma owo miejsce w którym znajdują się bohaterowie. Raz wydaje nam się, że jest to miejsce złe i okrutne – taki szpital z Lotu nad kukułczym gniazdem, innym razem, że przyjemne i komfortowe. Pielęgniarka – osoba z zespołu technicznego, jak mniemam – raz wchodzi z uśmiechem, raz z marsową miną. Jaki więc charakter ma owa „poczekalnia”? Reżyser nie może się na żadną konkretną wizję tego miejsca zdecydować, a scenograf nam o statusie tego miejsca kompletnie nic nie mówi. A przecież taki kontekst zmienia diametralnie sensy poszczególnych scen i obraz całego przedstawienia.

W drugiej części spektaklu następuje kompletne pogubienie się reżysera i scenografki. Aktorzy siedzą na ławce przed wejściem do szpitala i rozmawiają. Scenograficzne „wejście”- szklane drzwi – wjeżdżają chwilę wcześniej między dwa filary. W finale tej sceny Sean dostaje ataku i – nie mogąc się dostać do środka szpitala – wybija szybę. Następna scena rozgrywa się w jego prywatnym pokoju – wiemy to z dialogu bohaterów – a z tyłu wciąż mamy drzwi z wybitą szybą. Czyżby Sean wybijał szyby hurtowo??? Jest tylko jedno logiczne wytłumaczenie tej sytuacji: ekipie technicznej zacięła się linka z tymi drzwiami…

fot. z filmu "La vida empieza hoy"

fot. z filmu „La vida empieza hoy”

Skoro jest tak źle, to czemu nie beznadziejnie? Meryl Streep, zapytana przy okazji słabego filmu Wątpliwość, co się dzieje, gdy pierwszego dnia na planie widzi już, że filmu nie da się uratować, odpowiedziała: „ratuję swoją rolę”. Tak też zrobili w spektaklu Urbańskiego Jadwiga Jankowska Cieślak i Jan Peszek. Ona – początkowo sztuczna, jakby przymierzająca się do niekoniecznie dla niej skrojonej konfekcji – po pierwszym podniesieniu głosu przez bohaterkę dopasowuje się idealnie do jej osoby, tworząc prawdziwą, pełną koloru, przejmującą postać starej, lekko szurniętej nauczycielki, która odkrywa, że jeszcze wszystko ma sens, na przekór temu, a może właśnie dlatego, że „wszystko” oznacza co najwyżej kilka miesięcy. On – wart wszystkich nagród świata za to, że przekombinowaną i niewiarygodną na poziomie fabuły dramatu woltę seksualną uwiarygodnił swoją zniuansowaną i pozbawioną zbędnej minoderii oszczędną grą, rozbrajając tym samym modny i „wszędzie teraz niezbędny” wątek gejowski, tu akurat mocno niekonieczny. Oboje powiedzieli nam od siebie więcej, niż twórcy przedstawienia z autorką razem wzięci. Niesamowicie było oglądać młodzieńcze błyski w ich oczach, ciekawość świata i siebie, ciekawość wrażeń i chęć życia. I radość ze spotkania ze sobą, z postacią, ze scenicznym partnerem, ze sceną i z nami – widzami.

Wychodząc z teatru byłem zły, że tak wspaniali artyści podżyrowali duży kredyt młodemu reżyserowi i teraz – jak to w życiu – będą musieli go spłacać sami. Ale z całym szacunkiem dla nich i dla stanu ich konta, mimo pewnych niedogodności wolę, żeby to ONI co miesiąc zjawiali się przy okienku wpłat.

Refleksję po obejrzeniu spektaklu mam następującą – wybitni, znani aktorzy niestety nie wystarczą, żeby stworzyć wybitny spektakl. Do tego potrzeba przekonania, co się chce ciekawego widzowi powiedzieć, a tego w całości przedstawienia zupełnie zabrakło.

Ps. Tytuł sztuki po angielsku brzmi HALCYON DAYS, co oznacza „cudowne, wspaniałe, piękne dni”. Czy „błogie” są tu adekwatne? Po obejrzeniu spektaklu śmiem twierdzić, że najlepszy tytuł dla tej sztuki to „cudowne dni”, ze względu na co najmniej podwójne znaczenie przymiotnika „cudowne”.

Fizjologia kloaki – „Mary Stuart” w Ateneum

18824_10205513536735711_3438915395118392173_n

W programie do przedstawienia „Mary Stuart” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz, w zakładce „Listy (niektórych) postaci do aktorów”, tytułowa bohaterka w liście do Agaty Kuleszy przytacza taką oto historyjkę:

Dawno temu, jeszcze na francuskim dworze pojawiła się małpka: przywieźli ją jacyś okropni ludzie w prezencie dla Franciszka: miała puszyste futerko koloru piasku i twarz miniaturowego starca. Na początku bawiła się z nami i fikała koziołki po swojej klatce. Z czasem stawała się coraz bardziej osowiała, aż w końcu siedziała skulona na drążku i patrzyła w jeden punkt. Potem oszalała – masakrowała sobie pyszczek o pręty klatki, skakała na wszystkie strony, próbując sie wydostać, wyrywała sobie kawałki futra wraz z żywym ciałem i piszczała, piszczała, piszczała… Franciszek chciał skrócić jej męki, ale ja nie pozwoliłam: chciałam zobaczyć co będzie dalej?… Ale dalej była już tylko fizjologia – stworzenie umierało w konwulsjach, brudząc ekskrementami pręty klatki, aż znieruchomiało – brzydkie i powykręcane, ze ślepkami wpatrzonymi w niebo…

Treścią sztuki Wolfganga Hildesheimera jest właśnie fizjologia. Mary Stuart „umiera w konwulsjach, brudząc ekskrementami pręty klatki, aż znieruchomieje – brzydka i powykręcana, ze ślepkami wpatrzonymi w niebo”. Klatka w przedstawieniu Agaty Dudy Gracz otacza scenę z trzech stron, otwierając się czwartą w kierunku widowni. A więc jesteśmy z Mary w jej celi, czekamy wraz z nią, aż „znieruchomieje”. „Nie skracamy jej męki”, gdyż „chcemy zobaczyć, co będzie dalej”, a może „znieruchomiejemy” razem z nią? Przecież na każdego z nas wydano wyrok i dla każdego z nas przyjdzie te ostatnie kilka godzin, podczas których zostaniemy sam na sam ze swoją – niezbyt przyjemną – „fizjologią”. Nikt tu nie może mieć złudzeń, bo oto już początku spektaklu zjawia się przed nami jak sceniczne memento postać Kata (Przemysław Bluszcz). Przychodzi wraz z swoim pomocnikiem, niepełnosprawnym Głąbem (Tomasz Schuchardt), aby przygotować egzekucję. Zajmuje pozycję z prawej strony sceny, przodem do widowni. Nie zmieni jej przez całe przedstawienie, wszak w świecie Mary Stuart – w naszym świecie – śmierć jest jedynym pewnikiem, jedyną stałą. Tylko ona jest uczciwa i sprawiedliwa. Będzie trwała na swoim miejscu i komentowała poczynania Mary Stuart oraz jej dworaków. Nie ma się też co dziwić takiemu scenicznemu rozwiązaniu, wszak sztuka Hildesheimera reprezentuje bardzo popularny w II połowie ubiegłego wieku teatr absurdu. Obecność śmierci, jej niejako fizyczna bliskość sprawia, że Maria raz po raz ma „ślepka wpatrzone w niebo”. Całe życie patrzyła w nie z przekonaniem, że znajduje się tam Jezus Chrystus i Maryja. Na tym przekonaniu zbudowała nie tylko swoje życie, ale i politykę, wszak jest nie tylko człowiekiem, ale i królową. W ostatnich godzinach życia to przekonanie zaczyna ja jednak opuszczać. W jednej ze scen Mary każe swojej służce Jane (Paulina Gałązka) tańczyć. Ta niezbyt chętnie rozpoczyna taniec. Mimo braku talentu oraz chęci i wiary w to, co robi, Jane prezentuje władczyni (i nam) wyuczone figury tańca. Musi. To w końcu rozkaz. Mary, wstrząśnięta, obserwuje spektakl Jane ze łzami w oczach. Po chwili zwraca się do Boga: „czy Ty w ogóle istniejesz?”. Twarzy Agaty Kuleszy w tej scenie nie da się zapomnieć. Aktorka ma w oczach przepaść – mrok, czerń i rozpacz – spoza których wygląda zwierzęcy strach. Strach, że „ślepka wpatrzone w niebo” nie kłamią: widzą tylko bezkres błękitu, nic więcej. Wiara Mary musiałaby sprowadzić się wtedy tylko do bycia takim oto niezgrabnym tańcem, do którego od urodzenia jest zmuszana, do którego – być może – my wszyscy jesteśmy zmuszeni.

Jane to tancerka-artystka, Mary to widz – tak więc rolą sztuki byłoby w tym kontekście ukazywanie rzeczywistości – takiej, jaka jest naprawdę, czyli ukazanie relacji artysty z widzem. Jeśli tak, to obraz świata, który oglądamy w spektaklu, powinien pobudzić nas przynajmniej do refleksji. Istoty z otoczenia królowej, „pręty jej klatki” były kiedyś ludźmi, ale Mary „umierając w konwulsjach”, „pobrudziła” te „pręty ekskrementami” i jej otoczenie – ludzka klatka – stało się kloaką. Kloaką na którą Mary będzie skazana już do końca życia. Gdy tak patrzyłem na jej wyliniałą czaszkę, brzydką, skurczoną postać, próbującą załatwić swoje potrzeby wsród urągań sługusów, stanęły mi przed oczami tak częste sceny z naszych szpitali – niechciani, pozbawieni godności starzy ludzie na progu śmierci, upokarzani każdego dnia robieniem wszystkiego pod dyktando „miłych” pielęgniarek, „uprzejmych” doktorów, a nade wszystko „kochających” córek, synów, wnuków czy wnuczek, którzy przychodzą łaskawie do szpitala tylko dlatego, że mieszkanie czy ziemia jeszcze nie przepisane. Czy naprawdę nas to nie dotyczy? Czy w tej sprawie na pewno nie mamy sobie nic do zarzucenia?

Istoty z jej otoczenia łączy jedno – szkatuła Mary, zawierająca resztki rodowych klejnotów. Wszyscy jej pożądają, jest ona jedyną rzeczą, która ich interesuje – może poza seksem. To ludzkie zombi, które niczym wypchana, pozbawiona niektórych części ciała sfora psów Mary w finale sztuki, otaczają ją do końca. Robią to ze względu na chciwość, ale też wrodzone posłuszeństwo i bezkrytyczne oddanie władzy, którą Mary wciąż reprezentuje. Żyd Symmons (Bartłomiej Nowosielski), pokazując przez chwilę ludzką twarz, podpisuje na siebie wyrok śmierci. Zginie z rąk ludzkich bestii wcześniej, niż Mary. Ich bestialstwo jest zaraźliwe. Pokazuje to przykład Głąba – przebywając w ich towarzystwie w ciągu kilku godzin staje się mordercą. Najgorsze, że otoczenie Mary jest takie, bo sama je takim stworzyła. Oschłość, brutalność, brak empatii i okrucieństwo sług nie wzięły się znikąd. To przecież jej odbicie, jej własne metody działania, którymi posługiwała się przez całe życie, goniąc za tą czy inną szkatułą, w której była korona – szkocka, francuska, angielska, jakakolwiek.

Agata Kulesza ma w tym spektaklu zadanie niebanalne, ciekawe i wreszcie na miarę swojego talentu. Sytuacja wyjściowa postaci Mary Stuart w naturalny sposób budzi współczucie i litość – oto królowa, ofiara historii i swojego „zezwierzęconego” otoczenia musi umrzeć za parę godzin. Konwencja teatru absurdu trochę ten fabularny sentymentalizm Hidesheimera rozbija, nie na tyle jednak, żeby dać gwarancję sukcesu. Zadaniem aktorki jest zatem – inaczej niż zazwyczaj – „oskarżyć” swoją postać, zdjąć z niej odium ofiary, a wszystko po to, żeby pokazać jej tragiczną niejednoznaczność i złożoność. Jest jeszcze jedna trudność. Rola Mary Stuart u Hildeshmeiera – podobnie jak i inne – złożona jest z mikroscenek, zbudowanych często na emocjach o diametralnie różnym charakterze, odcieniu i natężeniu. Przeskakiwanie z jednej emocji w drugą w tak krótkim czasie wymaga od aktora najwyższej koncentracji, skupienia i stuprocentowego oddania swojej roli. A i to może nie wystarczyć, gdyż wiarygodność tej postaci wymaga jeszcze, aby emocje owe ciągle trzymać na wodzy i balansować, balansować na krawędzi. Można to porównać do tańca na linie: jeden fałszywy ruch i spadasz. Agata Kulesza nie tylko sprawnie chodzi tej po linie, ona chodzi po niej brawurowo. Mary Stuart Kuleszy jednocześnie bawi i wzrusza, uczy i deprawuje, budzi litość i nienawiść, prowokuje sympatię i niechęć, wzbudza pogardę i szacunek. Jednego fałszywego gestu, jednej fałszywej miny, w każdej sekundzie pełna gotowość i otwarcie na świat, na życie. Od pierwszych chwil przedstawienia nie wierzy, że umrze – całe życie czekamy na śmierć, więc dlaczego miałaby się odbyć właśnie dzisiaj? Dopiero taniec Jane pokazuje jej w krzywym zwierciadle jej własne życie. Wtedy uświadamia sobie, że to koniec. Jej twarz, z „błyszczącymi ślepkami” wpatruje się w niebo, w Boga, w siebie. Sekundy rozpoznania-klęski-strachu-rozpaczy-bezsilności przemykające po jej twarzy, poruszają do głębi. Po chwili opamiętuje się i rozkazuje lady Jane przestać. Uświadamia sobie, że jedynym ratunkiem od niebytu, czymś, czego nikt jej do końca życia nie odbierze jest – władza. To dzięki władzy historia ocali ją na wieki od zapomnienia i nicości. W ostatniej scenie, przy akompaniamencie antyfony „Salve Regina”, Mary staje przed nami w pełnym majestacie i jako królowa wygłasza zdanie – „moje ostatnie słowo”. Już wiemy, że nie mówi do nas Mary Stuart, ale Maria, królowa Francji, Szkocji i Anglii.

Przedstawienie Agaty Dudy-Gracz jest przedstawieniem klasycznym, to znaczy posiada normalną strukturę z początkiem, końcem i linearnym porządkiem. Jest spójne, dobrze zrobione, w dobrym rytmie, z ciekawymi pomysłami. A jednak nie do końca się udało. Przyczyna jest prozaiczna – zbyt szybkie tempo, zabójczy dla teatru pośpiech. Tekst sztuki, podobnie jak rola Mary, jest złożony z wielu krótkich mikroscenek, następujących po sobie kalejdoskopowo, często w odmiennym rytmie, nastroju i emocji. Przechodzenie między scenami, a także między emocjami w danej scenie – podporządkowane szybkiemu rytmowi przedstawienia – sprawia, że widz ma czas tylko na to, żeby przyswoić daną partię tekstu, ale nie ma już kompletnie czasu, żeby ją przeżyć. Choć zaproszono nas, byśmy byli „żywą czwartą ścianą”, „fizjologicznymi prętami fizjologicznej klatki” Mary – nie pozostawiono nam miejsca, nie dano przeżyć/odegrać naszej roli – archetypowej dla teatru roli widza. Widza, który powinien wyjść z teatru odmieniony, a nie jedynie oszołomiony czy przytłoczony lawiną obrazów. Zresztą w trybie turbo zawodzą nawet profesjonalni aktorzy. Co prawda Kulesza w tak szybkim tempie radzi sobie doskonale, ale już na przykład skądinąd świetny aktor, Tomasz Shuchardt, ma z tym problem. Jego niepełnosprawny Głąb jest zbyt formalny, udawany, nie wzbudza większych emocji. Podobnie dzieje się też w wielu scenach drugiego planu, na przykład w scenie seksu Raula (Grzegorz Damięcki) z Jane czy w scenie z pierścieniem, a wszystko dlatego, że reżyserka nie dała swoim postaciom – podobnie jak widzom – tak ważnego w teatrze czasu. Rzeczywistość pędzi gdzieś na łeb na szyję, pewnie po to, by nie było przerwy, a spektakl – mając duży potencjał na arcydzieło – w zbyt wielu momentach grzęźnie w jasełkowości. Ratuje go na szczęście Agata Kulesza siłą swojej kreacji, wskazując jednocześnie drogę wyjścia z tunelu – jej niespieszny „dance macabre” w finale pokazuje, co może się stać na scenie, gdy reżyser obdarowuje aktora i widza bezcennym czasem. Wówczas w teatrze zjawia się rzadki i zawsze oczekiwany gość – magia.

Ps. Zapraszam Państwa do polubienia mojej strony na Facebook-u: https://www.facebook.com/domagalasiekultury