Magda Szpecht mówi przez sen – o spektaklu „In Dreams Begin Responsibilities (Zobowiązania rozpoczynają się w snach)”, Małopolski Ogród Sztuki, Teatr im. Słowackiego w Krakowie.

zdj. Monika Stolarska

zdj. Monika Stolarska

Spektakl Magdy Szpecht „In Dreams Begin Responsibilities (Zobowiązania rozpoczynają się w snach)” oparty jest na opowiadaniu nieznanego szerzej amerykańskiego pisarza, Delmora Schwartza (1913-1966), o tym samym tytule. Fabuła przedstawia sen młodego bohatera, w którym siedzi on w nowojorskim kinie i ogląda dokument o randce swoich rodziców. Narracja opowiadania prowadzona jest na dwóch płaszczyznach. Pierwszą stanowi opis ekranowych wydarzeń, fundamentalnych dla istnienia bohatera, drugą – próba oddania emocji przez nie wywoływanych. O niezwykłości tego opowiadania decyduje zatem napięcie pojawiające się na styku dwóch osobistych, przenikających się opowieści bohatera oraz poetyki snu.

Z punktu widzenia teatru niezwykle nośna i inspirująca jest zwłaszcza postać bohatera-widza oraz jego emocje ewokowane przez „seans filmowy”. Wszak w swojej istocie nie różnią się one właściwie od emocji teatralnego odbiorcy. A stąd jesteśmy już o krok od recepty na niejednoznaczny, głęboki spektakl o naturze teatru i nas samych w nim zanurzonych. Magda Szpecht z dramaturgiem Łukaszem Wojtysko tę osobliwość zauważyli i postanowili zrobić z niej podstawę swojej koncepcji. Bohaterami ich spektaklu staliśmy się zatem my, ich widzowie, i nasza w teatrze obecność. Surrealistyczna konwencja opowiadania Schwartza pozwoliła reżyserce na odrzucenie tradycyjnej formy teatru, a nam, widzom, dała możliwość nieograniczonego, czynnego udziału w tworzeniu przedstawienia i jego narracji. Co ciekawe wolność ta zaczęła silnie rezonować z treścią opowiadania – tam bohater został trzykrotnie uwięziony: we śnie, w teraźniejszości i w przeszłości; w spektaklu natomiast Magda Szpecht pozornie go z tych „kajdan” uwolniła. Pozornie, bo bez względu na formę spektaklu ciągle byliśmy przecież w teatrze.

Tekst Schwartza, opisujący co jakiś czas stany emocjonalne bohatera towarzyszące percepcji filmu, miał za zadanie wywoływać – na zasadzie skojarzeń czy wspólnoty doświadczeń – nasze uczucia podczas oglądania spektaklu. Przedstawienie Magdy Szpecht jest więc emocjonalnym – co podkreślmy – przekładem tekstu Schwartza na język teatru. Translacja ta dokonuje się także w warstwie językowej, aktorzy bowiem „na bieżąco” przekładają tekst angielski na język polski. Muszę przyznać, że w moim przypadku wspólnota doświadczeń zadziałała – emocjonalna identyfikacja pojawiła się już po początkowych słowach bohatera:

Czuję, że dyskretny mrok kina podziałał na mnie odprężająco; widzowie kołyszą się bezwiednie w rytm prostych i czytelnych emocji, które podsuwa im taper. Nikt nie zwraca na mnie uwagi i powoli zapominam o sobie. Zwykła rzecz, kiedy człowiek ogląda film. Kino, powiadają, jest jak narkotyk”

Od pierwszych chwil śledziłem zatem spektakl Magdy Szpecht z niezwykłą uwagą, czując, że opowiada on również o mnie. To napięcie nie opuściło mnie aż do końca, a znakomita muzyka Krzysztofa Kaliskiego, wykonywana na żywo przez autora oraz tapera, Mikołaja Zielińskiego, w połączeniu z pięknymi wizualizacjami Mikołaja Sygudy, wprowadziła mnie w niezwykłą poetykę snu, wyśnionego „dla mnie” z oryginału Schwartza przez Magdę Szpecht. Co Państwo w tym śnie zobaczą, zależy od tego, „co się komu w duszy gra, co kto w swoich widzi snach”. Trzeba po prostu wybrać się do Małopolskiego Ogrodu Sztuki i prześnić ten niezwykły, surrealistyczny sen.

Były peany, teraz kilka uwag krytycznych. Od strony teatralnej razi przede wszystkim chaos w prowadzeniu aktorów. Postacie nie zostają odpowiednio widzowi „przedstawione”, w związku z tym w pewnym momencie nie wiadomo, kto w tym spektaklu jest aktorem, a kto – widzem; może poza Leną Schimscheiner, której charyzmatyczna osobowość od razu wybijała się na plan pierwszy. Być może takie pomieszanie „teatralnego makrokosmosu” ze światem realnym było zamysłem świadomym, ale w takim razie czemu ma służyć szereg aktorskich działań, zagranych typowo, ze sztucznie dobranymi rekwizytami? Zresztą zadania, jakie dostali od reżyserki młodzi aktorzy, również wyglądają na wymyślone ad hoc, na zasadzie „musicie przecież coś robić”. Gdyby ich nie było, nic by się nie stało. Byłoby czyściej i jeszcze piękniej po prostu. Zalecam więcej wiary w widza. Na scenie nie zawsze musi się „coś dziać”. W odbiorze nie pomagały też kostiumy Zuzy Golińskiej; pozbawione wyrazistego stylu miały być może sugerować „uniwersalność” historii, jednak moim zdaniem były po prostu nijakie.

Magda Szpecht wspólnie z Łukaszem Wojtysko, stworzyła bardzo ciekawy spektakl. Przede wszystkim niejednoznaczny i o czymś. To już bardzo dużo. Zazwyczaj młodzi reżyserzy nie mają wiele do powiedzenia. Magda Szpecht szuka – i to we właściwym kierunku. Gratuluję i po raz kolejny z satysfakcją stwierdzam, że teatralne podróże kształcą, choć zazwyczaj tych już wykształconych i przygotowanych. Reżyserka bez wątpienia takie wykształcenie i przygotowanie posiada, uzupełnione na dodatek talentem i specyficznym artystycznym „instynktem”. O własnym języku teatralnym – czytałem gdzieś, że reżyserka już go wypracowała -  nie ma jeszcze mowy. Świadczy o tym nieumiejętność prowadzenia aktorów i brak nieszablonowych pomysłów na konkretne sceny czy całości. Nie ma jednak się co martwić – gdy reżyserka poukłada sobie wreszcie teatr po swojemu, wszystkie elementy wskoczą na właściwe miejsce. To będzie znak, że pierwszy etap kariery ma już za sobą. Nastąpi drugi – emancypacja artystyczna. Pierwszy krok do znalezienia własnego języka. Tego jej z całego serca życzę i na ten moment czekam.

Ps. Rozumiem w pełni taki, a nie inny wybór tytułu przedstawienia, ale – co ciekawe -  w potocznym odbiorze funkcjonuje ono jako „spektakl Magdy Szpecht, którego tytułu nikt nie może zapamiętać”. 

„Złote Truskawy 2015″ – teatralne antypodsumowanie roku

copyright by Konick

copyright by Konick

Drodzy Czytelnicy,
w związku z odchodzącym na pola historii rokiem 2015, nadszedł czas na przyznanie dorocznych antynagród w dziedzinie teatru. W zeszłym roku nagrody te nosiły „pożyczone” z Hameryki miano – „Złote Maliny”. W tym roku, chcąc podwyższyć ich prestiż i dać im szansę na nowe, prawdziwe polskie życie, postanowiłem zmienić ich nazwę na bliższe memu sercu i naszemu narodowemu podwórku miano – „Złote Truskawy”. Odtąd corocznie będę one przyznawane tuż przed Sylwestrem za najgorsze – moim skromnym zdaniem – osiągnięcia w polskim teatrze w danym roku kalendarzowym. Jednym kryterium kwalifikacji będzie dla mnie fakt obejrzenia przedstawienia w danym roku. Kolejność nie będzie grała roli. Złota Truskawa zostanie przyznana w kilku kategoriach (adaptacja teatralna, scenografia, reżyseria, rola męska, żeńska oraz spektakl) a wybór ten będą poprzedzały nominacje (liczba nominowanych będzie zależna od ilości podmiotów, domagających się swoją jakością nominacji). Same nominacje nie będą wcześniej ogłaszane, dowiecie się Państwo o nich razem z ogłoszeniem nagrodzonych. Przyznanie nagrody za rolę czy scenografię nie jest jednoznaczne z przyznaniem nagrody całemu przedstawieniu – często się tak zdarza, że w świetnym spektaklu zdarzy się jakiś dysonans, który w żadnym razie nie może stać się reprezentacją całości! „Komisja regulaminowa” może przyznać też szereg wyróżnień, do których, w myśl dzisiejszej mody, przyznaje sobie ona nieograniczone prawo.

Protokół z posiedzenia jednoosobowej komisji dotyczący przyznania nagród „ZŁOTE TRUSKAWY 2015”

W dniu 27 grudnia br. „Komisja”, zwana dalej Komisją, pod przewodnictwem Komisji zebrała się gdzieś na południu Polski, przy nakrytym zielonym suknem stole, aby przyznać regulaminowe nagrody – „ZŁOTE TRUSKAWY” oraz inne wyróżnienia w dziedzinie teatru za rok 2015. Komisja miała do dyspozycji ponad czterdzieści obejrzanych spektakli, swoje „widzimisię”, talerz makowca, kieliszek wiśniówki oraz gorący termofor. Po czterech godzinach obrad, zgodnie z najnowszą modą – gdzieś o trzeciej w nocy – Komisja zakończyła obrady i przyznała następujące regulaminowe nagrody – ZŁOTE TRUSKAWY w dziedzinie teatru za rok 2015:

DOMAGALAsieKULTURY
ZŁOTE TRUSKAWY 2015

ADAPTACJA TEATRALNA

Nominacje:

ŁUKASZ CHOTKOWSKI, MAJA KLECZEWSKA, „Szczury” (reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny w Warszawie) – za zmasakrowanie dramatu Gerharda Hauptmanna oraz pomylenie ze sobą dwóch osi konfliktu: prowincja – Warszawa, Polska – Ukraina, w rezultacie czego w spektaklu wyszło im starcie między Warszawą a Ukrainą, zaś w finale Bogu ducha winna publiczność została storpedowana teatralnym biciem piany.

JAROSŁAW MURAWSKI, „Morfina” (reż. Ewelina Marciniak, Teatr Śląski w Katowicach) – za zdegradowanie powieści Szczepana Twardocha do poziomu płynnej literackiej magmy, z której wystają tylko jakieś ręce i nogi bliżej nieokreślonych postaci, co skutkuje ucieczką widzów w tablety, gdzie rzeczywistość jest o niebo lepiej określona i zrozumiała.

TOMASZ CHYŁA, MARCIN BRZOZOWSKI, WOJCIECH MALAJKAT, „Czarodziejska Góra” (reż. Wojciech Malajkat, Teatr Syrena w Warszawie) – za sprowadzenie wielkiej filozoficznej powieści do poziomu kalejdoskopowego szkolnego bryku, w którym patetyczność i napuszenie zastępują wykastrowane z powieści smakowite ironiczne i tragikomiczne połacie tekstu, przynosząc widzowi w finale śmiertelne nudy.

MICHAŁ BUSZEWICZ, „Możliwość wyspy” (reż. Magda Specht, TR Warszawa) – za dogłębną i szczegółową wierność Houellbeqcowi, która prowadzi go wraz z widzami na Kanaryjskie Wyspy Znudzenia i Niezrozumienia, a samego pisarza zapewne wprowadziłaby w zdumienie, że on sam to wszystko napisał.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Jarosława Murawskiego za MORFINĘ

SCENOGRAFIA

Nominacje:

MAJA SKRZYPEK, „Błogie dni” (reż. Wojciech Urbański, Teatr Ateneum w Warszawie) – za szpetotę i brak funkcjonalności.

JUSTYNA ELMINOWSKA, „Białe małżeństwo” (reż. Artur Tyszkiewicz, Teatr Narodowy w Warszawie) – za wszechpanujące konfesjonały z penisami, których teatralna atrakcyjność kończy się po dziesięciu minutach spektaklu, a ich siermiężna obecność pasuje raczej do tygodnika „Fakty i mity”, niż do Różewicza.

ANITA BOJARSKA, „Wujaszek Wania” (reż. Andrzej Bubień, Teatr 6.piętro w Warszawie) – za szpetotę, monotonię i wizualne powielanie najgorszego stereotypu o czechowowskim świecie – stereotypu, że świat ten jest brzydki, nudny i pozbawiony koloru.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mai Skrzypek za BŁOGIE DNI

REŻYSERIA

Nominacje:

MAJA KLECZEWSKA, „Szczury” (Teatr Powszechny w Warszawie) – za pomieszanie wszystkiego ze wszystkim na zasadzie – „jestem wielką reżyserką i mogę wszystko, nie podoba się – to wynocha!”, za betoniarkę, lalkę/dziecko, przyrodzenie Michała Czachora i sprzęgające mikrofony oraz – w szczególności – za pianę, która miała być szczytem anarchii, odkąd jednak panie rozdają pierwszym rzędom folię, żeby ich nie pomoczyło, stała się swoją własną karykaturą.

ARTUR TYSZKIEWICZ, „Białe małżeństwo” (Teatr Narodowy) – za niezrozumiałe chyba nawet dla samego Nominata wykastrowanie dramatu Różewicza, przez co i tak już niezrozumiały spektakl stał się jeszcze bardziej niezrozumiały. Plus za pełne strachu oczy Zbigniewa Zamachowskiego czy Edyty Olszówki, aktorów wybornych, którzy nie do końca wiedzieli, co grają i o czym to jest. Nie martwcie się Państwo, nam, widzom, takie oczy zostały w domach przez miesiąc…

MICHAŁ ZADARA, „Lilla Weneda” (Teatr Powszechny w Warszawie) – za nonszalancję, powierzchowność i brak konsekwencji w konstrukcji świata spektaklu. A także za beztroskę i brak odpowiedzialności w korzystaniu z historycznych odniesień, do których reżyser nie tylko się przyznaje, lecz wręcz się nimi chełpi. Plus nieopanowanie Barbary Wysockiej w roli Lilli Wenedy.

PAWEŁ ŚWIĄTEK, „Książę niezłomny” (Teatr im.Jaracza w Łodzi) – za poświęcenie idei Calderona/Słowackiego (jakaś tam na pewno jest) na ołtarzu skądinąd ciekawego pomysłu stworzenia scenicznego ekwiwalentu gry komputerowej o nazwie „Książę niezłomny”. Niech reżyser pamięta jednak, że w grze najprzyjemniejsze jest to, że można ciągle kogoś wyeliminować, tu takiej możliwości nie było. Widz siedział i ręka mu ciągle chodziła, żeby wcisnąć jakiś guziczek anihilacji. Mnie najbardziej, gdy na scenę wchodziła Feniksana…

WOJCIECH URBAŃSKI „Błogie dni” (Teatr Ateneum w Warszawie) – za „milczenie na próbach”, za duchową nieobecność i czekanie, aż Jan Peszek z Jadwigą Jankowską-Cieślak sami zrobią spektakl. Z drugiej strony, może to i dobrze, po co psuć coś, co będzie najlepszą alternatywą.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mai Kleczewskiej za SZCZURY

ROLA MĘSKA

Nominacje:

TOMASZ SCHUCHARDT – Głąb, „Mary Stuart” w reż. Agaty Duda-Gracz, (Teatr Ateneum) – za powierzchowność i zbytnie celebrowanie formy

ANTONI PAWLICKI – Joachim Ziemssen, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za brak luzu, pompatyczność oraz powagę często graniczącą z jej parodią – o śmierci mówimy tylko śmiertelnie poważnie. Plus za naleciałości z planu „Czasu honoru” czy innego śmiertelnie poważnego dzieła o śmierci, w którym bohaterowie walczą na śmierć i życie.

MARIUSZ DRĘŻEK – Lodovico Settembrini, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za manifestowaną prywatnie w roli homoseksualisty Settembriniego postawę „Jakby co, to ja nie jestem gejem, ja go tylko gram!”. Oczywiście w efekcie mamy parodię roli, a cała złożoność tej postaci została przez aktora złożona w grobie jeszcze przed trzecim dzwonkiem. W rezultacie tego Naphta Wojciecha Zielińskiego, zamiast prowadzić interesujące dysputy z Setembrinim, prowadzi na scenie Syreny interesujące monologi, przerywane manifestacjami kolegi.

BARTOSZ GELNER  – Narrator, „Francuzi” w reż. Krzysztofa Warlikowskiego, (Teatr Nowy w Warszawie) – za pierwszy 45-minutowy monolog Narratora, mówiony tyłem do widza i tak strasznie nudny, że jeśli widz go wytrzyma, wytrzyma już w Studio ATM wszystko, nawet „Rolnika szukającego żony w poszukiwaniu straconego Voice of Poland”!

DAWID OGRODNIK – Franek, „Męczennicy” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa) – za wykorzystywanie podpatrzonych u gimbazy sposobików na granie szesnastolatka i za ciągłe potrząsanie bardzo ładnymi skądinąd, trochę dłuższymi włosami, będące główną osią roli.

MIŁOGOST RECZEK – Tielegin, „Wujaszek Wania” w reż. Andrzeja Bubienia, (Teatr 6. piętro, Warszawa) – za niczym nieumotywowany i niczym niepohamowany (reżyser?!) atak histerii w pierwszym akcie niezłego „Wujaszka Wani”, czym wprawia w zakłopotanie nawet takiego histeryka, jak piszący te słowa…

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mariusza Drężka za rolę LODOVICA SETTEMBRINIEGO

ROLA ŻEŃSKA

Nominacje:

ROMA GĄSIOROWSKA – Zosia, „Męczennicy” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa) – za wykorzystywanie podpatrzonych u gimbazy sposobików na granie szesnastolatki.

BARBARA WYSOCKA – Lilla Weneda, „Lilla Weneda” w reż. Michała Zadary (Teatr Powszechny w Warszawie) – za brak umiaru, pokory oraz samouwielbienie w roli Lilli Wenedy. Mszą tej scenicznej autoreligii jest nieszczęsny monolog Lilli Wenedy, w którym kilka razy z rzędu wymienia ona imię „Lechu”. Aktorka atakuje bezdźwięczną głoskę „ch” z lekką nutą „r” i naciska na nią tak bardzo, że tego fonetycznego kunsztu zazdroszczą jej już wszystkie gwiazdy wenezuelskiego showbiznesu. (język hiszpański również bardzo celebruje swoją głoskę „j” czyli h).

MAGDALENA JAWORSKA – Feniksana, „Książę Niezłomny” w reż. Pawła Świątka (Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi) – za to, że nie sposób zrozumieć szeptanych pod nosem racji Feniksany, piękno zaś niewypowiedziane (aktorka dysponuje bardzo atrakcyjną powierzchownością) staje się łatwym łupem stopniowej erozji zainteresowania, zwłaszcza gdy sceniczna koleżanka robi wszystko, żeby interesować się tylko nią.

MARIA SEWERYN – Kławdia Chauchat, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za pomylenie ról, gdyż „zapięta pod szyję” aktorka gra tu raczej św. Faustynę, niż emanującą podskórnym seksapilem, pełną życia Kławdię Chauchat. Współczuję Patrykowi Pietrzakowi, grającemu Castorpa, gdyż trudno bez poczucia niestosowności manifestować publicznie fizyczny pociąg do św. Faustyny.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Barbary Wysockiej za rolę LILLI WENEDY

SPEKTAKL ROKU

Nominacje:

„SZCZURY” w reż. Mai Kleczewskiej – za ignorancję i arogancję twórców, za brak konsekwencji, za nijakość ideową całości, a przede wszystkim za brak słyszalności i zrozumienia.

„CZARODZIEJSKA GÓRA”  w reż. Wojciecha Malajkata – za mizerię ideową, sprowadzenie powieści Manna do poziomu szkolnego egzaminu w PWST, w którym studentów zastępują Gwiazdy, za wmawianie widzom przez Dział PR Teatru Syrena, że spektakl ten jest z ducha przesiąknięty teatrem Jerzego Grzegorzewskiego. Teatr Grzegorzewskiego poza Wojciechem Malajkatem, świetnym aktorem spektakli wielkiego reżysera, nie ma ze spektaklem w Syrenie NIC, ALE TO NIC wspólnego!

„LILLA WENEDA”  w reż. Michała Zadary – za brak konsekwencji w prowadzeniu postaci (Roza Weneda jest nagle jakaś posługaczką u Lecha, to samo Ksiądz, dlaczego?), brak konsekwencji w wykorzystaniu odniesień historycznych (UBecy są nagle dobrzy, ci z lasu niedobrzy, to kto tu jest kim?), brak konsekwencji w kreowaniu sytuacji (Lilla Weneda wchodzi nagle do zamku Lecha z bronią i paraduje tam z nią przez jakiś czas, będąc jednocześnie w niewoli – To ojcu jej wyłupili oczy, a ona tak sobie może z bronią? Dlaczego?). Oraz za brak panowania nad rolą Barbary Wysockiej, o czym już w innym miejscu było.

„MĘCZENNICY” w reż. Grzegorza Jarzyny – za manifestację przez reżysera własnej opinii na temat głównej bohaterki, przez co spektakl można sobie darować już po piętnastu minutach oraz za to, że świetni aktorzy TR mają tu za dużo wolności, nikt od nich niczego nie wymaga, więc grają to, co im przychodzi najłatwiej. Wyjątek – Justyna Wasilewska. Dwoi się i troi, przeżywa wielkie emocje, gra pięknie, ale koncepcja pozbawia ją szans u widza, któremu od razu pierze się w spektaklu mózg. Swoją drogą ciekawe, ilu widzów nie dało go sobie wyprać.

„BIAŁE MAŁŻEŃSTWO”,  w reż. Artura Tyszkiewicza – za brak czytelnej koncepcji, za brak pomysłu na Różewicza 2015, bo jeśli za pomysł brać konfesjonały z penisami – marna to ściana, na której kończą swoją teatralną drogę twórcy tego przedstawienia.

ZŁOTA TRUSKAWA dla spektaklu SZCZURY w reż. Mai Kleczewskiej

WYRÓŻNIENIA:

EWELINA MARCINIAK – za słowa przytoczone przez Magdę Piekarską w artykule „Aktorzy porno zagrają w Teatrze Polskim” (Gazeta Wyborcza Wrocław, 7 listopada 2015):
„Czego mam się bać? – pyta. – Jeśli ktoś wyjdzie, to będzie jego problem, nie nasz. Mnie bardziej interesuje, co się będzie działo z tymi widzami, którzy zostaną z nami do końca”
Droga pani Reżyser! Apeluję o więcej szacunku dla widza, proszę pamiętać, że widz musi zapłacić za możliwość oglądania Pani spektakli oraz że Pani przedstawienia powstają z pieniędzy publicznych. Bilet do teatru to rodzaj umowy – Pani dostarcza widzowi dzieło, a on za nie płaci, poświęcając Pani swój prywatny czas. Widać oszołomiona ogólnopolskim sukcesem zapomniała Pani o pokorze.

KRZYSZTOF WARLIKOWSKI – za brak kontaktu z polską rzeczywistością.

MAJA KLECZEWSKA – za rekwizyt roku: lalkę w „Szczurach”. Z mojej recenzji spektaklu: „Hanna traci dziecko cztery lata wcześniej. Na filmiku jest żywe. To jeszcze jasne. Potem Ukrainka rodzi dziecko, które scenicznie gra lalka. Hanna i jej brat odbierają dziecko Ukraince i wożą w wózku. Jest to ciągle lalka. Potem słyszymy, że dziecko nie żyje. Które nie żyje: syn Hanny czy dziecko Ukrainki? Lalka to „aktorka”, grająca prawdziwe dziecko, czy po prostu lalka? Żeby było ciekawiej – autystyczna sąsiadka, przesiadująca w domu Hanny, ciągle chodzi z lalką. Kim jest lalka sąsiadki? Dzieckiem czy lalką?” Nadmiar wieloznaczności nie do rozplątania!

MAGDALENA SZPECHT – za finał roku – filmik wyświetlany przez całą trzecią część spektaklu „Możliwość Wyspy”. Finał ten jest ostatecznie pokonaną przeszkodą na drodze teatru pędzącego w kierunku filmu. Odtąd spektakle teatralne mogą z powodzeniem składać się z filmików i być wyświetlane w Multipleksach!

JERZY ZELNIK – za recenzję roku w której chełpi się, że wyszedł z „Wroga ludu” w Starym Teatrze przed czasem. Zgadza się. 7 listopada br. Pan Jerzy siedział koło mnie i wyszedł. Panie Jerzy, następnym razem niech Pan odsiedzi swoje – może do myślenia dałaby Panu co nieco – żywiołowa, pełna aprobaty reakcja publiczności? Zdanie krakowskiej publiczności jednak Pana nie interesowało. W porządku. Pana prawo! Tylko proszę więcej się już na jej dobro nie powoływać.

PROTESTUJĄCY przeciwko spektaklowi „Śmierć i dziewczyna” we Wrocławiu oraz przeciwko dyrekturze Jana Klaty w Krakowie, którzy nie byli ANI RAZU w rzeczonych teatrach – za robienie z siebie idiotów.

MINISTER KULTURY I SZTUKI, PIOTR GLIŃSKI – za „recenzowanie” spektaklu przed obejrzeniem i próbę wprowadzenia cenzury prewencyjnej.

Szanowni Nominaci, Laureaci i Czytelnicy! Podsumowując przyznanie Nagród „Złote Truskawy 2015″, chciałem Was zapewnić, że nie robię tego dla hejtu i beki. Moim głównym celem, jako krytyka, jest też pokazywanie Wam, artystom teatru, która z dróg wiedzie Was – w moim przekonaniu – na manowce. Robię to nie dlatego, żeby Was piętnować, ale po to, żebyście po tych manowcach więcej nie błądzili albo błądzili ze świadomością, że tam jesteście. Możecie się ze mną nie zgadzać, możecie mnie ignorować, hejtować, ale nie możecie mi zarzucić, że nie piszę tego, co myślę. Staram się, żeby moje pisanie było uczciwe wobec Was, dokładnie tak samo, jak Wy staracie się każdego dnia, żeby teatr, który tworzycie, był uczciwy wobec mnie – widza. Takiego teatru i Wam i sobie w Nowym Roku życzę!

Niemożliwość wyspy – Houellebecq w TR Warszawa

Od razu się przyznaję – nie czytałem książki Michela Houellebecqa „Możliwość wyspy”. W związku z tym z przedstawienia Magdy Szpecht w TR Warszawa nie zrozumiałem wiele. Wiadomo na pewno, że rzecz się dzieje na dwóch, przeplatających się, planach czasowych: między rokiem 1999 a 2013 i w bliżej nieokreślonej przyszłości. Miejscem akcji „współczesnej” jest Madryt, miejscem akcji w przyszłości jest wyspa Lanzarote, prawdopodobnie Nowy Jork, ale też wszechobecna w wizualizacjach Warszawa. Bohaterem części „współczesnej” jest Daniel. Kim jest Daniel? Nie wiem. Na początku myślałem, że jest pisarzem. Pewności tej pozbawiła mnie scena, w której bohater „recenzuje” twórczość jakiegoś reżysera – jego wypowiedzi sugerują, że on sam jest reżyserem. Daniel jest emocjonalnie rozdarty między żoną Isabelle i kochanką Esther. Bohaterami opowieści rozgrywającej się w przyszłości są klony Daniela oraz klony jego kobiet, żyjący w opozycji do innego gatunku ludzi – nazwanych „dzikimi”. Fabuła spektaklu w zarysie wygląda tak, że owe klony Daniela próbują zrozumieć zapiski swojego pierwowzoru sprzed tysięcy lat, po to, żeby porównać swoją egzystencję z jego życiem. Jako, że jesteśmy w teatrze, reżyserka wraz z dramaturgiem powołują do życia oba światy i próbują je ze sobą skonfrontować na naszych oczach. Niestety, konfrontacja ta się kompletnie nie udaje. „Możliwość wyspy” Magdy Szpecht, przypominająca bardziej instalację czy spektakl performatywny, najpierw osiada na mieliźnie nadmiaru, aby z upływem czasu utonąć w przegadaniu i nudzie.

Dzieje się tak z kilku powodów. Pierwszy to adaptacja. Michał Buszewicz chciał tak dokładnie oddać intelektualne meandry powieściowego oryginału, że utknął w tej dokładności na amen, a my, widzowie, wraz z nim. Nie wiadomo, o czym w zasadzie jest ten spektakl. A to dlatego, że adaptacja nie ma przejrzystego szkieletu – wszystkie wątki i sprawy są w niej tak samo istotne i pierwszoplanowe. Niczym w rozmowie, w której ktoś chce nam powiedzieć wszystko naraz, a my po chwili już nic z tego nie rozumiemy. Finał spektaklu, w postaci dwóch korespondujących ze sobą filmów – nie rozwiązuje problemu ani dramaturgicznie, ani znaczeniowo. Może i jest sumą całego przedstawienia, ale tyle się wydarzyło, że nie sposób spamiętać już, po co bohaterowie ruszają w podróż po Warszawie, udającej kanaryjską wyspę Lanzarote (po raz kolejny wraca pytanie o miejsce akcji przedstawienia). Spektakl właściwy urywa się tak nagle, że nie wiem, jaką funkcję pełnią owe filmy, które irytują i dopełniają klęskę niezrozumienia.

Drugi powód to niewykorzystanie przez reżyserkę dramatycznego potencjału jej własnych rozwiązań. Scena, utworzona specjalnie gdzieś na zapleczu TR Warszawa, składa się z przestrzeni korytarza oraz przestrzeni namiotu, zbudowanego przez Zbigniewa Liberę na dziedzińcu teatru. W pierwszej siedzimy my, widzowie, tu także rozgrywa się wątek klonów i stoi wielki ekran, na którym klony oglądają „zapiski” video z naszego świata. W namiocie zapiski te „tworzą się” naocznie dla widzów. Bohaterowie nagrywają się w swojej przestrzeni czasowej, a klony „przeglądają” te nagrania. Mamy więc do czynienia z symultanicznym funkcjonowaniem obu przestrzeni, połączonych ze sobą ekranem video. Istnieje też fizyczna granica światów – to drzwi i okno między korytarzem a namiotem. Aktorzy/klony i aktorzy-ludzie widzą się nawzajem, ale w spektaklu udają, że się nie widzą. Sandra Korzeniak (Isabelle z naszego świata) przy akompaniamencie „Adaggio” Samuela Barbera siada w drzwiach – na granicy tych światów – i patrzy. To najbardziej imagiczna scena w przedstawieniu, a to dlatego, że magnetyzm balansowania na granicy dwóch czasoprzestrzeni od razu zapładnia emocje i daje widzowi możliwość przeżycia czegokolwiek. Gdyby pójść tą drogą i poeksplorować głębiej sytuacje graniczne, reżyserka miałaby szansę stworzyć głębokie i dojmujące przedstawienie. Niestety, jedna jaskółka wiosny nie czyni, po brawurowym Barberze osunęliśmy się znów w pełne słów pustosłowie i nieznośną publicystykę.

Trzeci powód to niekonsekwencja w funkcjonowaniu wszystkich czasoprzestrzeni. Klony mają swój korytarz z sofą, draceną, pianinem i widzami (!) Ludzie mają namiot z materacem i kamerką. Światy te łączą się tylko poprzez video. Nie nachodzą na siebie, tak sobie przynajmniej myślałem, aż do sceny występu Daniela przed publicznością. Daniel wchodzi nagle w przestrzeń klonów, żeby zagrać swój show, narusza zatem granicę światów, lecz bez żadnych konsekwencji dla spektaklu (dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że widzowie są reżyserce potrzebni do zagrania publiczności). Scena w barze również narusza tę granicę, znowu nie niosąc za sobą żadnych następstw. Jak to więc jest z tymi przestrzeniami? Nachodzą na siebie, czy nie nachodzą? Jeśli tak, to czemu „Barber” celebruje granicę, a Daniel i goście baru jej nie zauważają? To rodzi kolejne pytanie: jaki status mamy my, widzowie? Siedzimy w przestrzeni klonów i patrzymy na współczesność z perspektywy iluś tysięcy lat, po czym, nagle stajemy się widzami współczesności. Dlaczego? Czy to jakaś metafora? Jeśli tak, to zupełnie nieczytelna. Zresztą niekonsekwencja i nieczytelność to dwa największe grzechy tego przedstawienia.

Przenosi się ona także na postaci. Mniej więcej w połowie spektaklu bohaterowie zamieniają się ze sobą. Aktorzy, grający klony, zamieniają się rolami: Sandra Korzeniak, grająca Isabelle, staje się klonem Marie, a Justyna Wasilewska, grająca klona, staje się aktorką Esther. Sebastian Pawlak, Daniel numer jakiś tam, staje się przyjacielem Daniela prawdziwego. Niestety, nie znalazłem przyczyny takiego rozwiązania. Gdyby zamienili się w te same osoby, to jeszcze od biedy miałoby to jakąś logikę – a tu Daniel pozostaje ten sam, a jego klony stają się jego przyjaciółmi. Zaprawdę, zagadka to zbyt trudna na grudniowy wieczór.

Najsolidniej w spektaklu jest zbudowana część współczesna – szereg ładnych scen, które w ciekawą, malowniczą całość spaja Daniel Jana Dravnela. Podobała mi się prostota i oszczędność jego gry. Duży dystans do siebie, do postaci, do świata. Aktor z godną podziwu uczciwością podszedł do swojej roli, nie szczędząc swojej postaci, ale też i sobie brutalnej autoironii. Część ta, za sprawą aktorów, momentami była naprawdę piękna i wciągająca. Czego nie można w żadnym razie powiedzieć o świecie klonów – statyczne przegadane monologi komentujące, co rusz, pojawiające się na trzech ekranach wypowiedzi Daniela z przeszłości – jednostajny, biały sposób podawania tekstu na początku zaciekawiał, po jakimś czasie irytował, aż w końcu, gdzieś na początku II części spektaklu wciągał w bezdenne bagno kleistej nudy. Aktorzy próbowali wyciągać nas, widzów, z tego bagna wszystkimi siłami. W pamięci pozostanie mi heroiczny Rafał Maćkowiak, który z pomocą klawiszy pianina obudził na chwilę zasypiającą publiczność, czy też Justyna Wasilewska dialogująca z draceną. Krakowska prawica powinna przyjechać do Warszawy, mogłaby znowu sobie pokrzyczeć o kopulacji aktorki z dekoracją. Na nieszczęście dla nich Wasilewska nie może się jeszcze pochwalić rolą żadnej świętej, która mogłaby w takim przypadku doznać znacznego uszczerbku na swojej świętości.

Podsumowując, choć spektakl się nie udał, materiał do pracy jest i warto się zastanowić chociażby nad skrótami. Od tysięcy lat wiadomo, że w teatrze mniej znaczy więcej. Na korzyść młodej reżyserki trzeba przyznać, że Magda Szpecht debiutowała w stolicy i że zadanie, którego się podjęła, było karkołomne. Houellebecq na pewno sam w sobie nie pomagał. Mimo, że wieczoru nie mogę zaliczyć do udanych, będę reżyserce kibicował, bo lubię ludzi, którzy spadając, spadają z wysokiego konia. Ważne, żeby po upadku się podnieść i iść dalej, bo przecież w teatrze upada się codziennie.

Ps. Zapraszam Państwa na fejsbukową stronę Bloga. W tym tygodniu znajdziecie tam Państwo relacje z festiwalu teatralnego Boska Komedia 2015, odbywającego się właśnie w Krakowie - https://www.facebook.com/domagalasiekultury