Dyskretny urok Elsynoru – „Hamlet” Olivera Frljicia (Zagreb Youth Theatre) na Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku

blog_entry_0336631001447049124

W jednym z najsłynniejszych filmów Luisa Buñuela „Anioł Zagłady”, elitarne towarzystwo, zebrane na wykwintnej kolacji w domu przy ulicy Opatrzności, zostaje w jakiś niepojęty sposób uwięzione w pokoju. Z całej, obecnej w domu służby zostaje tylko jeden kelner. Podczas przymusowo spędzonej razem nocy owa socjeta pokazuje swoją prawdziwą, gorszą, ukrytą pod konwenansem twarz. Jeden z bohaterów umiera, dwoje zakochanych młodych ludzi popełnia samobójstwo, nad domem zaś zbierają się czarne chmury. „Anioł zagłady” uważany jest do dziś za jedno z największych osiągnięć surrealizmu, kierunku sztuki, którego naczelną zasadą jest odrealnienie rzeczywistości, nadające jej postać sennych marzeń i irracjonalnych obrazów. Surrealiści posługiwali się w swoich dziełach absurdem, nonsensem i groteską, nieobcy był im też czarny humor.

Oliver Frljić otwiera swojego „Hamleta” z Zagreb Youth Theatre w podejrzanie podobny do Buñuela sposób. Wchodząc na widownię, która otacza właściwą przestrzeń gry, widzimy w jej centrum długi stół, przy którym siedzą już wszyscy, biorący udział w spektaklu aktorzy. Na stole plastikowa zastawa, a na niej kawałki autentycznego mięsiwa oraz obgryzione kości. Towarzystwo jest ewidentnie w trakcie uczty, dość barbarzyńskiej w formie. Trwa stypa po śmierci starego króla Hamleta, będąca jednocześnie weselem nowego króla, Klaudiusza, z królową-wdową Gertrudą. Gorzka to, lecz częsta i prawdziwa sytuacja – „Umarł król, niech żyje król”. Przy stole spotykają się wszyscy uczestnicy wydarzeń. Jest Klaudiusz z Gertrudą, Poloniusz, Laertes, Rozenkranc i Gildenstern, Grabarz, wreszcie Hamlet z Horacjem. Okaże się, że jest tam też Ofelia, grana przez tę samą aktorkę, co Gertruda i duch starego Hamleta, kreowany przez aktora, który gra Klaudiusza. Przez cały spektakl nikt z tej „izby” nie wyjdzie. Będą próby odejścia od stołu, ale koniec końców, postaci wciąż przy nim pozostaną. Do ducha starego króla dołączą kolejne trupy, Poloniusz, Ofelia, wreszcie Hamlet. Wciąż jednak, w jakiś surrealistyczny sposób wszyscy tkwić będą w jednym i tym samym miejscu, czekając na „Anioła Zagłady”, którym w tym przypadku okaże się nie tylko obecny duchem Fortynbras, ale także my, widzowie – społeczeństwo – w sposób fizyczny zagradzający aktorom drogę ucieczki. Trudno o lepszą ilustrację tezy postawionej przez Hamleta, że Dania jest więzieniem.

Oprócz tego, że dla postaci sztuki oraz dla nas, widzów Dania jest więzieniem realnym, psychologicznym i symbolicznym, jest także więzieniem na planie wieczności. A to dzięki wspomnianemu już zabiegowi reżyserskiemu, że postać starego Hamleta i Klaudiusza gra ten sam aktor. Pozostaje wrażenie, że wciąż zabija się tego samego króla, żeby na tronie mógł zasiąść ten sam król. W tym kontekście zbrodnicza walka o władzę nigdy się nie kończy, rzeczywistość rytualnie odbywa się w jakiejś odwiecznej, uniwersalnej pętli czasowej, która niczym w absurdalnym – tak, tak, surrealistycznym – upiornym śnie wciąż wraca do punktu wyjścia. Stąd nie mają prawa dziwić nas żyjące trupy przy stole czy ta sama aktorka grająca Ofelię czy Gertrudę. Współczesne kostiumy bohaterów dopełniają obrazu friljiciowej rzeczywistości – elity w garniturach i sukniach wciąż i wciąż walczą między sobą o władzę. Nie zważając na nikogo, likwidują brutalnie wszystkich, którzy do ich towarzystwa nie należą bądź mogliby, ale nie chcą należeć, za to na pewno zagrażają ich interesom. Tak było, jest i będzie. Z tej kolacji nie ma ucieczki. To pułapka.

Przykładem takiego niepasującego elicie antybohatera jest w spektaklu Frljicia Hamlet. Niemłody już, wrażliwy mężczyzna, jedyny ubrany na tym bankiecie w kelnerską zapaskę. Ostatni w tym świecie prawy i niezłomny. Jego przyjaciela Horacja, już w pierwszej scenie porwie muzyka i tańce klaudiuszowej władzy. Niczym święty Piotr, będzie się musiał zmagać z „zaparciem” swojego mistrza. Kelnerska zapaska Hamleta, poza jawnym skojarzeniem z Buñuelem, ma jeszcze inną współczesną konotację. Hamlet, jako symbol przegranego pokolenia dzisiejszych czterdziestolatków, które mimo pełnej dojrzałości wciąż żyje w pełnej zależności od trzymającego władzę pokolenia swoich rodziców, pracuje na umowach śmieciowych, w ramach zapłaty otrzymując głodowe pensje i upokorzenie. Wszak po swoim ojcu, Hamlecie to on powinien panować w Danii, okradziony jednak z władzy przez swojego wuja musi przełknąć kolejną porażkę i rozgoryczenie. Frljić jest dla swego bohatera bezlitosny, Hamlet zdejmie kelnerską zapaskę dopiero w chwili, gdy trzeba będzie przykryć ciało zabitej przez siebie (tu literalnie) Ofelii. Śmierć jedynej kochanej przez siebie osoby zmusi go do otwartego buntu, ale i tu fanów oryginału sztuki Szekspira czeka niespodzianka. Hamlet, w finale sztuki nikogo nie zabije. Zostanie w imię ciągłości Państwa i racji stanu zlikwidowany, i to przez własną matkę. Piękny, wzniosły, bohaterski los Hamleta, zapisany w literaturze, drastycznie rozjedzie się ze współczesną rzeczywistością. Wśród elity pazernie i wulgarnie, pożerającej tłuste mięsiwo nie ma sentymentu i miejsca na literackie rozwiązania. Kulminacyjnym daniem tej brutalnej i barbarzyńskiej ostatniej wieczerzy stanie się sam Hamlet, ostatni baranek (ach, znów ten Buñuel), od początku świetnie nadający się do roli rytualnej społecznej ofiary. Czyżby więc potrzebny był nam ów buñuelowski Anioł Zagłady? Frljić zdaje się tu być wyjątkowo okrutny. Zresztą chyba w zgodzie z Szekspirem. Nie będzie żadnego anioła zagłady. Przybędzie Fortynbras. Ja się z państwem założę, że będzie miał twarz starego Hamleta i Klaudiusza. Upiorny, zapętlony koszmar wciąż trwa.

Jeśli chodzi o adaptację, to Frljić co nieco Szekspirowi dopisuje (kwestia Fortynbrasa), przesuwa miejsca monologów (świetny pomysł na „Być albo nie być” w rozmowie z Ofelią), no i oczywiście zmienia wątek Ofelii oraz zakończenie. Co ciekawe, to co zazwyczaj jest interpretacją szekspirowskiej tragedii – odpowiedzialność Hamleta za śmierć Ofelii czy też autorytarnej Danii za śmierć Hamleta u Frljicia – staje się jej rzeczywistością. Zabiegi te, przesuwają hamletowskie akcenty z dramatu ludzkiego w kierunku dramatu społeczeństwa i choć dla wielu szekspirologów mogą się wydawać herezją, tu jak najbardziej się bronią. Scenografia Petry Vebera i kostiumy Sandry Dekanić, choć niespektakularne i ascetyczne, w mistrzowski sposób tkają misterną materię przedstawienia. Podobnie zresztą, jak wyborne aktorstwo. Mimo, słuchawek z tłumaczeniem oraz całkowicie obcego języka nic nie uciekało naszej uwagi, aktorzy grali w pełnym skupieniu, ekstremalnie uważni na każde słowo, spojrzenie czy gest partnera. Dzięki nim groza opresyjnej i brutalnej Danii, snuła się po gdańskim Teatrze Szekspirowskim równie wolno, przerażająco i w napięciu, co dymy z niezliczonych papierosów, palonych przez postaci na scenie.

Tych wszystkich, którzy po występach warszawskich, bydgoskich czy osławionej „Klątwie” spodziewali się po Oliverze Frljiciu skandalu czekał srogi zawód. Otrzymali do bólu klasyczne w formie przedstawienie, które w treści już takie klasyczne nie było. Był to kawał współczesnego, bardzo dobrego teatru intelektualnego, w którym głęboka znajomość tekstu i świadomość zastosowanych, nierzadko radykalnych w stosunku do oryginału rozwiązań w połączeniu z wysokim poziomem artystycznym wykonania zaowocowały bardzo dobrym spektaklem szekspirowskim. Czemu nie rewelacyjnym? No, cóż… zabrakło jakiejś wisienki na torcie, jakiegoś przeżycia, prostego, głębokiego i granicznego. Wbrew pozorom i swojej reputacji Oliver Frljić po prostu… za bardzo hamletyzował!

„Jasno, że oko wykol” – „Robert Robur” Garbaczewskiego w TR Warszawa

09-Robert_Robur_2642

Spektakl Garbaczewskiego w TR Warszawa na podstawie powieści „Niezwykłe przygody Roberta Robura” autorstwa młodego, przedwcześnie zmarłego pisarza Mirosława Nahacza, jak większość współczesnych przedstawień teatralnych rozpoczyna się w blackoutem. Po krótkiej chwili z ciemności wyłania się oświetlona scena, ograniczona od tyłu wielką kolorową kurtyną. W jej centralnej części znajduje się monstrualne oko, w którym został umieszczony ekran. Pierwsze dwie części spektaklu będziemy oglądać na tym właśnie ekranie – jako relację live z wydarzeń, rozgrywających się w głównej mierze gdzieś na zapleczu TR. Od czasu do czasu aktorzy będą się gubić i trafiać przypadkowo na scenę lub na balkon, znajdujący się nad widownią.

Zabieg ten od razu powoduje mnóstwo pytań. Czym jest owa relacja? Zapisem przygód Roberta Robura (Paweł Smagała, Justyna Wasilewska), próbującego wyrwać się z macek i pułapek zastawionych na niego przez wszechpotężnego medialnego demiurga, Matheo DeZi (Cezary Kosiński)? Ostatnim odcinkiem demonicznego serialu „Wściekłość i wrzask” (słuszne skojarzenia z Faulknerem), za pomocą którego Mateo DeZi rządzi światem – zleconym do napisania Robertowi Roburowi, scenarzyście z zawodu? Inscenizacją powieści Nahacza? Zapisem spektaklu Garbaczewskiego? A może wszystkim po trochu – taka rzeczywistość szkatułkowa? Kto zatem jest reżyserem tej relacji? Robert Robur, uzbrojony w klawiaturę, na której może modyfikować wydarzenia, Matheo DeZi kontrolujący wszystkie sceniczne wydarzenia z teatralnego balkonu, Nahacz, w którego głowie powstał cały ten świat, czy używający tej opowieści do swoich celów reżyser Garbaczewski?

Celem Robura jest zdemaskować Matheo DeZi i uwolnić się z zastawionej przez niego pułapki multiplikacji światów. Nie tylko się uwolnić, lecz także odnaleźć prawdziwą rzeczywistość. Aby tego dokonać najpierw musi rozpoznać miejsce, w którym się znajduje. A właściwie różne miejsca – swoją rzeczywistość realną, rzeczywistość gry, w którą wciągnął go Matheo DeZi, wreszcie rzeczywistość serialu „Wściekłość i wrzask”, który przez cały czas pisze. Nie mogąc sobie z tym poradzić, Robur ucieka na Łemkowszczyznę, do kraju lat dziecinnych. Na chwilę ulega złudzeniu – powtarzając gest gombrowiczowskiego Henryka ze „Ślubu” – żeni się, spotyka ojca, pije tradycyjną „kropkę”. Na chwilę, gdyż okazuje się, że Łemkowszczyzna to również rzeczywistość stworzona przez Matheo DeZi. Czy tą samą drogę przeszedł Mirosław Nahacz? Tego nie dowiemy się nigdy. Jeśli tak, to możemy się domyślać, że on akurat spróbował uwolnić się przez śmierć. Spróbował odnaleźć prawdziwą rzeczywistość po tamtej stronie. Czy mu się udało? Kiedyś każdy z nas się o tym przekona na własnej skórze. A co z Garbaczewskim? Jak on sobie radzi z dylematem swojego bohatera? W moim przekonaniu Garbaczewski próbuje pokonać dżumę cholerą – cały ten zagmatwany matrix Robura/Nahacza bierze w nawias teatru, wprzęgając go w służbę jeszcze jednej rzeczywistości – sztuki. Sztuka ma tę genialną przypadłość, że pokazując nieprawdziwe z zasady odbicie rzeczywistości, potrafi dotrzeć do jej prawdziwego sedna. To dlatego bohaterowie Garbaczewskiego gubią się i co jakiś czas, wychodząc z rzeczywistości wyświetlanego filmu, trafiają na scenę do rzeczywistości teatru. Na pytanie jednak, czy Krzysztof Garbaczewski odnalazł drogę do prawdziwej rzeczywistości, czy się uwolnił, musimy sobie odpowiedzieć sami.

10-Robert_Robur_2762

My, widzowie, od początku nie mamy łatwo. Patrzymy w czyjeś (Robura? Nahacza? Garbaczewskiego? Boga?) oko i widzimy w nim kalejdoskop zdarzeń, historię, w której się chcąc nie chcąc odbijamy, niczym w zwierciadle. A może jesteśmy w środku kogoś i okiem kamery, będącej przedłużeniem oczu tego kogoś oglądamy świat, który jest na zewnątrz? To już rzeczywistości równoległe, a do tego Garbaczewski dokłada kolejne – rzeczywistość filmu i rzeczywistość teatru, nie mówiąc już o tych wynikających z powieści Nahacza. Tak na marginesie – najciekawsza wydaje się rzeczywistość serialu „Wściekłość i wrzask”. Jawna aluzja do Faulknera jest oczywistą sugestią, że – tak jak w słynnej opowieści o upadku rodziny Compsonów – tę samą rzeczywistość będziemy oglądać (i opowiadać) z odmiennych punktów widzenia, z różnych perspektyw. Mamy więc cztery różne rzeczywistości w obrębie jednej historii. Czyż zatem Faulkner nie pasuje idealnie do powieści Nahacza i spektaklu Garbaczewskiego? Po pewnym czasie możemy podczas oglądania spektaklu czuć się już nieco pogubieni, zresztą podobnie jak główny bohater. Na szczęście mamy do dyspozycji ciemność, oklaski i ciemność na zewnątrz w czasie powrotu do domu. Podkreślam kwestię światła i ciemności, gdyż w powieści Nahacza dobre są ciemność i anonimowość, złe – światło i jej brak. Wątkiem pobocznym jest tu bowiem orwellowskiej proweniencji koszmar życia w państwie totalnej inwigilacji, dokonującej się za pomocą mediów i ich wszędobylskiej obecności. Państwie, w którym obywatele są ciągle widoczni i ciągle śledzeni. Dlatego ciemność to wolność. A jednym ze sposobów otwarcia się na ożywczy powiew ciemności jest… śmierć.

Garbaczewski nadał swojemu spektaklowi tytuł „Robert Robur”, podczas gdy powieść Nahacza nosi tytuł „Niezwykłe przygody Roberta Robura”. Zmiana taka sugeruje drobne acz znaczące przesunięcie akcentu – przedstawienie koncentruje się na postaci Roberta Robura, a nie na jego przygodach. To on, dysponujący męską i energiczną osobowością Pawła Smagały oraz beznamiętnym kobiecym głosem Justyny Wasilewskiej (efekt wypadku losowego, gdyż postaci tej nie mógł zagrać przygotowany do tej roli Dawid Ogrodnik) – jest głównym bohaterem spektaklu. On, jego postać, jego dylematy, jego świat. Biorąc pod uwagę, że zarówno Nahacz jak i Garbaczewski uważani są za reprezentatywnych artystów swojego pokolenia (Nahacz – o orwellowska ironio ur. 1984, Garbaczewski rok wcześniej), postać Roberta Robura – człowieka nieradzącego sobie z życiem, uciekającego od rzeczywistości, a jednocześnie desperacko jej potrzebującego, człowieka bardzo pewnego siebie i butnego, a jednocześnie zagubionego i poszukującego swojego miejsca – staje się głosem całego pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków. Sam Garbaczewski zdaje się to przekonanie jeszcze wzmacniać za pomocą konwencji spektaklu, odwołującej się do stylistyki komiksu o superbohaterze, podanego w sosie parodii i pastiszu. Jakże to pasuje do postaci Roberta Robura – ważne i ciężkie pytania, zadawane z przymrużeniem oka. Bo tak łatwiej być na powierzchni poematu i w środku. I byłoby całkiem śmiesznie, gdyby Nahacz się nie powiesił. Ta śmierć jak posępny kruk krąży przez całe cztery godziny nad „zajebistą”, „postmodernistyczną” i „śmieszną” formą spektaklu.

Udało się Garbaczewskiemu też coś, o co być może wcale nie zabiegał. Udało mu się poruszyć problem, który zdaje się być największą chorobą naszej cywilizacji. Nieumiejętność odróżnienia faktów od opowieści o nich. W dzisiejszym świecie fakty zdają się nie liczyć. Liczą się osoby, które posiadają umiejętność przekonującego przedstawiania swojej wersji wydarzeń. Zwykli ludzie natomiast zaczynają mieć problem z wyłuskaniem prawdy z rozlicznych opowieści na ten czy inny temat. Cena, jaka płacimy dziś w Polsce za utratę tej zdolności, jest już naprawdę wysoka, wystarczy spojrzeć na politykę. Ważne, żebyśmy się w porę opamiętali i zaczęli szukać właściwej drogi do rzeczywistości, próbując użyć do tego przede wszystkim rozumu. Rzeczywistości nie prawicowej czy lewicowej, ale tej jednej jedynej, która gdzieś tam, w „ostatniej szkatułce” się znajduje. Jako ćwiczenie polecam „Wściekłość i wrzask” Faulknera.

Jeśli chodzi o rzemiosło teatralne, to – jak zazwyczaj u Garbaczewskiego – jest ono na wysokim poziomie, choć niektóre rzeczy wyglądają na niedopracowane. Adaptacja Garbaczewskiego i Żulczyka wydaje się przegadana, bełkotliwa i niechlujna, i choć składa się w spójną całość, to miejscami wybija z rytmu i nuży – zupełnie nie wiadomo na przykład po jaką cholerę pojawia się wątek Mistrza (Sebastian Pawlak). Aktorzy grają różnie. Głównego bohatera (Wasilewska i Smagała) nie oceniam, gdyż ci wspaniali aktorzy i tak wykonali pracę tytaniczną, żeby w ogóle zagrać. Jak na ironię – ten koncept z rozdwojeniem jaźni nie dość, że pasuje, to jeszcze niezwykle tę postać wzbogaca. Rewelacyjny jest Cezary Kosiński w roli Matheo DeZi, jego rola jako jedyna sprawia wrażenie całkowicie przygotowanej. Świetnie wypada też profesor Abel Zimmermann Lecha Łotockiego. Reszta aktorów, w mniejszym lub większym stopniu wciąż opiera fragmenty swoich ról na bardziej lub mniej udanej improwizacji. Wynika to pewnie z faktu, że grają kilka postaci naraz oraz z niechlujstwa reżysera, który nie poświęcił aktorom odpowiedniej ilości czasu. Przykładem moja ulubiona aktorka TR Sandra Korzeniak (Helena Żut/Cyganka) czy Jan Drawnel (Costa Costa) i Tomasz Tyndyk (Nieprawdopodobny Prowadzący), tak znakomicie sobie radzący w „Holzewge” Katarzyny Kalwat. Scenografia Aleksandry Wasilkowskiej najwyżej poprawna, nic odkrywczego, podobną widziałem w „Hamlecie” Garbaczewskiego w Starym. Brawa należą się za to operatorom kamery, Robertowi Mleczce i Jędrzejowi Jęcikowskiemu, ich filmowanie z ręki to majstersztyk.

05-Robert_Robur_2087_03

Spektakl szkatułkowy, podobnie jak tego rodzaju powieść, ze względu na swoją złożoną strukturę wymaga w sferze konstrukcji żelaznej logiki i wręcz chirurgicznej precyzji. Tego mi tu zabrakło. Dlatego miejscami orientowałem się, że krzesła w TR są niewygodne. Nie zmienia to jednak faktu, że Garbaczewski wyreżyserował przedstawienie ważne i interesujące. Odpowiedzi, jak się uwolnić od labiryntu zwielokrotnionych rzeczywistości, jak odnaleźć w nim własną drogę – musimy szukać sami. Nasuwa się jednak pytanie: czy nie jest za późno? Może to już w ogóle niemożliwe? Drogi Nahacza nie polecam. Tytułowy bohater „Robura Zdobywcy” Juliusza Verne’a – książki, którą Nahacz przeczytał jako pierwszą w życiu i z której zaczerpnął nazwisko swojego bohatera – w finale oświadcza:

„Odchodzę więc i zabieram mój sekret – ludzkość nie straci go jednak. Stanie się jej własnością w dniu, kiedy będzie wystarczająco światła, by wyciągnąć z niego korzyści, i dość rozsądna, by go nigdy nie nadużyć”

Światło, jak wiemy ze spektaklu Garbaczewskiego, to niebezpieczeństwo, ale na szczęście teatr pozwala nam jeszcze pomyśleć o wszystkim w ciemności. A wówczas może zdarzyć się olśnienie.

Wizja lokalna Hamleta – „Udając ofiarę” w reż. Krystyny Jandy na deskach Och-Teatru

udajac_ofiare_ola_grochowska_13_

Wala, główny bohater sztuki „Udając ofiarę” braci Priesniakowów, pracuje w policji, zajmując się na co dzień odgrywaniem ofiar przestępstw podczas wizji lokalnych. Udaje też ofiarę w życiu prywatnym. Osierocony właśnie przez ojca, nie mogąc pogodzić się z tym faktem, obarcza winą za rodzinną tragedię swoją matkę oraz brata zmarłego – Piotra. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że matka z wujem mają się ku sobie, co zaognia konflikt między nimi a młodym człowiekiem. Dramat rozpoczyna się snem, w którym ojciec Wali nawiedza go, oskarża swoją żonę i brata o morderstwo oraz nakazuje synowi zemstę. Cała sytuacja w mało subtelny sposób nawiązuje do Hamleta. Skończy się zresztą podobnie jak szekspirowskie arcydzieło, z tym, że koniec będzie bardziej adekwatny do naszej współczesności. Ze swojego „być albo nie być” próbuje się nam Wala w finale tłumaczyć następująco:
„Wszystko to bardzo, bardzo przypomina jakąś długą wizję lokalną… prawdziwe przestępstwo – to począć, urodzić człowieka, wrzucić go w to życie, tłumaczyć, że niedługo nic już nie będzie…i nikt nikomu nie będzie w stanie pomóc. Teraz już wyraźnie nic mnie z nikim nie wiąże, teraz już dokładnie wiem, że mnie nie ma, czyli nie będzie też końca…”
„Jakie czasy, taki „Hamlet” – chciałoby się kolokwialnie podsumować sztukę Olega i Władimira Priesniakowów.

Krystyna Janda w swoim spektaklu na scenie Och-Teatru pozostaje wierna oryginałowi, dokonując tylko niezbędnych skrótów – ale uwaga – czasem są one zbyt daleko posunięte, przez co na przykład nie zrozumiałem w ogóle, o co chodziło z ławaszem, a to z kolei zaciemniło mi częściowo wątek trucizny. Spektakl Jandy opiera się na dwóch osiach konfliktu. Pierwsza to relacja między dwudziestoparoletnim Walą (Adam Serowaniec) a jego złą dziewczyną, złą rodziną i całym złym światem, druga to relacja między Kapitanem (Mirosław Kropielnicki) przed pięćdziesiątką i jego pokoleniem a generacją młodych. Obie te osie nakładają się na siebie, tworząc bardzo interesujący, niejednoznaczny szkielet, który autorzy uzupełnili krwistym, pełnym ironii i czarnego humoru językiem, ze swadą oddanym przez tłumaczkę Agnieszkę Lubomirę Piotrowską. Już na poziomie konstrukcji tekstu spod dowcipnej, ironicznej struktury wyłania się ponura wizja świata oraz obraz pokolenia dwudziestolatków, które za chwilę wejdzie w życie i będzie musiało wziąć odpowiedzialność za siebie i społeczeństwo. Poprzez zaangażowanie do ról morderców aktorów zbliżonych wiekiem do Wali, Janda ten obraz młodego pokolenia wzmacnia, stawiając ich – „współczesnych Hamletów” – w kontrze do pokolenia ich rodziców, reprezentowanego przez Kapitana, który wraz z matką i wujem Wali jawią się nam jako ciekawy i przejmujący obraz pokolenia „współczesnych Klaudiuszów”. To oni ponoszą pełną odpowiedzialność za to, jakimi ludźmi są dzisiaj ich dzieci. W finale Kapitan – w pełnym goryczy i tragicznego rozpoznania monologu – przyznaje się do tej największej porażki swojego pokolenia. Tragicznej, gdyż zupełnie nie wie, dlaczego tak się stało, gdzie zostały popełnione błędy. Intrygująco i przejmująco brzmi to wyznanie winy również w kontekście polskiej sytuacji politycznej i roli, jaką odegrali w niej młodzi Polacy. Na scenie Och-Teatru ich przedstawiciel, Wala, jest dokładnie skrojony pod diagnozę Kapitana, wygłoszoną w finale spektaklu: „Bawicie się w życie, a ci, co traktują je poważnie, to wariują, cierpią…” Nic dodać, nic ująć.

Spektakl świetnie się ogląda, gdyż cała ta ponura wizja świata podana jest w sosie wartkich, pełnych ironii i zaskakujących point dialogów. Janda, jako wyjątkowo sprawny reżyser, dokłada do tego zestawu humor sytuacyjny, przez co zwiększa tempo spektaklu, a także podkręca jego komizm. Pomaga jej w tym funkcjonalna i ascetyczna scenografia Joanny Marii Kuś. Publiczność płacze ze śmiechu, ledwie nadążając za kolejnymi gagami i kwestiami. I dobrze. Dzięki temu spektakl nigdy nie będzie nudny, ale istnieje też pewne niebezpieczeństwo – zbyt rozbuchana publiczność może nie wyłapać całej goryczy i tragedii finału, koncentrując (zaprogramowaną przez aktorów i reżyserkę) uwagę na tym, co śmieszne i fajne. Byłoby szkoda! Bo przedstawienie to jest czymś więcej, niż mieszczańską komedyjką. Wielka tu odpowiedzialność – świetnie skądinąd grającego Kapitana – Mirosława Kropielnickiego, ale i pozostałych aktorów finału. W świetnej rosyjskiej ekranizacji tego dramatu w reżyserii Kiriła Serebrennikova, grający Kapitana Vitaliy Khaev mówi finałowy monolog jako skondensowaną całość z pointą, przez co ma on niezwykłą siłę wyrazu, w Och-Teatrze Kropielnicki musiał – jak to w teatrze – walczyć z salwami śmiechu, raz po raz przerywającymi mu grę. Wystarczyła chwila nieuwagi i rzecz w oka mgnieniu mogła wymknąć się spod kontroli, a byłoby – jeszcze raz powtórzę – bardzo szkoda. Piszę o tym, gdyż w moim przekonaniu na premierze było do tego bardzo blisko.

udajac_ofiare_ola_grochowska_45_

Aktorstwo spektaklu zachwyca. Dzięki temu, że Janda postawiła na aktorów świetnych, lecz nie „celebrytujących”, zobaczyłem na jej scenie bodaj pierwszy raz w życiu aktorów grających dobrze, równo, uważnych na siebie nawzajem, słuchających się, słowem – tworzących… zespół. Szczególne wyrazy uznania dla wspomnianego już wyżej Mirosława Kropielnickiego, Adama Serowańca oraz Elżbiety Romanowskiej za stworzenie pełnokrwistych, wpadających w pamięć postaci Kapitana, Wali i Olgi. Moje serce skradła jednak Izabela Dąbrowska, która dysponując wielkim talentem komediowym, zaprezentowała w roli Kelnerki/Gejszy niesłychany wachlarz różnych twarzy, przeplatając te, które znamy i lubimy tymi, których nie znaliśmy i których nie sposób nie pokochać. Spod warstwy pijackiego anturażu, raz po raz, patrzyła na nas widzów, przejmująca w swojej samotności i świadomości przegranego życia, nieszczęśliwa kobieta. Oglądając Dąbrowską nie sposób nie płakać, choć w pewnym momencie, już nie wiesz – czy ze śmiechu, czy z żalu. Gdyby rozdawano teatralne Oscary – byłaby to pewna kandydatka do nagrody za rolę drugoplanową. Po tym spektaklu marzy mi się, żeby zobaczyć tę aktorkę w czymś głównym i tragicznym. „Państwu Reżyserstwu” polecam pod rozwagę.

Podsumowując, Krystyna Janda wyreżyserowała dobre przedstawienie. Wiele ryzykowała, gdyż w komercyjnym teatrze brak znanych twarzy to zaproszenie do porażki. Na szczęście w „Udając ofiarę” udało się stworzyć prawdziwy, świetnie grany, a do tego słodko-gorzki spektakl na ważny temat. Część widzów będzie się po prostu dobrze bawić, będą też tacy, którzy oprócz tego coś jeszcze przeżyją. Tak czy inaczej, z tego spektaklu nie sposób wyjść niezadowolonym. A i twórcy nie będą musieli udawać ofiar złych krytyków i niewdzięcznej publiczności!

Zapraszam do polubienia mojej strony na FB: https://www.facebook.com/domagalasiekultury/

PIEKŁO – NIEBO – podsumowanie VIII edycji festiwalu teatralnego BOSKA KOMEDIA (Kraków, 4 -13 grudnia 2015)

spektaklio-didvyriu-aikste-akimirka-55165c4c893a7

W grudniu sceny krakowskich teatrów stały się miejscem prawdziwej teatralnej uczty. Swoje najnowsze spektakle pokazywali zarówno mistrzowie (m.in. Krystian Lupa, Krzysztof Warlikowski czy Grzegorz Jarzyna), jak i „młodzi gniewni” polskiego teatru (m.in. Monika Strzępka, Krzysztof Garbaczewski, Michał Borczuch czy słynna z afery porno – Ewelina Marciniak). W konkursie na najlepsze przedstawienie międzynarodowe jury doceniło „Apokalipsę” Michała Borczucha (Teatr Nowy w Warszawie). Nagrody powędrowały też do twórców „Podróży zimowej” w reż. Pawła Miśkiewicza (Teatr Polski we Wrocławiu), „Francuzów” w reż. Krzysztofa Warlikowskiego (Teatr Nowy w Warszawie) oraz „Nie-boskiej komedii” w reż. Moniki Strzępki (Stary Teatr). Głównym tematem, przewijającym się przez spektakle tegorocznego festiwalu, odbywającego się w cieniu gwałtownej politycznej zmiany, było poczucie końca pewnego porządku oraz związane z tym lęki i obsesje. Jeden z jurorów pocieszał nas na spotkaniu, że to normalne, że ogląda polski teatr od piętnastu lat i od tego czasu nic się nie zmieniło. Ze swej strony przygotowałem dla Państwa rodzaj subiektywnego przewodnika po festiwalu, dzieląc wszystkie przedstawienia, które widziałem na „piekielnie złe” i „niebiańsko dobre” (kolejność przypadkowa).

INFERNO

„MORFINA” w reż. Eweliny Marciniak (Teatr Śląski w Katowicach)

Największym rozczarowaniem festiwalu była „Morfina” w reż. Eweliny Marciniak z Teatru Śląskiego w Katowicach. Wiem, ile nagród dostała, wiem, w ilu plebiscytach dotąd wygrała, ale po dwudziestu minutach tego spektaklu (potem było jeszcze gorzej) muszę krzyczeć: „Król jest nagi!!!”. Okropna, wołająca o pomstę do nieba adaptacja powieści Twardocha autorstwa Jarosława Murawskiego sprawia, że po dwudziestu minutach widz nieznający książki nie ma zielonego pojęcia, o co w spektaklu chodzi. Adaptator nie zadbał o odpowiednią ekspozycję postaci z książki – nadanie im choćby „wyłapywalnych” imion, funkcji, czegoś, co pozwoli widzowi łatwo ich zidentyfikować – przez co od początku wiadomo tylko, kto jest głównym bohaterem. Reszta ginie w wielowątkowości akcji i nadmiarze – pięknych skądinąd – reżyserskich pomysłów. Aktorzy grają po kilka postaci, ale konia z rzędem temu, kto – bez znajomości książki (tylko z tej perspektywy mogę się wypowiadać) – połapie się w tym przepełnionym efektami chaosie. Reżyserka kompletnie tego nie widzi i – wykorzystując konwencję teatru w teatrze (dodatkowa trudność dla widza) – buduje piętrowe metafory oraz girlandy, przeplatających się płaszczyzn czasowych, ludzkich, przestrzennych i choć pięknie to wszystko wygląda – na przykład sceny ze złotym pyłem czy sceny w basenie – to wrażenie jest przygnębiające. Widzowie w większości kompletnie pogubieni lądują w swoich smartfonach (w moim rzędzie naliczyłem sześć świecących ekraników). Ewelina Marciniak ma wszelkie karty, żeby stworzyć swój własny, odrębny i piękny teatralny język, ale uwaga – to nie język jest istotą teatru, ale to, co się chce przez ten teatr widzowi powiedzieć. I w tym właśnie tkwi sedno „ułomności” katowickiej „Morfiny”. Widz nie wie już, o czym jest proza Twardocha, a przecież musi jeszcze odczytać, co reżyserka, pani Marciniak, chciała mu tym „Twardochem” powiedzieć. „Siała baba mak, nie wiedziała jak”. Przepraszam, nie mak – morfinę. Znalazło się jednak wielu takich, których owa morfina otępiła na tyle, żeby się tym przedstawieniem zachwycać. Ja morfiny nie lubię i jury BOSKIEJ KOMEDII – jak widać – też nie.

„MĘCZENNICY” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa)

Justyna Wasilewska zagrała Lidkę prawdziwie, ze stuprocentowym oddaniem się postaci, słowem – wspaniale, ale nie miała szans wygrać z ideą Grzegorza Jarzyny. Ideę tę – w dużym uproszczeniu – można zawrzeć w jednym zdaniu: „nie możemy
i m ustąpić pola – tym okropnym katolickim fundamentalistom”. Problemem tej idei jest słówko „okropny” – przymiotnik, w którym zawarta jest ocena, bo największym grzechem reżysera jest właśnie to, że on – a priori – swoją bohaterkę ocenia. Na dodatek manifestuje nam swoją opinię, umieszczając Lidkę w takim kontekście, że widz właściwie nie ma wyboru – musi zidentyfikować się z jej adwersarzami. Do tego podkopuje jej postawę, umniejsza wiarygodność, akcentując jej sztampowy, homofobiczny rodowód. Lidka jest z góry skazana na niechęć widza, co powoduje, że dziecko zostaje wylane z kąpielą – racje bohaterki nie mają już sensu, nikt jej nie słucha. Została przez reżysera wytknięta palcem, wyrzucona poza nawias. Widz nie ma tu nic do roboty. Oglądanie „Męczenników” jest jak czytanie „Gazety Polskiej” czy „Wyborczej”: wiadomo od razu, po której stronie stoi redaktor naczelny. A szkoda, bo warto było dać głos również drugiej stronie. Aktorstwo kuleje, niczym Roma Gąsiorowska w jednej z ról i żadne cuda tu nie pomogą. Nie da się znieść konceptu, w którym trzydziestolatkowie grają szesnastolatków, „ściubdzioląc” pod nosem monosylabowe odzywki i udając małolatów. Słowem, prawdziwi męczennicy to widzowie tego spektaklu, w tym ja, który miałem nieszczęście obejrzeć je aż dwa razy…

„WESELE” w reż. Moniki Strzępki (PWST Wrocław)

Dyplom w reżyserii Moniki Strzępki z PWST Wrocław powinien być ostrzeżeniem dla słynnej reżyserki. Okazuje się, że jej rozpoznawalny teatralny styl łatwo może przeobrazić się we własną karykaturę, która do złudzenia przypomina… kabaret Olgi Lipińskiej: pioseneczka, układzik, „bum-bum”, scenka z pointą, pioseneczka, układzik, „bum-bum” – i tak do finału, a tam – PIOSENECZKA, UKŁADZIK, BUM-BUM”. Koniec. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest brak silnej dramaturgicznej podpory Pawła Demirskiego i wybitnych aktorów, którzy w pełni odnajdują się w zaproponowanej przez reżyserkę konwencji. Młodzi aktorzy, kompletnie nieprzypilnowani, zakochani – przypuszczam – w swoim ulubionym temacie (piciu wódki i imprezowaniu) zamienili teatralną improwizację na granicy II i III aktu w pokaz żenującej amatorszczyzny. Stało się tak, gdyż – jak podejrzewam – nikt młodym artystom nie określił granic improwizacji. Wyglądało to, jakby Monika Strzępka, nie przejmując się bardzo dalszymi losami młodych aktorów i ich spektaklu, zostawiła ich samych sobie. Skutki na scenie były opłakane. Ciekawe pomysły – jak na przykład połączenie postaci Księdza z Nosem – poprzez nadmiar ich eksploatacji zamieniały się w swoją parodię. Studenci nie radzili sobie też ze zmianami rytmów. Teatr Moniki Strzępki jest bardzo energetyczny, szybki. We wrocławskim „Weselu” pojawiał się na moment, aby za chwilę ustąpić pola czystemu, lekko skróconemu Wyspiańskiemu, którego melodia wiersza ma znacznie wolniejsze tempo. Młodzi aktorzy, nie radząc sobie często z przeskokami rytmów, kładli całe połacie tekstu Wyspiańskiego. Choć pięknie bronili się stworzonymi przez siebie postaciami – zapamiętam Pana Młodego, Czepca, Kliminę – nie udało im się, niestety, stworzyć dobrego spektaklu, wychodzącego poza sztampę dyplomu, w którym każdy udowadnia, że „tańczy śpiewa, recytuje”. A szkoda.

PARADISO

„PODRÓŻ ZIMOWA” w reż. Pawła Miśkiewicza (Teatr Polski we Wrocławiu)

Najsmaczniejszym jabłkiem w tym teatralnym raju było przedstawienie Pawła Miśkiewicza „Podróż zimowa” na podstawie tekstu Elfride Jelinek. Na scenie obserwujemy pisarkę w pięciu „osobach” – od młodej dziewczyny po starą kobietę. Postaci te mówią o sobie, swoich problemach, oczekiwaniach, marzeniach, swoim strachu, wątpliwościach, obsesjach. Ich monologi zamykają się w większą całość, którą możemy nazwać po prostu: Elfriede Jelinek, człowiek, kobieta, pisarka. Gdy wewnętrzna wiwisekcja dobiegnie końca, Elfride I, „rzeczywiste” alter ego pisarki, wypędzi ze sceny swoje postaci, a sama zasiądzie na widowni. Będzie się teraz przyglądała wraz z nami, jak pozostałe Elfriedy przeistaczają się w bohaterki jej literatury. Moment to w przedstawieniu magiczny, Elfriedy zjawiają się na scenie w kostiumach i rozpoczynają swój spektakl. Towarzyszą im znakomite wokalizy Mai Kleszcz – kreujący nowe horyzonty liryzmu poetycki refren całego spektaklu. Przedstawienie zamyka wstrząsający, gorzki monolog Jelinek o przyszłości swojej literatury, o zwątpieniu w jej sens, o rezygnacji z walki, którą od lat toczy na różnych płaszczyznach we własnym kraju. W tle, na wielkiej dekoracji widzimy stado owiec. Końcowy monolog austriackiej noblistki przynosi katharsis, bo uświadamiamy sobie, że nas, widzów teatru Pawła Miśkiewicza czy w ogóle – odbiorców – spotka ten sam los, co literaturę, teatr czy też szerzej – sztukę. Populistyczna władza dogada się z prymitywnym ludem, wilk będzie syty i owca cała, a my – twórcy i odbiorcy oczekujący czegoś więcej, niż „umpa-umpa” czy patriotycznych „gniotów dobrze skrojonych” – zostaniemy z niczym.

02

HALINA RASIAKÓWNA

Wielka aktorka w wielkiej roli. Na potwierdzenie pozwolę sobie przytoczyć stosowny fragment mojego tekstu „Podróży zimowej”: „W jednej ze scen jej Elfriede, ukrywająca się pod znanym z mediów anturażem – zaczesaną do tyłu, upiętą grzywką i wielkimi, ciemnymi okularami – siedzi w fotelu i poraża spokojem. Jest w niej mądrość i pokora, ironia i smutek, zwycięstwo i gorycz. Jej tajemnicza, pogrążona w sobie postać, magnetyzuje i fascynuje, a oszczędny, skondensowany, emanujący podskórną ironią sposób podawania tekstu na długo pozostaje w pamięci. Słuchając Elfriede Rasiakówny miałem wrażenie, że pisze ona swój własny, sekretny, przepełniony goryczą dziennik. Proza Jelinek w jej ustach stawała się wielką literaturą, wielką, dlatego że w pełni ludzką, a to człowieczeństwo dopełniała w niej właśnie Rasiakówna, siłą swojej roli”. Czy trzeba czegoś więcej? Tak. Zobaczyć Rasiakównę na scenie.

„NIE-BOSKA KOMEDIA. WSZYSTKO POWIEM BOGU!” w reż. Moniki Strzępki (Stary Teatr)

Z tego przedstawienia zapamiętam przede wszystkim końcowy monolog duetu Dziewic (Dorota Pomykała i Marta Nieradkiewicz) oraz wybitne aktorstwo – kreacje Doroty Segdy, Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, Marcina Czarnika czy Adama Nawojczyka zrobiły na mnie duże wrażenie. Najpiękniejszym momentem przedstawienia, oprócz porażającego finału, była scena, w której Barbara Niechcic (Dorota Segda), stojąc na kręcącej się w kółko karuzeli, monologowała do walca z filmu Jerzego Antczaka. Dzięki takim właśnie, przesyconym emocjami scenom, spektakl Strzępki i Demirskiego (słuszna nagroda za scenariusz) był czymś więcej, niż tylko dobrze napisaną i wyreżyserowaną reinterpretacją słynnego dramatu. Strzępka, zgodnie ze swoją metodą pracy, eksploatowała w tekście Demirskiego głównie te miejsca, w których spotykały się różne fragmenty dzieł, bohaterowie czy czasy. W przypadku „Nie-boskiej” dało to świetne rezultaty w postaci gęstych, inteligentnie połączonych, piętrowych metafor, które jako źródła głębokich emocji stały się filarami prawdziwego, pełnego przeżycia teatru.

„KTO SIĘ BOI VIRGINII WOOLF?” w reż. Grzegorza Wiśniewskiego (Teatr Wybrzeże w Gdańsku)

Mirosław Baka zagrał George’a w klasycznej, opartej na doskonałym aktorstwie adaptacji dramatu Edwarda Albee’go w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Kreacja Baki była niesamowita – uszyta z gestów rezygnacji, pełnych wątpliwości ruchów i specyficznego – wskazującego na wymuszony – sposobu mówienia. Warto pojechać do Gdańska choćby po to, żeby zobaczyć, jak ten wspaniały aktor, świetnie oświetlony przez Marka Kozakiewicza, siedzi na proscenium i pije drinka. W parę sekund w jego oku widać wszystko – złość i świadomość jej bezcelowości, gniew i poczucie niemożności jego wyrażania, słabość i siłę, pochodzącą z jej kontrolowania. Świetna Marta Doroty Kolak sprawi, że George obudzi się na chwilę ze swojego snu, ale po chwili zapadnie weń jeszcze głębiej. „Kto się boi Virginii Woolf” to klasyczny teatr środka. W pamięci zachowam dwie wielkie sceny – lot Honey (Katarzyna Dałek) oraz poszukiwanie pilota przez Martę. Na spotkaniu po spektaklu aktorzy z rozbrajającą szczerością przyznali, że… nie znają twórczości Virginii Woolf. Jako powód podali informację, że tytuł dramatu nie ma w istocie nic wspólnego z angielską pisarką – przecież chodzi tu o amerykańską piosenkę/rymowankę, autorstwa Teda Searsa i Franka Churchilla „Who’s afraid of the big, bad woolf?” Potem te rewelacje czytam w recenzji jednej z młodych krytyczek, umieszczonej na poważnym portalu teatralnym i łapię się za głowę! Proszę państwa, gdyby to nie miało znaczenia, Edward Albee zostawiłby tytuł oryginalnej piosenki, a nie zamieniał „złego wilka” w Virginię Woolf. Śmiem twierdzić, że angielska pisarka została tu przywołana przez autora w sposób świadomy i celowy. Otóż – tak dużym uproszczeniu – obecne w literaturze Virginii Woolf jej zmagania z różnymi tematami – znajdują w dramacie Albee’go swój pełny ekwiwalent. Warto byłoby prześledzić, jak tematy Woolf meandrują przez konflikt Marthy i George’a. Oczywiście twórcy spektaklu mają pełne prawo z takiej wiedzy nie korzystać, ale też obowiązek uczciwego podejścia do oryginału, żeby w rozmowach – delikatnie mówiąc – nie mijać się z prawdą. Na recenzentów miłosiernie spuszczę zasłonę milczenia.

„AMOK. PANI KOMA ZBLIŻA SIĘ” – w reżyserii Marcina Libera (PWST Kraków)

Świetny dyplom. Świetni aktorzy. Co tu więcej pisać?

„PLAC BOHATERÓW” w reż. Krystiana Lupy (Dramatyczny Teatr Narodowy w Wilnie)

z17678498Q,-Plac-Bohaterow--w-rez--Krystiana-Lupy-w-Litewskim

Pokazywane poza konkursem arcydzieło teatralne Krystiana Lupy. Przejmująco aktualne i bezwzględne wobec nas i naszych czasów. Brutalny, mocny strumień świadomości Thomasa Bernharda, rozpisany na litewskich aktorów i polską widownię w grudniu 2015 roku. Spektakl jeszcze lepszy od wrocławskiej „Wycinki” – chirurgicznie precyzyjny, ascetyczny, przenikający do kości i poruszający. Świetne zamknięcie BOSKIEJ KOMEDII. (więcej o tym spektaklu w tekście – „W Oksfordzie nie wrzeszczą tłumy” na moim blogu – TU LINK)

„Organizacja festiwalu BOSKA KOMEDIA” w reż. Bartosza Szydłowskiego i Krzysztofa Głuchowskiego

Słowa uznania dla organizatorów – podobała mi się organizacja festiwalu: czytelne zasady, świetne biuro promocji, kompetentne wolontariuszki. Dodatkowo, co rzadkie w Polsce – zasady były w pełni respektowane. Gdy trzeba było czekać na wolne miejsca, to czekali solidarnie wszyscy: reżyserzy, aktorzy, dziennikarze i studenci. Ze strony organizatorów nie zauważyłem żadnego „kolesiostwa” czy „premiowania ważniejszych”. Oczywiście znaleźli się też widzowie, którzy bezczelnie wykorzystywali nieuwagę wpuszczających, by niczym lisiczki z rosyjskiej bajki podstępem znaleźć się na widowni. W naszym kraju to niestety standard, więc zaskoczenia nie było. Jeśli chodzi o samą selekcję, to uważam, że wpadką organizatorów był brak „Sońki” Agnieszki Korytkowskiej-Mazur z Teatru Dramatycznego w Białymstoku, z najlepszą, obok Haliny Rasiakówny, żeńską rolą w tym roku w polskim teatrze – tytułową Sońką Swietłany Anikiej, aktorki Narodowego Teatru w Mińsku, nagrodzonej zresztą niedawno za tę rolę podwójnie na festiwalu teatralnym w Zabrzu. Może warto odłożyć czasem „Wysokie Obcasy” i osobiście pojechać do Białegostoku czy innego Koszalina…?
Dziękując organizatorom oraz zespołom teatralnym za możliwość odbycia tej niezwykłej podróży, wystawiam VIII edycji BOSKIEJ ocenę 4,5/5 i cieszę się, że też tam byłem i boski miód piłem…

PURGATORIO

APOKALIPSA w reż. Michała Borczucha (Teatr Nowy w Warszawie)

Uprzedzając Państwa pytania o nagrdzoną „Apokalipsę” Michała Borczucha odpowiadam, że nie widziałem tego przedstawienia na BOSKIEJ KOMEDII. Oglądałem je rok temu, świeżo po premierze i nie należałem do jego entuzjastów. Jednakże rok w teatrze to kawał czasu i wszystko mogło się w tym spektaklu zmienić. Dlatego w lutym 2016 roku wybiorę się na Borczucha jeszcze raz, żeby przekonać się na własne oczy i – być może – zweryfikować swoją opinię. Jakkolwiek będzie – recenzję z tego spektaklu Państwu obiecuję.

PS. Poniżej podaję linki do recenzji spektakli BOSKIEJ KOMEDII, o których pisałem wcześniej:

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/12/19/piec-postaci-elfriede-jelinek-w-poszukiwaniu-autorki-podroz-zimowa-w-rez-pawla-miskiewicza-na-festiwalu-boska-komedia/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/04/09/w-oksfordzie-nie-wrzeszcza-tlumy-krystiana-lupy-plac-bohaterow-pod-wzgorzem-giedymina/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/06/20/w-poszukiwaniu-straconego-hamleta-garbaczewski-w-starym-teatrze/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/10/23/w-poszukiwaniu-wciaz-traconej-europy-francuzi-krzysztofa-warlikowskiego/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/12/08/mlodzi-w-amoku-dyplom-krakowskiej-pwst-w-rez-marcina-libera-na-boskiej/

Ponadto zapraszam Państwa do polubienia moje strony na Facebook-u:  https://www.facebook.com/domagalasiekultury/

W poszukiwaniu straconego Hamleta – Garbaczewski w Starym Teatrze

0_hamlet3_afb

Koncepcja „Hamleta” Garbaczewskiego w Starym Teatrze ma swoje źródło w tym oto fragmencie szekspirowskiego arcydzieła:

HORACJO
(…) mnie zaś
Pozwólcie i wszem wobec, i każdemu
Nieświadomemu prawdy opowiedzieć,
Jak się to stało. Przyjdzie wam usłyszeć
O czynach krwawych, wszetecznych, wyrodnych,
O chłostach trafu, przypadkowych mordach,
O śmierciach skutkiem zdrady lub przemocy,
O mężobójczych planach, które spadły
Na wynalazcy głowę. O tym wszystkim
Ja wam dać mogę wieść dokładną.

FORTYNBRAS
Pilno
Nam to usłyszeć.

Spektakl ten jest więc opowieścią Horacja (Paweł Smagała), ale – co trzeba od razu podkreślić – opowieścią wysoce subiektywną, fragmentaryczną i opowiedzianą w sposób daleki od narracji szekspirowskiej. Zabieg taki w przekonujący sposób uwiarygadnia rezygnację reżysera z klasycznej formuły wystawiania szekspirowskiego arcydzieła. Horacjo Garbaczewskiego jest zarośnięty, zapuszczony; przypomina jakiegoś praczłowieka, neandertalczyka. Jego „bogiem” jest opowieść. Świadczy o tym chociażby element scenografii, wiszący niezmiennie nad proscenium – trójkątne „oko Boga”, w którym zamiast oka mamy wielkie ucho. Intrygująco też w tym kontekście przedstawia się status samego morderstwa ojca Hamleta – trucizna, sączona przez mordercę do jego ucha, wydaje się co najmniej dwuznaczna. W dalszej części przedstawienia jeden z trzech Hamletów – Hamlet-Maszyna (świetny Roman Gancarczyk) prosi Horacja, żeby ten zostawił go w spokoju. Dodaje przy tym, że w tej inscenizacji nie ma dla niego w ogóle miejsca. Jest więc Horacjo bohaterem wykluczonym z tej historii. Jest przyjacielem Hamleta, którego w tej koncepcji bohater w ogóle nie potrzebuje. Nie potrzebuje, bo jest samotnikiem i świadomie się go pozbywa. Jedyną rolą, jaka pozostaje Horacjowi, jest zatem rola narratora. Scena między Hamletem i Horacjem przypomina relację Jeszui z Mateuszem Lewitą w „Mistrzu i Małgorzacie”. W powieści Bułhakowa ewangelista Mateusz Lewita, powodowany bezkrytycznym uwielbieniem dla swojego Mistrza, w podobny sposób włóczy się za Jeszuą, spisując nieustannie jego dzieje. I nie ma znaczenia, że jego wersja kompletnie nie zgadza się z rzeczywistością a Jeszua gorąco przeciw temu protestuje. Mateusz Lewita z uporem konstruuje jego legendę, która – jak przecież dobrze wiemy – stała się jednym z głównych kół napędowych historii świata. Czy więc w tej sytuacji możemy wierzyć Horacjowi, który opowiada nam historię „swojego bohatera”? Zostawiam to pytanie otwarte. Konsekwencją takiej konstrukcji narracji jest to, że odtąd w przedstawieniu Garbaczewskiego będziemy oglądać dwóch Hamletów: postać wykreowaną przez Horacja – tę, która stała się potem bohaterem „Studium o Hamlecie” Wyspiańskiego, niedokończonego przedstawienia Swinarskiego czy sztuki Heinera Muellera „Hamlet. Maszyna”- oraz Hamleta prawdziwego, Hamleta w sosie własnym, Hamleta odartego ze wszystkich oczekiwań, interpretacji, legend, koncepcji, Hamleta-człowieka, który był na początku, niczym Słowo. Tego Hamleta szuka desperacko w swoim przedstawieniu Garbaczewski i poszukiwania te stają się głównym tematem spektaklu. Żeby wydestylować „instant Hamleta” potrzebne jest laboratorium, mikroskop i soczewka. W spektaklu Teatru Starego ogromna soczewka/lupa/ekran staje się zatem centralnym elementem scenografii.

„Patrzeć na postać Hamleta przez lupę” – na scenie Starego brzmi to co najmniej dwuznacznie. Ten trop jest zresztą jak najbardziej na miejscu, gdyż Garbaczewski wychodzi z tego samego punktu, co Lupa w swoim przedstawieniu „Persona. Marylin”. Tam zagubiona Norma Jean szuka na powrót siebie, próbując zrozumieć, kim są stworzone przez nią różne jej warianty, składające się na postać Marylin Monroe. Tu reżyser, a może zwykły chłopak, usiłując się skonfrontować z postacią Hamleta, próbuje odnaleźć w sobie odpowiedź na pytanie, kim naprawdę jest Hamlet. Oboje muszą przegrać, gdyż od początku – z racji uczestniczenia w tworzeniu filmu/spektaklu – oczekuje się od nich gry bądź reżyserowania gry, więc siłą rzeczy skazani są na interpretację. A jeśli – jak pisze Wyspiański – „ktokolwiek grał interpretując, a nie mógł nikt grać, nie interpretując, grał źle. Dlaczego? Bo żaden z tych Hamletów nie obejmuje całości Hamleta jako postaci, urosłej ogromnie w tradycji wieków od czasów Szekspira, – i żaden uznany być nie może w zupełności. Czy jest to winą aktorów? Nie. To nie może nie być winą dramatu”. Garbaczewski zdaje się tę myśl Wyspiańskiego rozwijać. Ma świadomość, że Hamlet jest „urosły” nie tylko dzięki tradycji teatralnej – tu obecnej w postaciach Konrada Swinarskiego, Heleny Modrzejewskiej czy aktora Kamińskiego (dowcipnie i mądrze zamienionego na aktora Zarzeckiego) – ale też dzięki oczekiwaniu widza, karmionego przecież tym samym „okołohamletycznym” pokarmem intelektualnym, co twórcy. Jak w takim razie wydobyć prawdziwego Hamleta spod czterystuletniej warstwy teatralno-literackich osadów? Jak wystawić ten dramat w całości dzisiaj, ale tak, żeby uniknąć fałszu, powtarzalności, kiczu, złej gry – i odnaleźć w nim prawdę? Garbaczewski, po głębokim namyśle, rezygnuje. Przyznaje się, że nie umie. Gest to bardzo odważny, gdyż musi zakładać ryzyko negatywnej reakcji i naznaczenia, ale prawdziwy artysta musi być odważny, bo z założenia widzi i wie więcej. Gest Garbaczewskiego tego dowodzi. Jest prawdziwy, czysty, nie obliczony na mizdrzenie się do kogokolwiek. Gest ten staje się kamieniem węgielnym osobistej, pokornej, miejscami ułomnej wypowiedzi na temat Hamleta, która paradoksalnie przez swoją pokorę i uczciwość staje się jedną z bardziej interesujących interpretacji arcydramatu Stratfordczyka ostatnich lat.

Garbaczewski, rozwijając twórczo myśl Wyspiańskiego, że przeznaczeniem teatru „było i jest służyć niejako za zwierciadło naturze pokazywać cnocie własne jej rysy, złości, żywy jej obraz, a ŚWIATU I DUCHOWI WIEKU postać ich i piętno” zaczyna szukać prawdziwego Hamleta w sobie i w swoim pokoleniu. Tak więc wybiera z tekstu Szekspira te fragmenty, które w jakiś sposób poruszają jego i jemu podobnych, które wywołują ważne dla nich emocje. Horacjo zaczyna swoją właściwą opowieść od filmiku z 1993 roku, na którym widzimy dwu-trzyletnie dziecko. Hamlet Garbaczewskiego, współczesny Hamlet, miałby więc dziś około dwudziestu pięciu lat. Jak już powiedzieliśmy, nie ma przyjaciół, Horacjo jest mu dziś do niczego niepotrzebny. Nie motywuje go żaden duch, nie wierzy w duchy, jedyne w co wierzy i czego się boi – to śmierć. Ciągle o niej mówi, choć nie do końca wie, czym ona jest. Jego obsesja śmierci dochodzi do granicy pretensjonalności, aczkolwiek nie przekracza granicy dobrego smaku. Nie zapomnę nigdy sceny, w której jeden z Hamletów (Krzysztof Zarzecki) uporczywie wpatruje się w martwe oczy Ofelii (Jaśmina Polak) – przypomniała mi się wtedy Virginia Woolf – Nicole Kidman w filmie Stephena Daldry’ego „Godziny”, leżąca na ziemi i wpatrująca się w oczy martwego ptaka. Relacje współczesnego Hamleta z matką (Iwona Budner) i znienawidzonym stryjem (Krzysztof Zarzecki) są pełne nienawiści, obcości, agresji. Komunikacja między nimi nie istnieje, żyją w osobnych światach. Świat Matki i Klaudiusza to świat władzy, seksu i pieniędzy. Świat, w którym nie ma miejsca na miłość, czułość, zrozumienie czy empatię. Świat, w którym wszystko załatwia się przez słuchawkę. Świetna jest – przywodząca na myśl scenę przedstawienia Trieplewa w „Mewie” Czechowa – scena pułapki na myszy – oto wrażliwy, acz kompletnie niezrozumiały artysta Hamlet, chce swoją kulawą, ułomną sztuką powiedzieć coś generacji swoich rodziców, złapać ich w pułapkę, dotknąć, zdenerwować, wkurzyć, zmusić do reakcji, pokazać, że istnieje. W pewnym momencie przerywają oni spektakl wielokrotnie powtarzanym okrzykiem – „przerwać przedstawienie, przerwać przedstawienie!”. Jakże złowrogo i gorzko zabrzmiał ten okrzyk na scenie Teatru Starego, jakże skuteczną pułapką okazała się ta pułapka na myszy Garbaczewskiego. Na myszy czyli nas,widzów – zwłaszcza tych konserwatywnych, zapiekłych, wszechwiedzących, odmawiających komukolwiek prawa do innego myślenia, indywidualnego odczuwania czy własnych wartości. Bo my, widzowie, nie umiemy już z twórcami rozmawiać, umiemy tylko postawić lajka albo wrzeszczeć: „przerwać to gówno!”. Nadzieją napawa za to fakt, że chociaż przedstawienie Hamleta „Zabójstwo Gonzagi” było niezrozumiałe, infantylne, pełne nieznośnych kiczowatych zabiegów, to jednak ugodziło Klaudiusza w samo serce. To znaczy, że teatr wciąż ma siłę, że wciąż warto go robić i poszukiwać.

W sposób charakterystyczny na współczesnego świata kształtują się w spektaklu relacje męsko-damskie. Hamlet, zostawiony przez pokolenie swoich rodziców, skupiony na sobie, na własnych kompleksach i traumach, potrzebuje kobiety wyłącznie jako rekwizytu. Ma mu ona pomóc uporać się ze sobą, odgadnąć własną seksualność, wyleczyć kompleksy. Przejmująco brzmi pytanie Ofelii, skierowane w końcu do Hamleta – „ale czy JA jestem ci potrzebna?” Ja jako ja, sama w sobie, a nie „ktoś do zadań specjalnych”. Ofelia zresztą również ma swoje za uszami: wszystko, co robi, robi dla pieniędzy. Kochać też będzie za pieniądze. Bo Garbaczewski zgadza się tu z Wyspiańskim – Ofelia to dziwka. To zresztą jest dla Hamleta Garbaczewskiego najbardziej w niej fascynujące – w jednej ze scen widzimy go umalowanego szminką i recytującego kwestie Ofelii. Kryzys tożsamości zbiera właśnie swoje żniwo. Jakże odległa to wizja relacji damsko-męskich od stereotypów, które rządzą naszą wyobraźnią. Wodewilowa scena zaślubin Hamleta i Ofelii w ironiczny i bezlitosny sposób rozprawia się ze społecznie promowaną wizją szczęśliwej, uśmiechniętej rodziny. Widzimy więc, że reżyser jest nie tyle bezlitosny wobec innych, co przede wszystkim wobec samego siebie. Taki punkt wyjścia sprawia, że w sensie artystycznym spełnił swoje marzenie, które Hamlet-Maszyna werbalizuje w finale spektaklu. Reżyser, chcąc wydestylować czystego Hamleta, wydestylował go z siebie. Bo innej drogi nie ma. Bo prawdziwego Hamleta można znaleźć tylko w sobie. I nieważne, że zgubiło się słowa. W teatrze chodzi naprawdę o coś dużo większego, dlatego i szekspirowski Hamlet, i Poeta z „Wesela” ironizują: „słowa, słowa, słowa…”.

Przedstawienie Garbaczewskiego w Teatrze Starym w pełni zanurzone jest w Wyspiańskim. I bardzo dobrze, gdyż jako polemika ze „Studium o Hamlecie”, przedstawieniem Swinarskiego czy tekstem Heinera Muellera, przetwarzającymi arcydramat Szekspira, zyskuje głębszy sens. Garbaczewski, pisząc własne „studium o Hamlecie” w odniesieniu do tamtych, unika oskarżeń o nieuzasadniony gwałt na klasyce – przestępstwo powszechne dziś, ale będące przestępstwem tylko wtedy, gdy reżyser z dramaturgiem popełniają je z sobie tylko znanych i szerzej niekomunikowanych pobudek. Garbaczewski, odwołując się do szeregu bardziej udanych czy nieudanych prób dekonstrukcji szekspirowskiego dramatu, podejmuje próbę własną. W miarę jak zaczyna sobie zdawać sprawę, że próbę tę musi przegrać i przegrywa, postanawia swój spektakl uczynić dziennikiem, czy też zapisem tej podróży. Im bardziej jest pokorny i szczery wobec samego siebie i swojej porażki, tym bardziej staje się wiarygodny dla widza. Jego artystyczny sukces jest też wynikiem bardzo rzadkiej umiejętności w jego pokoleniu – otóż Garbaczewski nie skupia się na sobie dla samego siebie, ale próbuje „poprzez siebie” powiedzieć, a może raczej wykrzyczeć, wszystko to, co go tłamsi, zżera, boli, frustruje, co mu przeszkadza być sobą, czego się boi. Krzyk ten, choć miejscami pretensjonalny (zwłaszcza w najsłabszej w przedstawieniu scenie Europy zalanej krwią) – staje się niezwykle wstrząsający, a wszystko dlatego, że jest nie udawany, nie obliczony na reakcję hipsterskich akolitów czy dyżurnych apologetów. Jest autentyczny, szczery i odważny, przez co nie może już być łatwo wyśmiany, zdeprecjonowany, zbagatelizowany czy po prostu odrzucony – ani przez moje pokolenie ani przez wszystkie inne, które – nie rozumiejąc bełkotu młodej reżyserskiej gwardii – klęły pod nosem, kiwały głowami czy wreszcie okrzykiem „przerwać przedstawienie!” komentowały kolejne artystyczne eksperymenty. Brawa należą się tu Garbaczewskiemu za to, że nie oszczędza wypowiedzi artystycznych swojego pokolenia. Przez to, że uczciwie „dostaje się” tutaj wszystkim, głos reżysera w tej sprawie nie daje się już łatwo zaszufladkować.

Pod względem rzemiosła przedstawienie jest świetne. Aktorzy grają znakomicie, zachwyca Roman Gancarczyk. Świetną formę aktorską prezentują także Iwona Budner, Krzysztof Zawadzki i Jaśmina Polak. Przecierałem oczy ze zdumienia, widząc tak prawdziwego i dojrzałego Krzysztofa Zarzeckiego w roli jednego z Hamletów (w pamięci ciągle straszy mnie jego – powiedzmy to eufemistycznie – niezbyt udany występ w fałszywej i pretensjonalnej „Apokalipsie” Borczucha). Jeśli chodzi o łyżkę dziegciu, bo i taka się znajdzie, zachęcam twórców do przyjrzenia się jeszcze raz dwóm scenom – scenie ze szczurami i scenie krwawej Europy. Pierwsza jest kompletnie niezrozumiała i za długa. W drugiej moje pytanie jest proste: jaki klucz rządzi kolejnością zalewania krwią poszczególnych krajów. Wątpliwości moje budzi zalanie najpierw Polski, potem Ukrainy, potem Austrii itd. Mówiąc trywialnie: „nie rozumiem, co autor chciał przez to powiedzieć”.

Na koniec chciałbym podkreślić, że bodaj pierwszy raz w życiu oglądałem „spektakl postmodernistyczny”, w którym reżyser swoją inteligencją okiełznał postmodernizm, zakwestionował go w pewien sposób i zdeprecjonował, a wszystko po to, żeby znaleźć właściwy teatralny język. Do tej pory Garbaczewski mówił w swoim języku, ale w moim pojęciu język ten był komunikatywny tylko dla nikłego ułamka polskiej widowni. (Wstyd się przyznać, ale nie widziałem żadnego przedstawienia tego reżysera od „Życia seksualnego dzikich” w 2011, więc być może jego język stał się komunikatywny dużo wcześniej). Język „Hamleta” – mimo iż osobny, miejscami ubogi, prosty (acz nie prostacki), pozbawiony zasad gramatycznych – jest wreszcie w pełni zrozumiały. Zapraszający do rozmowy i zmuszający widza do wysiłku. Przy tej okazji należą się też słowa uznania dla dramaturga Marcina Cecki za adaptację, która – poza sceną ze szczurami na początku II części – jest naprawdę świetnie napisana. Do wszystkich kontestatorów tak zwanego „młodego teatru” – do których sam się zresztą zaliczam – apeluję: dajmy szansę temu teatrowi, otwórzmy się na inną formę, potraktujmy ją poważnie i wsłuchajmy się w to, co inny człowiek/artysta chce nam za jej pomocą powiedzieć. Jeśli ktoś chce nam coś dać, nie patrzmy mu podejrzliwie na ręce, tylko bierzmy. Teatr to przecież w końcu także wymiana…