Łatwe zwycięstwo Albee’go na kortach Polonii – „Kto się boi Virginii Woolf” w reż. Jacka Poniedziałka

zdj. Krzysztof Bieliński

zdj. Krzysztof Bieliński

W tegorocznym Australian Open Agnieszka Radwańska przegrała w półfinale z Amerykanką Sereną Williams w dwóch setach: 0:6 4:6. Dzień później Jacek Poniedziałek, autor nowego tłumaczenia „Kto się boi Virginii Woolf” Edwarda Albee’go i reżyser opartego na nim spektaklu, uległ w podobnym stosunku amerykańskiemu autorowi.

Pierwszy „set” przedstawienia to pokaz wyraźnej dominacji Albee’go nad twórcami z Teatru Polonia. Zaczęło się od „przegranego serwisu” scenografa oraz tłumacza. Niekonsekwentna scenografia Michała Korchowca niczego nie wyjaśniała, wprost przeciwnie prowadziła widza na manowce – taras na dachu mieszkania Marty i George’a, ludzi ewidentnie majętnych i ustosunkowanych, porażał brakiem wyczucia i stylu. Jakaś kozetka, wyliniałe fotele – każdy z innej parafii, szare ściany, awangardowa rzeźba – wszystko to zupełnie nie pasowało do gustownych, dobrej jakości kostiumów, w które ubrani byli Marta i jej mąż, stanowiąc istotny dysonans w prezentacji statusu społecznego bohaterów. Do tego w przerwie spektaklu następuje scenograficzna zmiana – odwrócenie porządku – w której za nic nie mogłem się dopatrzeć głębszego sensu. Łazienka z filmiku w drugim akcie również sprawiała wrażenie niekoniecznie pasującej stylistycznie do głównego miejsca akcji czyli tarasu. Wyglądało to tak, jak gdyby scenograf na serio potraktował początkowe słowa Marty o tym, że ich mieszkanie to nora. Jeśli tak, to najważniejszym wydaje się pytanie, co mają grać Nick z Żabcią, czego powinni gospodarzom domu zazdrościć? Do czego aspirować? Czym ma się zachwycać Żabcia – norą? Tarasem?

Marta Ewy Kasprzyk (aktorki ponętnej, pełnej seksu i zmysłowości) rozpoczęła swój „gem” od nadmiernego eksploatowania swojej seksualności, co w połączeniu ze stanem wskazującym osłabiało jej postać, zbytnio akcentując komiczną warstwę dramatu. Komizm ów, oparty na nieustannej pyskówce, podkręcany zresztą ciągle ponadprzeciętną liczbą wulgaryzmów, stał się w pierwszym akcie kopalnią „niewymuszonych błędów” aktorów i przyczyną ich porażki. W moim przekonaniu, winę za ten stan rzeczy ponosi tłumacz, bezpodstawnie dopisując Albee’mu wulgaryzmy już na etapie przekładu – świadczy o tym jedna z kwestii Nicka, który w pewnej chwili rezolutnie i agresywnie odbija piłeczkę w stronę Georga, żądając, żeby ten nie przeklinał w obecności jego żony. W spektaklu, w którym raz po raz słychać ze sceny niewybredne słowa, taki jednorazowy wybuch postaci w reakcji na przekleństwa po prostu dziwi. Pojawia się pytanie: czemu wcześniej i później Nick tego nie zauważa i nie reaguje? Dla mnie odpowiedź jest prosta – wątek przekleństw u Albee’go jest bardzo precyzyjnie napisany, a reakcja Nicka jest jednym z jego istotnych momentów. Każde nadprogramowe przekleństwo od razu brzmi w spektaklu fałszywie, gdyż narusza chirurgiczną wprost konstrukcję dramatu. Tłumacz, chcąc dopasować język postaci do współczesności, nadać mu soczystość i atrakcyjność, podrasował nieco Albee’go, a ten niepostrzeżenie „minął go po linii”. Tekst brzmi wprawdzie soczyście i atrakcyjnie, ale jego głębia zostaje sprowadzona do poziomu – wprawdzie świetnie napisanej, ale zawsze – bulwarowej komedii. Publiczność się cieszy, płacze ze śmiechu, podziwia kunszt aktorów i jest sukces, tyle tylko że w miarę upływu czasu ma to z dramatem Albee’go coraz mniej wspólnego.

W efekcie nadmiernej eksploatacji komicznej warstwy dramatu, Ewa Kasprzyk tak bardzo zatraciła się w małżeńskich docinkach z pointą, że zapomniała o wielkim dramacie Marty, który gdzieś tam, raz po raz, próbuje wydostać się spoza ironicznych, pełnych jadu, oblanych hektolitrami alkoholu swoich „uderzeń kończących”. Efekt jest taki, że aktorka – grając na wysokich obrotach i farsowej nucie – zatraca się w niej i gnana dopingiem widowni, „wyrzuca piłkę za linię końcową”. Po 60 minutach spotkania widzowie głównego kortu Teatru Polonia przecierali oczy ze zdumienia. Żabcia Agnieszki Żulewskiej nie wytrzymała napięcia i udała się na „przerwę toaletową”. Wraz z nią my, zszokowani widzowie. Na wyświetlaczu widniało dumnie 6:0 dla amerykańskiego dramaturga.

W drugim „secie” aktorzy Poniedziałka wreszcie zaczynają trafiać. Bardzo dobrze grający do tej pory Dracz, wznosi się na wyżyny. On jeden przez cały mecz stawiał skuteczny opór mistrzowi Albee’emu. Publiczność z zachwytem podziwiała jego niesamowite, pełne rozpaczy i zjadliwej ironii riposty, jego poruszające, tchnące rezygnacją gesty czy inteligentne, grane z wielką empatią i głębią spojrzenia. Dość powiedzieć, że dzięki jego grze, Poniedziałek wraz z zespołem wyszli na prowadzenie 3:0. W kolejnym „gemie” swój „serwis” stracił niestety Nick. Dziwię się dlaczego akurat on, zwłaszcza, że piękna atletyczna budowa grającego go Piotra Stramowskiego faworyzowała Nicka ze wszystkich zawodników najbardziej. Nie potrafił on jednak wykorzystać swoich warunków fizycznych do stworzenia przekonującej kreacji, młodego, żądnego pieniędzy i sławy karierowicza, który jednocześnie odkrywa, że nie tylko tym karierowiczem jest, lecz że mu się to na dodatek podoba. Podobnie Agnieszka Żulewska, która konstruuje swoją rolę z pensjonarskich gestów i krzyków granej przez siebie formalnie pijanej, Żabci, starając się niepotrzebnie wyposażyć swoją postać w więcej inteligencji niż to jest napisane. W rezultacie oboje aktorzy prześlizgują się po tekście, w wielu momentach dając się zaskoczyć misternym frazom amerykańskiego mistrza. Miałem takie wrażenie, że nie są oni pewni, tego, co grają, zwłaszcza Żulewska. Jej Żabcia brzmi papierowo, zwłaszcza, że w tekście tłumaczenia próżno szukać językowego ekwiwalentu pozycji społecznej Żabci. Zresztą ten sam problem dotyczy konstrukcji postaci Nicka.

Co mogłoby się wydarzyć, gdyby Nick i Żabcia nie przegrali meczu już w szatni, widać na filmiku, który jest transmisją ich kłótni w toalecie. To najmocniejsza scena spektaklu. Agnieszka Żulewska tworzy tam w kilkadziesiąt sekund kreację niewiarygodną. Jest niczym zranione zwierzę, pełne bólu, rozpaczy, ale i urażonej dumy. Kilkoma gwałtownymi gestami, krzykami, spojrzeniami załzawionych oczu pokazuje prawdziwą głębię Albee’owskich postaci. To wszystko w zestawieniu z VII Symfonią Bethovena przynosi kilkusekundowe katharsis. Gdyby Żulewska i Stramowski – ale także Ewa Kasprzyk – grali cały czas na takim poziomie emocji, Albee pojechałby do Ameryki pokonany, a Poniedziałek mógłby podnosić ręce w geście triumfu. Niestety, po „toaletowej przerwie” wszystko wróciło na swoje dawne tory, nawet śnieżnobiała bluzka Żabci nie nosiła żadnych, oczekiwanych przeze mnie śladów pobytu w toalecie.

Przy stanie 4:4 mecz wszedł w decydującą fazę. Dracz grał rewelacyjnie, ale lekko farsowa koncepcja finałowej sceny nie pozwoliła reszcie aktorów na utrzymanie najlepszej dyspozycji. W finale nieoczekiwanie wspaniale zaczęła grać Ewa Kasprzyk. Dzięki skupieniu i koncentracji, jej Marta zyskała wreszcie tak oczekiwaną głębię i prawdę przeżycia, ale chociaż dzielnie walczyła o każde zdanie, każde spojrzenie, każdy gest, chociaż przyznała, że się boi Virginii Woolf, było już za późno. Po 120 minutach gry Edward Albee na „korcie” Polonii mógł cieszyć się z kolejnej wygranej. Państwu zaleca się obejrzenie powtórki, gdyż mimo wyniku „mecz” ten był niezwykle pasjonujący i ciekawy. Publiczności bardzo się podobał, gdyż idealnie wpisywał się w powszechne wyobrażenie o „dobrym teatrze”. Może to był i dobry teatr, ale niestety jednostronnie wykorzystujący potencjał literackiego oryginału.

Ps. Spektakl kończy jakaś plansza z widoczkiem i odwróconym napisem „Obudź się Polsko”. Do dziś staram się pojąć, czy to jest część spektaklu – jeśli tak, to w kontekście całości nie bardzo zrozumiała – czy jakaś szersza polityczna akcja Fundacji Krystyny Jandy. W obu przypadkach należałoby jeszcze raz gruntownie zastanowić nad jej sensownością.

PS.2 Szanowni Państwo, recenzja ta jest już nieaktualna. Odkąd wymieniono aktorów grających parę młodych bohaterów jest to z pewnością inny spektakl. Mam nadzieję w najbliższym czasie uda mi się go zobaczyć ponownie. Wtedy napiszę recenzję jeszcze raz. Cudownie, że teatr jest żywy i każdego dnia może nas czymś zaskoczyć. Pozdrawiam, DsK (14 listopada 2016)

PIEKŁO – NIEBO – podsumowanie VIII edycji festiwalu teatralnego BOSKA KOMEDIA (Kraków, 4 -13 grudnia 2015)

spektaklio-didvyriu-aikste-akimirka-55165c4c893a7

W grudniu sceny krakowskich teatrów stały się miejscem prawdziwej teatralnej uczty. Swoje najnowsze spektakle pokazywali zarówno mistrzowie (m.in. Krystian Lupa, Krzysztof Warlikowski czy Grzegorz Jarzyna), jak i „młodzi gniewni” polskiego teatru (m.in. Monika Strzępka, Krzysztof Garbaczewski, Michał Borczuch czy słynna z afery porno – Ewelina Marciniak). W konkursie na najlepsze przedstawienie międzynarodowe jury doceniło „Apokalipsę” Michała Borczucha (Teatr Nowy w Warszawie). Nagrody powędrowały też do twórców „Podróży zimowej” w reż. Pawła Miśkiewicza (Teatr Polski we Wrocławiu), „Francuzów” w reż. Krzysztofa Warlikowskiego (Teatr Nowy w Warszawie) oraz „Nie-boskiej komedii” w reż. Moniki Strzępki (Stary Teatr). Głównym tematem, przewijającym się przez spektakle tegorocznego festiwalu, odbywającego się w cieniu gwałtownej politycznej zmiany, było poczucie końca pewnego porządku oraz związane z tym lęki i obsesje. Jeden z jurorów pocieszał nas na spotkaniu, że to normalne, że ogląda polski teatr od piętnastu lat i od tego czasu nic się nie zmieniło. Ze swej strony przygotowałem dla Państwa rodzaj subiektywnego przewodnika po festiwalu, dzieląc wszystkie przedstawienia, które widziałem na „piekielnie złe” i „niebiańsko dobre” (kolejność przypadkowa).

INFERNO

„MORFINA” w reż. Eweliny Marciniak (Teatr Śląski w Katowicach)

Największym rozczarowaniem festiwalu była „Morfina” w reż. Eweliny Marciniak z Teatru Śląskiego w Katowicach. Wiem, ile nagród dostała, wiem, w ilu plebiscytach dotąd wygrała, ale po dwudziestu minutach tego spektaklu (potem było jeszcze gorzej) muszę krzyczeć: „Król jest nagi!!!”. Okropna, wołająca o pomstę do nieba adaptacja powieści Twardocha autorstwa Jarosława Murawskiego sprawia, że po dwudziestu minutach widz nieznający książki nie ma zielonego pojęcia, o co w spektaklu chodzi. Adaptator nie zadbał o odpowiednią ekspozycję postaci z książki – nadanie im choćby „wyłapywalnych” imion, funkcji, czegoś, co pozwoli widzowi łatwo ich zidentyfikować – przez co od początku wiadomo tylko, kto jest głównym bohaterem. Reszta ginie w wielowątkowości akcji i nadmiarze – pięknych skądinąd – reżyserskich pomysłów. Aktorzy grają po kilka postaci, ale konia z rzędem temu, kto – bez znajomości książki (tylko z tej perspektywy mogę się wypowiadać) – połapie się w tym przepełnionym efektami chaosie. Reżyserka kompletnie tego nie widzi i – wykorzystując konwencję teatru w teatrze (dodatkowa trudność dla widza) – buduje piętrowe metafory oraz girlandy, przeplatających się płaszczyzn czasowych, ludzkich, przestrzennych i choć pięknie to wszystko wygląda – na przykład sceny ze złotym pyłem czy sceny w basenie – to wrażenie jest przygnębiające. Widzowie w większości kompletnie pogubieni lądują w swoich smartfonach (w moim rzędzie naliczyłem sześć świecących ekraników). Ewelina Marciniak ma wszelkie karty, żeby stworzyć swój własny, odrębny i piękny teatralny język, ale uwaga – to nie język jest istotą teatru, ale to, co się chce przez ten teatr widzowi powiedzieć. I w tym właśnie tkwi sedno „ułomności” katowickiej „Morfiny”. Widz nie wie już, o czym jest proza Twardocha, a przecież musi jeszcze odczytać, co reżyserka, pani Marciniak, chciała mu tym „Twardochem” powiedzieć. „Siała baba mak, nie wiedziała jak”. Przepraszam, nie mak – morfinę. Znalazło się jednak wielu takich, których owa morfina otępiła na tyle, żeby się tym przedstawieniem zachwycać. Ja morfiny nie lubię i jury BOSKIEJ KOMEDII – jak widać – też nie.

„MĘCZENNICY” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa)

Justyna Wasilewska zagrała Lidkę prawdziwie, ze stuprocentowym oddaniem się postaci, słowem – wspaniale, ale nie miała szans wygrać z ideą Grzegorza Jarzyny. Ideę tę – w dużym uproszczeniu – można zawrzeć w jednym zdaniu: „nie możemy
i m ustąpić pola – tym okropnym katolickim fundamentalistom”. Problemem tej idei jest słówko „okropny” – przymiotnik, w którym zawarta jest ocena, bo największym grzechem reżysera jest właśnie to, że on – a priori – swoją bohaterkę ocenia. Na dodatek manifestuje nam swoją opinię, umieszczając Lidkę w takim kontekście, że widz właściwie nie ma wyboru – musi zidentyfikować się z jej adwersarzami. Do tego podkopuje jej postawę, umniejsza wiarygodność, akcentując jej sztampowy, homofobiczny rodowód. Lidka jest z góry skazana na niechęć widza, co powoduje, że dziecko zostaje wylane z kąpielą – racje bohaterki nie mają już sensu, nikt jej nie słucha. Została przez reżysera wytknięta palcem, wyrzucona poza nawias. Widz nie ma tu nic do roboty. Oglądanie „Męczenników” jest jak czytanie „Gazety Polskiej” czy „Wyborczej”: wiadomo od razu, po której stronie stoi redaktor naczelny. A szkoda, bo warto było dać głos również drugiej stronie. Aktorstwo kuleje, niczym Roma Gąsiorowska w jednej z ról i żadne cuda tu nie pomogą. Nie da się znieść konceptu, w którym trzydziestolatkowie grają szesnastolatków, „ściubdzioląc” pod nosem monosylabowe odzywki i udając małolatów. Słowem, prawdziwi męczennicy to widzowie tego spektaklu, w tym ja, który miałem nieszczęście obejrzeć je aż dwa razy…

„WESELE” w reż. Moniki Strzępki (PWST Wrocław)

Dyplom w reżyserii Moniki Strzępki z PWST Wrocław powinien być ostrzeżeniem dla słynnej reżyserki. Okazuje się, że jej rozpoznawalny teatralny styl łatwo może przeobrazić się we własną karykaturę, która do złudzenia przypomina… kabaret Olgi Lipińskiej: pioseneczka, układzik, „bum-bum”, scenka z pointą, pioseneczka, układzik, „bum-bum” – i tak do finału, a tam – PIOSENECZKA, UKŁADZIK, BUM-BUM”. Koniec. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest brak silnej dramaturgicznej podpory Pawła Demirskiego i wybitnych aktorów, którzy w pełni odnajdują się w zaproponowanej przez reżyserkę konwencji. Młodzi aktorzy, kompletnie nieprzypilnowani, zakochani – przypuszczam – w swoim ulubionym temacie (piciu wódki i imprezowaniu) zamienili teatralną improwizację na granicy II i III aktu w pokaz żenującej amatorszczyzny. Stało się tak, gdyż – jak podejrzewam – nikt młodym artystom nie określił granic improwizacji. Wyglądało to, jakby Monika Strzępka, nie przejmując się bardzo dalszymi losami młodych aktorów i ich spektaklu, zostawiła ich samych sobie. Skutki na scenie były opłakane. Ciekawe pomysły – jak na przykład połączenie postaci Księdza z Nosem – poprzez nadmiar ich eksploatacji zamieniały się w swoją parodię. Studenci nie radzili sobie też ze zmianami rytmów. Teatr Moniki Strzępki jest bardzo energetyczny, szybki. We wrocławskim „Weselu” pojawiał się na moment, aby za chwilę ustąpić pola czystemu, lekko skróconemu Wyspiańskiemu, którego melodia wiersza ma znacznie wolniejsze tempo. Młodzi aktorzy, nie radząc sobie często z przeskokami rytmów, kładli całe połacie tekstu Wyspiańskiego. Choć pięknie bronili się stworzonymi przez siebie postaciami – zapamiętam Pana Młodego, Czepca, Kliminę – nie udało im się, niestety, stworzyć dobrego spektaklu, wychodzącego poza sztampę dyplomu, w którym każdy udowadnia, że „tańczy śpiewa, recytuje”. A szkoda.

PARADISO

„PODRÓŻ ZIMOWA” w reż. Pawła Miśkiewicza (Teatr Polski we Wrocławiu)

Najsmaczniejszym jabłkiem w tym teatralnym raju było przedstawienie Pawła Miśkiewicza „Podróż zimowa” na podstawie tekstu Elfride Jelinek. Na scenie obserwujemy pisarkę w pięciu „osobach” – od młodej dziewczyny po starą kobietę. Postaci te mówią o sobie, swoich problemach, oczekiwaniach, marzeniach, swoim strachu, wątpliwościach, obsesjach. Ich monologi zamykają się w większą całość, którą możemy nazwać po prostu: Elfriede Jelinek, człowiek, kobieta, pisarka. Gdy wewnętrzna wiwisekcja dobiegnie końca, Elfride I, „rzeczywiste” alter ego pisarki, wypędzi ze sceny swoje postaci, a sama zasiądzie na widowni. Będzie się teraz przyglądała wraz z nami, jak pozostałe Elfriedy przeistaczają się w bohaterki jej literatury. Moment to w przedstawieniu magiczny, Elfriedy zjawiają się na scenie w kostiumach i rozpoczynają swój spektakl. Towarzyszą im znakomite wokalizy Mai Kleszcz – kreujący nowe horyzonty liryzmu poetycki refren całego spektaklu. Przedstawienie zamyka wstrząsający, gorzki monolog Jelinek o przyszłości swojej literatury, o zwątpieniu w jej sens, o rezygnacji z walki, którą od lat toczy na różnych płaszczyznach we własnym kraju. W tle, na wielkiej dekoracji widzimy stado owiec. Końcowy monolog austriackiej noblistki przynosi katharsis, bo uświadamiamy sobie, że nas, widzów teatru Pawła Miśkiewicza czy w ogóle – odbiorców – spotka ten sam los, co literaturę, teatr czy też szerzej – sztukę. Populistyczna władza dogada się z prymitywnym ludem, wilk będzie syty i owca cała, a my – twórcy i odbiorcy oczekujący czegoś więcej, niż „umpa-umpa” czy patriotycznych „gniotów dobrze skrojonych” – zostaniemy z niczym.

HALINA RASIAKÓWNA

Wielka aktorka w wielkiej roli. Na potwierdzenie pozwolę sobie przytoczyć stosowny fragment mojego tekstu „Podróży zimowej”: „W jednej ze scen jej Elfriede, ukrywająca się pod znanym z mediów anturażem – zaczesaną do tyłu, upiętą grzywką i wielkimi, ciemnymi okularami – siedzi w fotelu i poraża spokojem. Jest w niej mądrość i pokora, ironia i smutek, zwycięstwo i gorycz. Jej tajemnicza, pogrążona w sobie postać, magnetyzuje i fascynuje, a oszczędny, skondensowany, emanujący podskórną ironią sposób podawania tekstu na długo pozostaje w pamięci. Słuchając Elfriede Rasiakówny miałem wrażenie, że pisze ona swój własny, sekretny, przepełniony goryczą dziennik. Proza Jelinek w jej ustach stawała się wielką literaturą, wielką, dlatego że w pełni ludzką, a to człowieczeństwo dopełniała w niej właśnie Rasiakówna, siłą swojej roli”. Czy trzeba czegoś więcej? Tak. Zobaczyć Rasiakównę na scenie.

„NIE-BOSKA KOMEDIA. WSZYSTKO POWIEM BOGU!” w reż. Moniki Strzępki (Stary Teatr)

Z tego przedstawienia zapamiętam przede wszystkim końcowy monolog duetu Dziewic (Dorota Pomykała i Marta Nieradkiewicz) oraz wybitne aktorstwo – kreacje Doroty Segdy, Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, Marcina Czarnika czy Adama Nawojczyka zrobiły na mnie duże wrażenie. Najpiękniejszym momentem przedstawienia, oprócz porażającego finału, była scena, w której Barbara Niechcic (Dorota Segda), stojąc na kręcącej się w kółko karuzeli, monologowała do walca z filmu Jerzego Antczaka. Dzięki takim właśnie, przesyconym emocjami scenom, spektakl Strzępki i Demirskiego (słuszna nagroda za scenariusz) był czymś więcej, niż tylko dobrze napisaną i wyreżyserowaną reinterpretacją słynnego dramatu. Strzępka, zgodnie ze swoją metodą pracy, eksploatowała w tekście Demirskiego głównie te miejsca, w których spotykały się różne fragmenty dzieł, bohaterowie czy czasy. W przypadku „Nie-boskiej” dało to świetne rezultaty w postaci gęstych, inteligentnie połączonych, piętrowych metafor, które jako źródła głębokich emocji stały się filarami prawdziwego, pełnego przeżycia teatru.

„KTO SIĘ BOI VIRGINII WOOLF?” w reż. Grzegorza Wiśniewskiego (Teatr Wybrzeże w Gdańsku)

Mirosław Baka zagrał George’a w klasycznej, opartej na doskonałym aktorstwie adaptacji dramatu Edwarda Albee’go w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Kreacja Baki była niesamowita – uszyta z gestów rezygnacji, pełnych wątpliwości ruchów i specyficznego – wskazującego na wymuszony – sposobu mówienia. Warto pojechać do Gdańska choćby po to, żeby zobaczyć, jak ten wspaniały aktor, świetnie oświetlony przez Marka Kozakiewicza, siedzi na proscenium i pije drinka. W parę sekund w jego oku widać wszystko – złość i świadomość jej bezcelowości, gniew i poczucie niemożności jego wyrażania, słabość i siłę, pochodzącą z jej kontrolowania. Świetna Marta Doroty Kolak sprawi, że George obudzi się na chwilę ze swojego snu, ale po chwili zapadnie weń jeszcze głębiej. „Kto się boi Virginii Woolf” to klasyczny teatr środka. W pamięci zachowam dwie wielkie sceny – lot Honey (Katarzyna Dałek) oraz poszukiwanie pilota przez Martę. Na spotkaniu po spektaklu aktorzy z rozbrajającą szczerością przyznali, że… nie znają twórczości Virginii Woolf. Jako powód podali informację, że tytuł dramatu nie ma w istocie nic wspólnego z angielską pisarką – przecież chodzi tu o amerykańską piosenkę/rymowankę, autorstwa Teda Searsa i Franka Churchilla „Who’s afraid of the big, bad woolf?” Potem te rewelacje czytam w recenzji jednej z młodych krytyczek, umieszczonej na poważnym portalu teatralnym i łapię się za głowę! Proszę państwa, gdyby to nie miało znaczenia, Edward Albee zostawiłby tytuł oryginalnej piosenki, a nie zamieniał „złego wilka” w Virginię Woolf. Śmiem twierdzić, że angielska pisarka została tu przywołana przez autora w sposób świadomy i celowy. Otóż – tak dużym uproszczeniu – obecne w literaturze Virginii Woolf jej zmagania z różnymi tematami – znajdują w dramacie Albee’go swój pełny ekwiwalent. Warto byłoby prześledzić, jak tematy Woolf meandrują przez konflikt Marthy i George’a. Oczywiście twórcy spektaklu mają pełne prawo z takiej wiedzy nie korzystać, ale też obowiązek uczciwego podejścia do oryginału, żeby w rozmowach – delikatnie mówiąc – nie mijać się z prawdą. Na recenzentów miłosiernie spuszczę zasłonę milczenia.

„AMOK. PANI KOMA ZBLIŻA SIĘ” – w reżyserii Marcina Libera (PWST Kraków)

Świetny dyplom. Świetni aktorzy. Co tu więcej pisać?

„PLAC BOHATERÓW” w reż. Krystiana Lupy (Dramatyczny Teatr Narodowy w Wilnie)

Pokazywane poza konkursem arcydzieło teatralne Krystiana Lupy. Przejmująco aktualne i bezwzględne wobec nas i naszych czasów. Brutalny, mocny strumień świadomości Thomasa Bernharda, rozpisany na litewskich aktorów i polską widownię w grudniu 2015 roku. Spektakl jeszcze lepszy od wrocławskiej „Wycinki” – chirurgicznie precyzyjny, ascetyczny, przenikający do kości i poruszający. Świetne zamknięcie BOSKIEJ KOMEDII. (więcej o tym spektaklu w tekście – „W Oksfordzie nie wrzeszczą tłumy” na moim blogu – TU LINK)

„Organizacja festiwalu BOSKA KOMEDIA” w reż. Bartosza Szydłowskiego i Krzysztofa Głuchowskiego

Słowa uznania dla organizatorów – podobała mi się organizacja festiwalu: czytelne zasady, świetne biuro promocji, kompetentne wolontariuszki. Dodatkowo, co rzadkie w Polsce – zasady były w pełni respektowane. Gdy trzeba było czekać na wolne miejsca, to czekali solidarnie wszyscy: reżyserzy, aktorzy, dziennikarze i studenci. Ze strony organizatorów nie zauważyłem żadnego „kolesiostwa” czy „premiowania ważniejszych”. Oczywiście znaleźli się też widzowie, którzy bezczelnie wykorzystywali nieuwagę wpuszczających, by niczym lisiczki z rosyjskiej bajki podstępem znaleźć się na widowni. W naszym kraju to niestety standard, więc zaskoczenia nie było. Jeśli chodzi o samą selekcję, to uważam, że wpadką organizatorów był brak „Sońki” Agnieszki Korytkowskiej-Mazur z Teatru Dramatycznego w Białymstoku, z najlepszą, obok Haliny Rasiakówny, żeńską rolą w tym roku w polskim teatrze – tytułową Sońką Swietłany Anikiej, aktorki Narodowego Teatru w Mińsku, nagrodzonej zresztą niedawno za tę rolę podwójnie na festiwalu teatralnym w Zabrzu. Może warto odłożyć czasem „Wysokie Obcasy” i osobiście pojechać do Białegostoku czy innego Koszalina…?
Dziękując organizatorom oraz zespołom teatralnym za możliwość odbycia tej niezwykłej podróży, wystawiam VIII edycji BOSKIEJ ocenę 4,5/5 i cieszę się, że też tam byłem i boski miód piłem…

PURGATORIO

APOKALIPSA w reż. Michała Borczucha (Teatr Nowy w Warszawie)

Uprzedzając Państwa pytania o nagrdzoną „Apokalipsę” Michała Borczucha odpowiadam, że nie widziałem tego przedstawienia na BOSKIEJ KOMEDII. Oglądałem je rok temu, świeżo po premierze i nie należałem do jego entuzjastów. Jednakże rok w teatrze to kawał czasu i wszystko mogło się w tym spektaklu zmienić. Dlatego w lutym 2016 roku wybiorę się na Borczucha jeszcze raz, żeby przekonać się na własne oczy i – być może – zweryfikować swoją opinię. Jakkolwiek będzie – recenzję z tego spektaklu Państwu obiecuję.

PS. Poniżej podaję linki do recenzji spektakli BOSKIEJ KOMEDII, o których pisałem wcześniej:

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/12/19/piec-postaci-elfriede-jelinek-w-poszukiwaniu-autorki-podroz-zimowa-w-rez-pawla-miskiewicza-na-festiwalu-boska-komedia/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/04/09/w-oksfordzie-nie-wrzeszcza-tlumy-krystiana-lupy-plac-bohaterow-pod-wzgorzem-giedymina/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/06/20/w-poszukiwaniu-straconego-hamleta-garbaczewski-w-starym-teatrze/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/10/23/w-poszukiwaniu-wciaz-traconej-europy-francuzi-krzysztofa-warlikowskiego/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/12/08/mlodzi-w-amoku-dyplom-krakowskiej-pwst-w-rez-marcina-libera-na-boskiej/

Ponadto zapraszam Państwa do polubienia moje strony na Facebook-u:  https://www.facebook.com/domagalasiekultury/