W kartotece przeszłości – „Marzec 1968. Dobrze żyjcie – to najlepsza zemsta” Pawła Demirskiego w reż. Moniki Strzępki w Teatrze Żydowskim

Jan Kott tuż po warszawskiej prapremierze “Kartoteki” Tadeusza Różewicza w 1960 roku pisał:

Bohater ma na imię Piotruś, Jurek, Wacek, Tadek. Brak mu jednego imienia: Konrad. Bo to naprawdę jest Konrad tylko zmieniły się maski. (…) Wyspiańskiemu był potrzebny cały Wawel, Różewicz stawia żelazne łóżko na rogu Alej i Marszałkowskiej. To nie są żarty. Różewicz naprawdę napisał tradycyjny narodowy dramat. Konrad i społeczeństwo, Konrad i Polska, Konrad i świat. Konrad czeka na Wielką Ideę. Konrada dalej prześladują Erynie. W porządku. Wszystko w porządku. Tylko dlaczego ten nowy Konrad jest taki sentymentalny? Bo jeśli leży w łóżku i martwi się, to coś z tego powinno wynikać. Albo usprawiedliwienie, albo oskarżenie. Może ten nowy Konrad ma rację, że leży (…). A może ten nowy Konrad nie ma racji, że leży i martwi się? Może powinien wstać, ubrać się, walczyć o pokój, zdać maturę, iść na spacer z dziewczyną i nie spóźniać się tak na tę konferencję. Może wcale nie jest taki szlachetny, taki nieszczęśliwy, taki tragiczny? Może nie jest Pokoleniem? Może mu się to wszystko zdaje? Może mu wygodnie z jego kompleksami, może tylko szuka usprawiedliwień, może jest po prostu bęcwał i leń? Może wcale nie jest skazany na tragiczny wybór w absurdalnym i pustym kosmosie?”

Gdybyśmy w tym tekście Kotta zamienili imiona: Piotruś, Jurek, Wacek, Tadek na Szymon, Mojsze, Ehud, Dawid, żelazne łóżko na zepsutą wersalkę, róg Alej i Marszałkowskiej na Plac Grzybowski – tekst ten z powodzeniem mógłby stać się fragmentem recenzji spektaklu Teatru Żydowskiego w Warszawie pt. „Marzec 68. Dobrze żyjcie – to najlepsza zemsta” w reż. Moniki Strzępki na podstawie tekstu Pawła Demirskiego. Spektakl ten – wpleciony przez dyrektor Gołdę Tencer w celebrację obchodów 65-lecia Teatru Żydowskiego – może być z powodzeniem uważany za żydowską „Kartotekę”, tym bardziej, że punktem wyjścia przedstawienia są wydarzenia marca 1968 roku, zwłaszcza te dotyczące społeczności żydowskiej.

Oto w prologu spektaklu widzimy szereg dziwnych zdarzeń, które za nic na świecie nie chcą nam się ułożyć w jakąś sensowną całość. W kolejnej ze scen Córki reanimują swojego Ojca, jak się później okaże – głównego bohatera spektaklu. Akcja ratowania życia się udaje, a w sensie teatralnym wreszcie wszystko staje się jasne – prolog spektaklu był sekwencją zdarzeń, jakie przelatują podobno człowiekowi przez świadomość w chwili śmierci. Demirski powtórzy ten zabieg raz jeszcze, nie tylko uniwersalizując w ten sposób losy bohaterów, lecz także zamykając ich samych i ich historię w jakiejś upiornej, wiecznej pętli czasowej. Przekaz tego zabiegu jest zatem jasny: w opozycji do „Kartoteki”, która była ni to snem ni jawą bohatera, w „Dobrze żyjcie…” mamy do czynienia z przedśmiertną sekwencją zdarzeń, które bohater (Ojciec) ogląda z zawrotną prędkością w swojej głowie. Stąd też bierze się szybka, nielinearna, pozbawiona logiki, często balansująca na granicy absurdu konwencja spektaklu. Pomysł to świetny, gdyż inteligentnie i głęboko uzasadnia zastosowanie w spektaklu charakterystycznego i specyficznego – zwłaszcza w sferze kinetyki i dynamiki – stylu reżyserskiego Moniki Strzępki oraz klarownie tłumaczy nierealistyczny status scenicznego świata. Wpisując swój dramat o żydowskim doświadczeniu w polską mitologię oraz swojego żydowskiego bohatera w tradycyjną, pokoleniową dyskusję o postaci bohatera/Polaka, Demirski nie tylko przybliża nam, widzom, doświadczenia Polaków żydowskiego pochodzenia, lecz także przypomina o naszych wspólnych korzeniach. Na nowo tworzy płaszczyznę porozumienia między polskością a żydowskością, sugerując, że przynajmniej w sensie ludzkim jest między nimi niewielka różnica.

Zdarzenia z życia Ojca galopują zatem przez scenę Teatru Żydowskiego z zawrotną szybkością. I te, które stały się jego udziałem bezpośrednio i te, które w jakiś sposób na niego wpływały, na przykład historycznie. Przez wersalkę głównego bohatera przechodzi zatem cała galeria postaci, które w miarę upływu czasu stają się postaciami symbolicznymi, niczym widma w „Dziadach” czy Maski w „Wyzwoleniu”. Kogo my tu nie spotkamy! I sztampowo potraktowanego Guślarza z dejmkowskich „Dziadów”, i zrośniętego z mównicą Gomułkę, i bezwzględną urzędniczkę z polskiej ambasady w Szwecji, i przekonanego o swojej wszechwładzy Moczara, i Córki głównego bohatera i jego potrzebującą pomocy specjalisty terapeutkę; przybędą też dziennikarze z tygodnika „Przyjaciółka”, izraelska Celniczka, a w finale – łódzka Szwaczka z walizką, która złowrogo skojarzyła mi się z wywózkami. Temat holocaustu jest tu wątkiem pobocznym, ale dobrze widocznym. W kontekście żydowskich wysiedleń 1968 roku wspomina się o wyborze – zagranica albo „kolonia domków na Mazurach” (wśród zastraszanych Żydów krążyła wówczas plotka o nowych obozach koncentracyjnych, zbudowanych rzekomo na Mazurach). Prócz tego w pochodzie widm, zjawiających się w życiu Ojca, pojawia się zapijaczony konferansjer oraz aktorka, ucharakteryzowana na przedwojenną gwiazdę w typie Marleny Dietrich. Oboje przywodzili na myśl „Kabaret” Boba Fossa. Ich fejsbukowo-alkoholowy status w spektaklu kojarzył mi się z faszyzmem, który funkcjonuje dziś niejako w uśpieniu i w sieci, ale przecież nie zniknął, nie rozpłynął się w powietrzu.

Wśród tych wszystkich postaci i zdarzeń Ojciec próbuje – samemu sobie, swoim bliskim, znajomym, swojemu pokoleniu, autorowi dramatu, reżyserce, a także nam, widzom – opowiedzieć o tym, jak było naprawdę. Symbolem jego życia staje się doniczka z młodym, całkiem pokaźnych rozmiarów drzewkiem. Strzępka jednak od razu ten symbol dezawuuje. To, co dla jednych jest doniczką, dla innych będzie urną z prochami. Ile ludzi, tyle spojrzeń – to specyfika ludzkiego postrzegania. Postrzegania świata, siebie, historii, słowem – rzeczywistości. Czy zatem możliwe jest opowiedzenie o tym, jak było naprawdę? W finale spektaklu bohaterowie historii Ojca, piłami mechanicznymi zabiorą się do obcinania rozrośniętego ponad całą sceną drzewa jego życia. Każdy wykorzysta je do swoich celów. Zawłaszczy jego część, żeby za jego pomocą opowiedzieć historię własną. Prócz rodziny, znajomych, kolejnych pokoleń oraz historyków i polityków robią to także autor z reżyserką, robię to ja, recenzent i robimy to my, widzowie. Interpretujemy. Wykorzystujemy cudze historie (oraz Historię) do budowania własnych mitów, własnego obrazu świata, bo inaczej się nie da. To gorzka konstatacja spektaklu Strzępki i Demirskiego. W tej sytuacji pozostaje tylko pytanie czy twórcy przedstawienia są w tej sytuacji wobec swojego bohatera, nas, widzów i siebie uczciwi? W moim mniemaniu – tak. Obnażenie funkcjonowania tego mechanizmu i przyznanie się do korzystania z jego dobrodziejstw jest już samo w sobie gestem uczciwości. Nie można zrobić nic więcej, gdyż sztuka od zawsze eksploatuje życie, nie dbając o realia i prawdę. Cóż więc pozostaje bohaterowi? Dobrze żyć, to najlepsza zemsta. Na kim jednak powinien się mścić i za co? Na zagubionym w fałszywych interpretacjach świecie, na budowanych z naszego życia mitach, na wielkiej, obojętnej wobec jednostek Historii. Za swoją niemoc wobec bezwzględnej wieczności. Bo im dorodniejsze drzewo, tym więcej ołówków, mebli, desek, papieru, trumien i innych rzeczy, które po nim pozostaną.

Mądre to, inteligentne i ciekawe przedstawienie. Z dużą dozą ironii i czarnego humoru, jak zresztą każde przedstawienie Strzępki. Niestety, udało się tylko połowicznie. Po pierwsze szwankuje – bodajże w całości zaproszony do współpracy – zespół Teatru Żydowskiego. W wielu zbiorowych scenach, zwłaszcza gdy rytm spektaklu przyspiesza, drugi plan, zwany tu Chórem kompletnie nie wie co robić i z oszalałymi oczami szuka sobie naprędce czegoś do roboty. Jeśli chodzi o postaci jest bardzo nierówno. Spektakl jest aktorską sinusoidą – zapamiętałem na pewno – Jerzego Walczaka, Roksanę Wikaluk, Izabelę Rzeszowską, Piotra Siereckiego i Ryszarda Kluge; reszta – bądź nie tworzy znaczących kreacji, bądź nie odnajduje się w turbodynamicznej poetyce reżyserki. I nie chodzi tu o wielkość roli – dowodem na to jest fantastyczna Ernestyna Winnicka w roli Szwaczki, która w kilka minut wprowadza na scenę świeżość, niejednoznaczność i głębię w swoim małym epizodzie. U Henryka Rajfera – Ojca –  brakuje mi głębi, w scenach absurdalno-ironicznych jest świetny. Gdy są miejsca na refleksję, na wzruszenie – fakt, niewiele takich jest – aktor przelatuje te momenty, dokądś się spieszy. W konsekwencji papier zaczyna szeleścić, a kreacja staje się powierzchowna. Nawet u Strzępki nie trzeba się bać wyhamowania, przerwy, ciszy. To dobry teatr. Chwilowe zastopowanie mu nie zaszkodzi, wprost przeciwnie. Dowodzą tego aktorzy z Dramatycznego, grając spektakl „W imię Jakuba S.” wstrząsająco. Na deskach Żydowskiego zabrakło wstrząsu, było ironicznie, ciekawie i zabawnie, Zbyt miło, fajnie i wygodnie. Mogło to przedstawienie wstrząsnąć widownią żydowską, która ma bezpośredni emocjonalny związek ze sprawą, ale dla mnie, widza niezaangażowanego w tę historię, był to tylko wspaniały hołd dla Teatru Żydowskiego, dla żydowskiej społeczności z okazji 65-lecia Teatru. Szkoda. Reżyserka miała dobre karty na wielki teatr, ale ten w jakimś momencie został ucięty mechaniczną piłą. Może trzeba było trochę dłużej popróbować? Może skuteczniej przekonywać aktorów do swojej koncepcji?

Brawa należą się za to w pełni scenografce Martynie Soleckiej i autorowi kostiumów Arkowi Ślesińskiemu. Dzięki ich pracy spektakl jest wizualną ucztą. Przeszkadzają trochę światła, ale zauważyłem, że przestarzała aparatura nie pozwalała na wszystko, co by się chciało. Szacunek należy się za to muzykom, którzy wykonując brawurowo ciekawą muzykę Stefana Wesołowskiego w znaczący sposób przyczynili się do wykreowania bardzo dobrej technicznej strony widowiska.

Na koniec znów cytat. Tym razem sam Różewicz – zamiast „Kartoteka” wstawcie sobie drodzy Widzowie „Marzec 1968. Dobrze żyjcie – to najlepsza zemsta” :

„Wiedziałem, że forma dramatu Ritnerra, Zapolskiej i Kruczkowskiego nie da nowego teatru. Że musi nastąpić big bang. Że musi nastąpić jakiś wielki wybuch. Wiedziałem, że nic nie zrobię, jeśli nie rozrzucę na wszystkie strony tych starych zabawek, klocków, nie powyrzucam i nie będę próbował z nich złożyć zupełnie nowej całości. Tę świadomość przy robocie „Kartoteki” miałem. I miałem świadomość ewentualnej zupełnej klęski”

Otóż śpieszę donieść, że w Teatrze na Placu Grzybowskim klęski nie było. Aczkolwiek nie było też „big bang” oraz „zupełnie nowej całości”. Jest lekko podrasowana stara całość niekoniecznie z pietyzmem złożona.

PIEKŁO – NIEBO – podsumowanie VIII edycji festiwalu teatralnego BOSKA KOMEDIA (Kraków, 4 -13 grudnia 2015)

spektaklio-didvyriu-aikste-akimirka-55165c4c893a7

W grudniu sceny krakowskich teatrów stały się miejscem prawdziwej teatralnej uczty. Swoje najnowsze spektakle pokazywali zarówno mistrzowie (m.in. Krystian Lupa, Krzysztof Warlikowski czy Grzegorz Jarzyna), jak i „młodzi gniewni” polskiego teatru (m.in. Monika Strzępka, Krzysztof Garbaczewski, Michał Borczuch czy słynna z afery porno – Ewelina Marciniak). W konkursie na najlepsze przedstawienie międzynarodowe jury doceniło „Apokalipsę” Michała Borczucha (Teatr Nowy w Warszawie). Nagrody powędrowały też do twórców „Podróży zimowej” w reż. Pawła Miśkiewicza (Teatr Polski we Wrocławiu), „Francuzów” w reż. Krzysztofa Warlikowskiego (Teatr Nowy w Warszawie) oraz „Nie-boskiej komedii” w reż. Moniki Strzępki (Stary Teatr). Głównym tematem, przewijającym się przez spektakle tegorocznego festiwalu, odbywającego się w cieniu gwałtownej politycznej zmiany, było poczucie końca pewnego porządku oraz związane z tym lęki i obsesje. Jeden z jurorów pocieszał nas na spotkaniu, że to normalne, że ogląda polski teatr od piętnastu lat i od tego czasu nic się nie zmieniło. Ze swej strony przygotowałem dla Państwa rodzaj subiektywnego przewodnika po festiwalu, dzieląc wszystkie przedstawienia, które widziałem na „piekielnie złe” i „niebiańsko dobre” (kolejność przypadkowa).

INFERNO

„MORFINA” w reż. Eweliny Marciniak (Teatr Śląski w Katowicach)

Największym rozczarowaniem festiwalu była „Morfina” w reż. Eweliny Marciniak z Teatru Śląskiego w Katowicach. Wiem, ile nagród dostała, wiem, w ilu plebiscytach dotąd wygrała, ale po dwudziestu minutach tego spektaklu (potem było jeszcze gorzej) muszę krzyczeć: „Król jest nagi!!!”. Okropna, wołająca o pomstę do nieba adaptacja powieści Twardocha autorstwa Jarosława Murawskiego sprawia, że po dwudziestu minutach widz nieznający książki nie ma zielonego pojęcia, o co w spektaklu chodzi. Adaptator nie zadbał o odpowiednią ekspozycję postaci z książki – nadanie im choćby „wyłapywalnych” imion, funkcji, czegoś, co pozwoli widzowi łatwo ich zidentyfikować – przez co od początku wiadomo tylko, kto jest głównym bohaterem. Reszta ginie w wielowątkowości akcji i nadmiarze – pięknych skądinąd – reżyserskich pomysłów. Aktorzy grają po kilka postaci, ale konia z rzędem temu, kto – bez znajomości książki (tylko z tej perspektywy mogę się wypowiadać) – połapie się w tym przepełnionym efektami chaosie. Reżyserka kompletnie tego nie widzi i – wykorzystując konwencję teatru w teatrze (dodatkowa trudność dla widza) – buduje piętrowe metafory oraz girlandy, przeplatających się płaszczyzn czasowych, ludzkich, przestrzennych i choć pięknie to wszystko wygląda – na przykład sceny ze złotym pyłem czy sceny w basenie – to wrażenie jest przygnębiające. Widzowie w większości kompletnie pogubieni lądują w swoich smartfonach (w moim rzędzie naliczyłem sześć świecących ekraników). Ewelina Marciniak ma wszelkie karty, żeby stworzyć swój własny, odrębny i piękny teatralny język, ale uwaga – to nie język jest istotą teatru, ale to, co się chce przez ten teatr widzowi powiedzieć. I w tym właśnie tkwi sedno „ułomności” katowickiej „Morfiny”. Widz nie wie już, o czym jest proza Twardocha, a przecież musi jeszcze odczytać, co reżyserka, pani Marciniak, chciała mu tym „Twardochem” powiedzieć. „Siała baba mak, nie wiedziała jak”. Przepraszam, nie mak – morfinę. Znalazło się jednak wielu takich, których owa morfina otępiła na tyle, żeby się tym przedstawieniem zachwycać. Ja morfiny nie lubię i jury BOSKIEJ KOMEDII – jak widać – też nie.

„MĘCZENNICY” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa)

Justyna Wasilewska zagrała Lidkę prawdziwie, ze stuprocentowym oddaniem się postaci, słowem – wspaniale, ale nie miała szans wygrać z ideą Grzegorza Jarzyny. Ideę tę – w dużym uproszczeniu – można zawrzeć w jednym zdaniu: „nie możemy
i m ustąpić pola – tym okropnym katolickim fundamentalistom”. Problemem tej idei jest słówko „okropny” – przymiotnik, w którym zawarta jest ocena, bo największym grzechem reżysera jest właśnie to, że on – a priori – swoją bohaterkę ocenia. Na dodatek manifestuje nam swoją opinię, umieszczając Lidkę w takim kontekście, że widz właściwie nie ma wyboru – musi zidentyfikować się z jej adwersarzami. Do tego podkopuje jej postawę, umniejsza wiarygodność, akcentując jej sztampowy, homofobiczny rodowód. Lidka jest z góry skazana na niechęć widza, co powoduje, że dziecko zostaje wylane z kąpielą – racje bohaterki nie mają już sensu, nikt jej nie słucha. Została przez reżysera wytknięta palcem, wyrzucona poza nawias. Widz nie ma tu nic do roboty. Oglądanie „Męczenników” jest jak czytanie „Gazety Polskiej” czy „Wyborczej”: wiadomo od razu, po której stronie stoi redaktor naczelny. A szkoda, bo warto było dać głos również drugiej stronie. Aktorstwo kuleje, niczym Roma Gąsiorowska w jednej z ról i żadne cuda tu nie pomogą. Nie da się znieść konceptu, w którym trzydziestolatkowie grają szesnastolatków, „ściubdzioląc” pod nosem monosylabowe odzywki i udając małolatów. Słowem, prawdziwi męczennicy to widzowie tego spektaklu, w tym ja, który miałem nieszczęście obejrzeć je aż dwa razy…

„WESELE” w reż. Moniki Strzępki (PWST Wrocław)

Dyplom w reżyserii Moniki Strzępki z PWST Wrocław powinien być ostrzeżeniem dla słynnej reżyserki. Okazuje się, że jej rozpoznawalny teatralny styl łatwo może przeobrazić się we własną karykaturę, która do złudzenia przypomina… kabaret Olgi Lipińskiej: pioseneczka, układzik, „bum-bum”, scenka z pointą, pioseneczka, układzik, „bum-bum” – i tak do finału, a tam – PIOSENECZKA, UKŁADZIK, BUM-BUM”. Koniec. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest brak silnej dramaturgicznej podpory Pawła Demirskiego i wybitnych aktorów, którzy w pełni odnajdują się w zaproponowanej przez reżyserkę konwencji. Młodzi aktorzy, kompletnie nieprzypilnowani, zakochani – przypuszczam – w swoim ulubionym temacie (piciu wódki i imprezowaniu) zamienili teatralną improwizację na granicy II i III aktu w pokaz żenującej amatorszczyzny. Stało się tak, gdyż – jak podejrzewam – nikt młodym artystom nie określił granic improwizacji. Wyglądało to, jakby Monika Strzępka, nie przejmując się bardzo dalszymi losami młodych aktorów i ich spektaklu, zostawiła ich samych sobie. Skutki na scenie były opłakane. Ciekawe pomysły – jak na przykład połączenie postaci Księdza z Nosem – poprzez nadmiar ich eksploatacji zamieniały się w swoją parodię. Studenci nie radzili sobie też ze zmianami rytmów. Teatr Moniki Strzępki jest bardzo energetyczny, szybki. We wrocławskim „Weselu” pojawiał się na moment, aby za chwilę ustąpić pola czystemu, lekko skróconemu Wyspiańskiemu, którego melodia wiersza ma znacznie wolniejsze tempo. Młodzi aktorzy, nie radząc sobie często z przeskokami rytmów, kładli całe połacie tekstu Wyspiańskiego. Choć pięknie bronili się stworzonymi przez siebie postaciami – zapamiętam Pana Młodego, Czepca, Kliminę – nie udało im się, niestety, stworzyć dobrego spektaklu, wychodzącego poza sztampę dyplomu, w którym każdy udowadnia, że „tańczy śpiewa, recytuje”. A szkoda.

PARADISO

„PODRÓŻ ZIMOWA” w reż. Pawła Miśkiewicza (Teatr Polski we Wrocławiu)

Najsmaczniejszym jabłkiem w tym teatralnym raju było przedstawienie Pawła Miśkiewicza „Podróż zimowa” na podstawie tekstu Elfride Jelinek. Na scenie obserwujemy pisarkę w pięciu „osobach” – od młodej dziewczyny po starą kobietę. Postaci te mówią o sobie, swoich problemach, oczekiwaniach, marzeniach, swoim strachu, wątpliwościach, obsesjach. Ich monologi zamykają się w większą całość, którą możemy nazwać po prostu: Elfriede Jelinek, człowiek, kobieta, pisarka. Gdy wewnętrzna wiwisekcja dobiegnie końca, Elfride I, „rzeczywiste” alter ego pisarki, wypędzi ze sceny swoje postaci, a sama zasiądzie na widowni. Będzie się teraz przyglądała wraz z nami, jak pozostałe Elfriedy przeistaczają się w bohaterki jej literatury. Moment to w przedstawieniu magiczny, Elfriedy zjawiają się na scenie w kostiumach i rozpoczynają swój spektakl. Towarzyszą im znakomite wokalizy Mai Kleszcz – kreujący nowe horyzonty liryzmu poetycki refren całego spektaklu. Przedstawienie zamyka wstrząsający, gorzki monolog Jelinek o przyszłości swojej literatury, o zwątpieniu w jej sens, o rezygnacji z walki, którą od lat toczy na różnych płaszczyznach we własnym kraju. W tle, na wielkiej dekoracji widzimy stado owiec. Końcowy monolog austriackiej noblistki przynosi katharsis, bo uświadamiamy sobie, że nas, widzów teatru Pawła Miśkiewicza czy w ogóle – odbiorców – spotka ten sam los, co literaturę, teatr czy też szerzej – sztukę. Populistyczna władza dogada się z prymitywnym ludem, wilk będzie syty i owca cała, a my – twórcy i odbiorcy oczekujący czegoś więcej, niż „umpa-umpa” czy patriotycznych „gniotów dobrze skrojonych” – zostaniemy z niczym.

HALINA RASIAKÓWNA

Wielka aktorka w wielkiej roli. Na potwierdzenie pozwolę sobie przytoczyć stosowny fragment mojego tekstu „Podróży zimowej”: „W jednej ze scen jej Elfriede, ukrywająca się pod znanym z mediów anturażem – zaczesaną do tyłu, upiętą grzywką i wielkimi, ciemnymi okularami – siedzi w fotelu i poraża spokojem. Jest w niej mądrość i pokora, ironia i smutek, zwycięstwo i gorycz. Jej tajemnicza, pogrążona w sobie postać, magnetyzuje i fascynuje, a oszczędny, skondensowany, emanujący podskórną ironią sposób podawania tekstu na długo pozostaje w pamięci. Słuchając Elfriede Rasiakówny miałem wrażenie, że pisze ona swój własny, sekretny, przepełniony goryczą dziennik. Proza Jelinek w jej ustach stawała się wielką literaturą, wielką, dlatego że w pełni ludzką, a to człowieczeństwo dopełniała w niej właśnie Rasiakówna, siłą swojej roli”. Czy trzeba czegoś więcej? Tak. Zobaczyć Rasiakównę na scenie.

„NIE-BOSKA KOMEDIA. WSZYSTKO POWIEM BOGU!” w reż. Moniki Strzępki (Stary Teatr)

Z tego przedstawienia zapamiętam przede wszystkim końcowy monolog duetu Dziewic (Dorota Pomykała i Marta Nieradkiewicz) oraz wybitne aktorstwo – kreacje Doroty Segdy, Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, Marcina Czarnika czy Adama Nawojczyka zrobiły na mnie duże wrażenie. Najpiękniejszym momentem przedstawienia, oprócz porażającego finału, była scena, w której Barbara Niechcic (Dorota Segda), stojąc na kręcącej się w kółko karuzeli, monologowała do walca z filmu Jerzego Antczaka. Dzięki takim właśnie, przesyconym emocjami scenom, spektakl Strzępki i Demirskiego (słuszna nagroda za scenariusz) był czymś więcej, niż tylko dobrze napisaną i wyreżyserowaną reinterpretacją słynnego dramatu. Strzępka, zgodnie ze swoją metodą pracy, eksploatowała w tekście Demirskiego głównie te miejsca, w których spotykały się różne fragmenty dzieł, bohaterowie czy czasy. W przypadku „Nie-boskiej” dało to świetne rezultaty w postaci gęstych, inteligentnie połączonych, piętrowych metafor, które jako źródła głębokich emocji stały się filarami prawdziwego, pełnego przeżycia teatru.

„KTO SIĘ BOI VIRGINII WOOLF?” w reż. Grzegorza Wiśniewskiego (Teatr Wybrzeże w Gdańsku)

Mirosław Baka zagrał George’a w klasycznej, opartej na doskonałym aktorstwie adaptacji dramatu Edwarda Albee’go w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Kreacja Baki była niesamowita – uszyta z gestów rezygnacji, pełnych wątpliwości ruchów i specyficznego – wskazującego na wymuszony – sposobu mówienia. Warto pojechać do Gdańska choćby po to, żeby zobaczyć, jak ten wspaniały aktor, świetnie oświetlony przez Marka Kozakiewicza, siedzi na proscenium i pije drinka. W parę sekund w jego oku widać wszystko – złość i świadomość jej bezcelowości, gniew i poczucie niemożności jego wyrażania, słabość i siłę, pochodzącą z jej kontrolowania. Świetna Marta Doroty Kolak sprawi, że George obudzi się na chwilę ze swojego snu, ale po chwili zapadnie weń jeszcze głębiej. „Kto się boi Virginii Woolf” to klasyczny teatr środka. W pamięci zachowam dwie wielkie sceny – lot Honey (Katarzyna Dałek) oraz poszukiwanie pilota przez Martę. Na spotkaniu po spektaklu aktorzy z rozbrajającą szczerością przyznali, że… nie znają twórczości Virginii Woolf. Jako powód podali informację, że tytuł dramatu nie ma w istocie nic wspólnego z angielską pisarką – przecież chodzi tu o amerykańską piosenkę/rymowankę, autorstwa Teda Searsa i Franka Churchilla „Who’s afraid of the big, bad woolf?” Potem te rewelacje czytam w recenzji jednej z młodych krytyczek, umieszczonej na poważnym portalu teatralnym i łapię się za głowę! Proszę państwa, gdyby to nie miało znaczenia, Edward Albee zostawiłby tytuł oryginalnej piosenki, a nie zamieniał „złego wilka” w Virginię Woolf. Śmiem twierdzić, że angielska pisarka została tu przywołana przez autora w sposób świadomy i celowy. Otóż – tak dużym uproszczeniu – obecne w literaturze Virginii Woolf jej zmagania z różnymi tematami – znajdują w dramacie Albee’go swój pełny ekwiwalent. Warto byłoby prześledzić, jak tematy Woolf meandrują przez konflikt Marthy i George’a. Oczywiście twórcy spektaklu mają pełne prawo z takiej wiedzy nie korzystać, ale też obowiązek uczciwego podejścia do oryginału, żeby w rozmowach – delikatnie mówiąc – nie mijać się z prawdą. Na recenzentów miłosiernie spuszczę zasłonę milczenia.

„AMOK. PANI KOMA ZBLIŻA SIĘ” – w reżyserii Marcina Libera (PWST Kraków)

Świetny dyplom. Świetni aktorzy. Co tu więcej pisać?

„PLAC BOHATERÓW” w reż. Krystiana Lupy (Dramatyczny Teatr Narodowy w Wilnie)

Pokazywane poza konkursem arcydzieło teatralne Krystiana Lupy. Przejmująco aktualne i bezwzględne wobec nas i naszych czasów. Brutalny, mocny strumień świadomości Thomasa Bernharda, rozpisany na litewskich aktorów i polską widownię w grudniu 2015 roku. Spektakl jeszcze lepszy od wrocławskiej „Wycinki” – chirurgicznie precyzyjny, ascetyczny, przenikający do kości i poruszający. Świetne zamknięcie BOSKIEJ KOMEDII. (więcej o tym spektaklu w tekście – „W Oksfordzie nie wrzeszczą tłumy” na moim blogu – TU LINK)

„Organizacja festiwalu BOSKA KOMEDIA” w reż. Bartosza Szydłowskiego i Krzysztofa Głuchowskiego

Słowa uznania dla organizatorów – podobała mi się organizacja festiwalu: czytelne zasady, świetne biuro promocji, kompetentne wolontariuszki. Dodatkowo, co rzadkie w Polsce – zasady były w pełni respektowane. Gdy trzeba było czekać na wolne miejsca, to czekali solidarnie wszyscy: reżyserzy, aktorzy, dziennikarze i studenci. Ze strony organizatorów nie zauważyłem żadnego „kolesiostwa” czy „premiowania ważniejszych”. Oczywiście znaleźli się też widzowie, którzy bezczelnie wykorzystywali nieuwagę wpuszczających, by niczym lisiczki z rosyjskiej bajki podstępem znaleźć się na widowni. W naszym kraju to niestety standard, więc zaskoczenia nie było. Jeśli chodzi o samą selekcję, to uważam, że wpadką organizatorów był brak „Sońki” Agnieszki Korytkowskiej-Mazur z Teatru Dramatycznego w Białymstoku, z najlepszą, obok Haliny Rasiakówny, żeńską rolą w tym roku w polskim teatrze – tytułową Sońką Swietłany Anikiej, aktorki Narodowego Teatru w Mińsku, nagrodzonej zresztą niedawno za tę rolę podwójnie na festiwalu teatralnym w Zabrzu. Może warto odłożyć czasem „Wysokie Obcasy” i osobiście pojechać do Białegostoku czy innego Koszalina…?
Dziękując organizatorom oraz zespołom teatralnym za możliwość odbycia tej niezwykłej podróży, wystawiam VIII edycji BOSKIEJ ocenę 4,5/5 i cieszę się, że też tam byłem i boski miód piłem…

PURGATORIO

APOKALIPSA w reż. Michała Borczucha (Teatr Nowy w Warszawie)

Uprzedzając Państwa pytania o nagrdzoną „Apokalipsę” Michała Borczucha odpowiadam, że nie widziałem tego przedstawienia na BOSKIEJ KOMEDII. Oglądałem je rok temu, świeżo po premierze i nie należałem do jego entuzjastów. Jednakże rok w teatrze to kawał czasu i wszystko mogło się w tym spektaklu zmienić. Dlatego w lutym 2016 roku wybiorę się na Borczucha jeszcze raz, żeby przekonać się na własne oczy i – być może – zweryfikować swoją opinię. Jakkolwiek będzie – recenzję z tego spektaklu Państwu obiecuję.

PS. Poniżej podaję linki do recenzji spektakli BOSKIEJ KOMEDII, o których pisałem wcześniej:

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/12/19/piec-postaci-elfriede-jelinek-w-poszukiwaniu-autorki-podroz-zimowa-w-rez-pawla-miskiewicza-na-festiwalu-boska-komedia/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/04/09/w-oksfordzie-nie-wrzeszcza-tlumy-krystiana-lupy-plac-bohaterow-pod-wzgorzem-giedymina/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/06/20/w-poszukiwaniu-straconego-hamleta-garbaczewski-w-starym-teatrze/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/10/23/w-poszukiwaniu-wciaz-traconej-europy-francuzi-krzysztofa-warlikowskiego/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/12/08/mlodzi-w-amoku-dyplom-krakowskiej-pwst-w-rez-marcina-libera-na-boskiej/

Ponadto zapraszam Państwa do polubienia moje strony na Facebook-u:  https://www.facebook.com/domagalasiekultury/