„Złote Truskawy 2015″ – teatralne antypodsumowanie roku

copyright by Konick

copyright by Konick

Drodzy Czytelnicy,
w związku z odchodzącym na pola historii rokiem 2015, nadszedł czas na przyznanie dorocznych antynagród w dziedzinie teatru. W zeszłym roku nagrody te nosiły „pożyczone” z Hameryki miano – „Złote Maliny”. W tym roku, chcąc podwyższyć ich prestiż i dać im szansę na nowe, prawdziwe polskie życie, postanowiłem zmienić ich nazwę na bliższe memu sercu i naszemu narodowemu podwórku miano – „Złote Truskawy”. Odtąd corocznie będę one przyznawane tuż przed Sylwestrem za najgorsze – moim skromnym zdaniem – osiągnięcia w polskim teatrze w danym roku kalendarzowym. Jednym kryterium kwalifikacji będzie dla mnie fakt obejrzenia przedstawienia w danym roku. Kolejność nie będzie grała roli. Złota Truskawa zostanie przyznana w kilku kategoriach (adaptacja teatralna, scenografia, reżyseria, rola męska, żeńska oraz spektakl) a wybór ten będą poprzedzały nominacje (liczba nominowanych będzie zależna od ilości podmiotów, domagających się swoją jakością nominacji). Same nominacje nie będą wcześniej ogłaszane, dowiecie się Państwo o nich razem z ogłoszeniem nagrodzonych. Przyznanie nagrody za rolę czy scenografię nie jest jednoznaczne z przyznaniem nagrody całemu przedstawieniu – często się tak zdarza, że w świetnym spektaklu zdarzy się jakiś dysonans, który w żadnym razie nie może stać się reprezentacją całości! „Komisja regulaminowa” może przyznać też szereg wyróżnień, do których, w myśl dzisiejszej mody, przyznaje sobie ona nieograniczone prawo.

Protokół z posiedzenia jednoosobowej komisji dotyczący przyznania nagród „ZŁOTE TRUSKAWY 2015”

W dniu 27 grudnia br. „Komisja”, zwana dalej Komisją, pod przewodnictwem Komisji zebrała się gdzieś na południu Polski, przy nakrytym zielonym suknem stole, aby przyznać regulaminowe nagrody – „ZŁOTE TRUSKAWY” oraz inne wyróżnienia w dziedzinie teatru za rok 2015. Komisja miała do dyspozycji ponad czterdzieści obejrzanych spektakli, swoje „widzimisię”, talerz makowca, kieliszek wiśniówki oraz gorący termofor. Po czterech godzinach obrad, zgodnie z najnowszą modą – gdzieś o trzeciej w nocy – Komisja zakończyła obrady i przyznała następujące regulaminowe nagrody – ZŁOTE TRUSKAWY w dziedzinie teatru za rok 2015:

DOMAGALAsieKULTURY
ZŁOTE TRUSKAWY 2015

ADAPTACJA TEATRALNA

Nominacje:

ŁUKASZ CHOTKOWSKI, MAJA KLECZEWSKA, „Szczury” (reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny w Warszawie) – za zmasakrowanie dramatu Gerharda Hauptmanna oraz pomylenie ze sobą dwóch osi konfliktu: prowincja – Warszawa, Polska – Ukraina, w rezultacie czego w spektaklu wyszło im starcie między Warszawą a Ukrainą, zaś w finale Bogu ducha winna publiczność została storpedowana teatralnym biciem piany.

JAROSŁAW MURAWSKI, „Morfina” (reż. Ewelina Marciniak, Teatr Śląski w Katowicach) – za zdegradowanie powieści Szczepana Twardocha do poziomu płynnej literackiej magmy, z której wystają tylko jakieś ręce i nogi bliżej nieokreślonych postaci, co skutkuje ucieczką widzów w tablety, gdzie rzeczywistość jest o niebo lepiej określona i zrozumiała.

TOMASZ CHYŁA, MARCIN BRZOZOWSKI, WOJCIECH MALAJKAT, „Czarodziejska Góra” (reż. Wojciech Malajkat, Teatr Syrena w Warszawie) – za sprowadzenie wielkiej filozoficznej powieści do poziomu kalejdoskopowego szkolnego bryku, w którym patetyczność i napuszenie zastępują wykastrowane z powieści smakowite ironiczne i tragikomiczne połacie tekstu, przynosząc widzowi w finale śmiertelne nudy.

MICHAŁ BUSZEWICZ, „Możliwość wyspy” (reż. Magda Specht, TR Warszawa) – za dogłębną i szczegółową wierność Houellbeqcowi, która prowadzi go wraz z widzami na Kanaryjskie Wyspy Znudzenia i Niezrozumienia, a samego pisarza zapewne wprowadziłaby w zdumienie, że on sam to wszystko napisał.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Jarosława Murawskiego za MORFINĘ

SCENOGRAFIA

Nominacje:

MAJA SKRZYPEK, „Błogie dni” (reż. Wojciech Urbański, Teatr Ateneum w Warszawie) – za szpetotę i brak funkcjonalności.

JUSTYNA ELMINOWSKA, „Białe małżeństwo” (reż. Artur Tyszkiewicz, Teatr Narodowy w Warszawie) – za wszechpanujące konfesjonały z penisami, których teatralna atrakcyjność kończy się po dziesięciu minutach spektaklu, a ich siermiężna obecność pasuje raczej do tygodnika „Fakty i mity”, niż do Różewicza.

ANITA BOJARSKA, „Wujaszek Wania” (reż. Andrzej Bubień, Teatr 6.piętro w Warszawie) – za szpetotę, monotonię i wizualne powielanie najgorszego stereotypu o czechowowskim świecie – stereotypu, że świat ten jest brzydki, nudny i pozbawiony koloru.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mai Skrzypek za BŁOGIE DNI

REŻYSERIA

Nominacje:

MAJA KLECZEWSKA, „Szczury” (Teatr Powszechny w Warszawie) – za pomieszanie wszystkiego ze wszystkim na zasadzie – „jestem wielką reżyserką i mogę wszystko, nie podoba się – to wynocha!”, za betoniarkę, lalkę/dziecko, przyrodzenie Michała Czachora i sprzęgające mikrofony oraz – w szczególności – za pianę, która miała być szczytem anarchii, odkąd jednak panie rozdają pierwszym rzędom folię, żeby ich nie pomoczyło, stała się swoją własną karykaturą.

ARTUR TYSZKIEWICZ, „Białe małżeństwo” (Teatr Narodowy) – za niezrozumiałe chyba nawet dla samego Nominata wykastrowanie dramatu Różewicza, przez co i tak już niezrozumiały spektakl stał się jeszcze bardziej niezrozumiały. Plus za pełne strachu oczy Zbigniewa Zamachowskiego czy Edyty Olszówki, aktorów wybornych, którzy nie do końca wiedzieli, co grają i o czym to jest. Nie martwcie się Państwo, nam, widzom, takie oczy zostały w domach przez miesiąc…

MICHAŁ ZADARA, „Lilla Weneda” (Teatr Powszechny w Warszawie) – za nonszalancję, powierzchowność i brak konsekwencji w konstrukcji świata spektaklu. A także za beztroskę i brak odpowiedzialności w korzystaniu z historycznych odniesień, do których reżyser nie tylko się przyznaje, lecz wręcz się nimi chełpi. Plus nieopanowanie Barbary Wysockiej w roli Lilli Wenedy.

PAWEŁ ŚWIĄTEK, „Książę niezłomny” (Teatr im.Jaracza w Łodzi) – za poświęcenie idei Calderona/Słowackiego (jakaś tam na pewno jest) na ołtarzu skądinąd ciekawego pomysłu stworzenia scenicznego ekwiwalentu gry komputerowej o nazwie „Książę niezłomny”. Niech reżyser pamięta jednak, że w grze najprzyjemniejsze jest to, że można ciągle kogoś wyeliminować, tu takiej możliwości nie było. Widz siedział i ręka mu ciągle chodziła, żeby wcisnąć jakiś guziczek anihilacji. Mnie najbardziej, gdy na scenę wchodziła Feniksana…

WOJCIECH URBAŃSKI „Błogie dni” (Teatr Ateneum w Warszawie) – za „milczenie na próbach”, za duchową nieobecność i czekanie, aż Jan Peszek z Jadwigą Jankowską-Cieślak sami zrobią spektakl. Z drugiej strony, może to i dobrze, po co psuć coś, co będzie najlepszą alternatywą.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mai Kleczewskiej za SZCZURY

ROLA MĘSKA

Nominacje:

TOMASZ SCHUCHARDT – Głąb, „Mary Stuart” w reż. Agaty Duda-Gracz, (Teatr Ateneum) – za powierzchowność i zbytnie celebrowanie formy

ANTONI PAWLICKI – Joachim Ziemssen, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za brak luzu, pompatyczność oraz powagę często graniczącą z jej parodią – o śmierci mówimy tylko śmiertelnie poważnie. Plus za naleciałości z planu „Czasu honoru” czy innego śmiertelnie poważnego dzieła o śmierci, w którym bohaterowie walczą na śmierć i życie.

MARIUSZ DRĘŻEK – Lodovico Settembrini, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za manifestowaną prywatnie w roli homoseksualisty Settembriniego postawę „Jakby co, to ja nie jestem gejem, ja go tylko gram!”. Oczywiście w efekcie mamy parodię roli, a cała złożoność tej postaci została przez aktora złożona w grobie jeszcze przed trzecim dzwonkiem. W rezultacie tego Naphta Wojciecha Zielińskiego, zamiast prowadzić interesujące dysputy z Setembrinim, prowadzi na scenie Syreny interesujące monologi, przerywane manifestacjami kolegi.

BARTOSZ GELNER  – Narrator, „Francuzi” w reż. Krzysztofa Warlikowskiego, (Teatr Nowy w Warszawie) – za pierwszy 45-minutowy monolog Narratora, mówiony tyłem do widza i tak strasznie nudny, że jeśli widz go wytrzyma, wytrzyma już w Studio ATM wszystko, nawet „Rolnika szukającego żony w poszukiwaniu straconego Voice of Poland”!

DAWID OGRODNIK – Franek, „Męczennicy” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa) – za wykorzystywanie podpatrzonych u gimbazy sposobików na granie szesnastolatka i za ciągłe potrząsanie bardzo ładnymi skądinąd, trochę dłuższymi włosami, będące główną osią roli.

MIŁOGOST RECZEK – Tielegin, „Wujaszek Wania” w reż. Andrzeja Bubienia, (Teatr 6. piętro, Warszawa) – za niczym nieumotywowany i niczym niepohamowany (reżyser?!) atak histerii w pierwszym akcie niezłego „Wujaszka Wani”, czym wprawia w zakłopotanie nawet takiego histeryka, jak piszący te słowa…

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mariusza Drężka za rolę LODOVICA SETTEMBRINIEGO

ROLA ŻEŃSKA

Nominacje:

ROMA GĄSIOROWSKA – Zosia, „Męczennicy” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa) – za wykorzystywanie podpatrzonych u gimbazy sposobików na granie szesnastolatki.

BARBARA WYSOCKA – Lilla Weneda, „Lilla Weneda” w reż. Michała Zadary (Teatr Powszechny w Warszawie) – za brak umiaru, pokory oraz samouwielbienie w roli Lilli Wenedy. Mszą tej scenicznej autoreligii jest nieszczęsny monolog Lilli Wenedy, w którym kilka razy z rzędu wymienia ona imię „Lechu”. Aktorka atakuje bezdźwięczną głoskę „ch” z lekką nutą „r” i naciska na nią tak bardzo, że tego fonetycznego kunsztu zazdroszczą jej już wszystkie gwiazdy wenezuelskiego showbiznesu. (język hiszpański również bardzo celebruje swoją głoskę „j” czyli h).

MAGDALENA JAWORSKA – Feniksana, „Książę Niezłomny” w reż. Pawła Świątka (Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi) – za to, że nie sposób zrozumieć szeptanych pod nosem racji Feniksany, piękno zaś niewypowiedziane (aktorka dysponuje bardzo atrakcyjną powierzchownością) staje się łatwym łupem stopniowej erozji zainteresowania, zwłaszcza gdy sceniczna koleżanka robi wszystko, żeby interesować się tylko nią.

MARIA SEWERYN – Kławdia Chauchat, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za pomylenie ról, gdyż „zapięta pod szyję” aktorka gra tu raczej św. Faustynę, niż emanującą podskórnym seksapilem, pełną życia Kławdię Chauchat. Współczuję Patrykowi Pietrzakowi, grającemu Castorpa, gdyż trudno bez poczucia niestosowności manifestować publicznie fizyczny pociąg do św. Faustyny.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Barbary Wysockiej za rolę LILLI WENEDY

SPEKTAKL ROKU

Nominacje:

„SZCZURY” w reż. Mai Kleczewskiej – za ignorancję i arogancję twórców, za brak konsekwencji, za nijakość ideową całości, a przede wszystkim za brak słyszalności i zrozumienia.

„CZARODZIEJSKA GÓRA”  w reż. Wojciecha Malajkata – za mizerię ideową, sprowadzenie powieści Manna do poziomu szkolnego egzaminu w PWST, w którym studentów zastępują Gwiazdy, za wmawianie widzom przez Dział PR Teatru Syrena, że spektakl ten jest z ducha przesiąknięty teatrem Jerzego Grzegorzewskiego. Teatr Grzegorzewskiego poza Wojciechem Malajkatem, świetnym aktorem spektakli wielkiego reżysera, nie ma ze spektaklem w Syrenie NIC, ALE TO NIC wspólnego!

„LILLA WENEDA”  w reż. Michała Zadary – za brak konsekwencji w prowadzeniu postaci (Roza Weneda jest nagle jakaś posługaczką u Lecha, to samo Ksiądz, dlaczego?), brak konsekwencji w wykorzystaniu odniesień historycznych (UBecy są nagle dobrzy, ci z lasu niedobrzy, to kto tu jest kim?), brak konsekwencji w kreowaniu sytuacji (Lilla Weneda wchodzi nagle do zamku Lecha z bronią i paraduje tam z nią przez jakiś czas, będąc jednocześnie w niewoli – To ojcu jej wyłupili oczy, a ona tak sobie może z bronią? Dlaczego?). Oraz za brak panowania nad rolą Barbary Wysockiej, o czym już w innym miejscu było.

„MĘCZENNICY” w reż. Grzegorza Jarzyny – za manifestację przez reżysera własnej opinii na temat głównej bohaterki, przez co spektakl można sobie darować już po piętnastu minutach oraz za to, że świetni aktorzy TR mają tu za dużo wolności, nikt od nich niczego nie wymaga, więc grają to, co im przychodzi najłatwiej. Wyjątek – Justyna Wasilewska. Dwoi się i troi, przeżywa wielkie emocje, gra pięknie, ale koncepcja pozbawia ją szans u widza, któremu od razu pierze się w spektaklu mózg. Swoją drogą ciekawe, ilu widzów nie dało go sobie wyprać.

„BIAŁE MAŁŻEŃSTWO”,  w reż. Artura Tyszkiewicza – za brak czytelnej koncepcji, za brak pomysłu na Różewicza 2015, bo jeśli za pomysł brać konfesjonały z penisami – marna to ściana, na której kończą swoją teatralną drogę twórcy tego przedstawienia.

ZŁOTA TRUSKAWA dla spektaklu SZCZURY w reż. Mai Kleczewskiej

WYRÓŻNIENIA:

EWELINA MARCINIAK – za słowa przytoczone przez Magdę Piekarską w artykule „Aktorzy porno zagrają w Teatrze Polskim” (Gazeta Wyborcza Wrocław, 7 listopada 2015):
„Czego mam się bać? – pyta. – Jeśli ktoś wyjdzie, to będzie jego problem, nie nasz. Mnie bardziej interesuje, co się będzie działo z tymi widzami, którzy zostaną z nami do końca”
Droga pani Reżyser! Apeluję o więcej szacunku dla widza, proszę pamiętać, że widz musi zapłacić za możliwość oglądania Pani spektakli oraz że Pani przedstawienia powstają z pieniędzy publicznych. Bilet do teatru to rodzaj umowy – Pani dostarcza widzowi dzieło, a on za nie płaci, poświęcając Pani swój prywatny czas. Widać oszołomiona ogólnopolskim sukcesem zapomniała Pani o pokorze.

KRZYSZTOF WARLIKOWSKI – za brak kontaktu z polską rzeczywistością.

MAJA KLECZEWSKA – za rekwizyt roku: lalkę w „Szczurach”. Z mojej recenzji spektaklu: „Hanna traci dziecko cztery lata wcześniej. Na filmiku jest żywe. To jeszcze jasne. Potem Ukrainka rodzi dziecko, które scenicznie gra lalka. Hanna i jej brat odbierają dziecko Ukraince i wożą w wózku. Jest to ciągle lalka. Potem słyszymy, że dziecko nie żyje. Które nie żyje: syn Hanny czy dziecko Ukrainki? Lalka to „aktorka”, grająca prawdziwe dziecko, czy po prostu lalka? Żeby było ciekawiej – autystyczna sąsiadka, przesiadująca w domu Hanny, ciągle chodzi z lalką. Kim jest lalka sąsiadki? Dzieckiem czy lalką?” Nadmiar wieloznaczności nie do rozplątania!

MAGDALENA SZPECHT – za finał roku – filmik wyświetlany przez całą trzecią część spektaklu „Możliwość Wyspy”. Finał ten jest ostatecznie pokonaną przeszkodą na drodze teatru pędzącego w kierunku filmu. Odtąd spektakle teatralne mogą z powodzeniem składać się z filmików i być wyświetlane w Multipleksach!

JERZY ZELNIK – za recenzję roku w której chełpi się, że wyszedł z „Wroga ludu” w Starym Teatrze przed czasem. Zgadza się. 7 listopada br. Pan Jerzy siedział koło mnie i wyszedł. Panie Jerzy, następnym razem niech Pan odsiedzi swoje – może do myślenia dałaby Panu co nieco – żywiołowa, pełna aprobaty reakcja publiczności? Zdanie krakowskiej publiczności jednak Pana nie interesowało. W porządku. Pana prawo! Tylko proszę więcej się już na jej dobro nie powoływać.

PROTESTUJĄCY przeciwko spektaklowi „Śmierć i dziewczyna” we Wrocławiu oraz przeciwko dyrekturze Jana Klaty w Krakowie, którzy nie byli ANI RAZU w rzeczonych teatrach – za robienie z siebie idiotów.

MINISTER KULTURY I SZTUKI, PIOTR GLIŃSKI – za „recenzowanie” spektaklu przed obejrzeniem i próbę wprowadzenia cenzury prewencyjnej.

Szanowni Nominaci, Laureaci i Czytelnicy! Podsumowując przyznanie Nagród „Złote Truskawy 2015″, chciałem Was zapewnić, że nie robię tego dla hejtu i beki. Moim głównym celem, jako krytyka, jest też pokazywanie Wam, artystom teatru, która z dróg wiedzie Was – w moim przekonaniu – na manowce. Robię to nie dlatego, żeby Was piętnować, ale po to, żebyście po tych manowcach więcej nie błądzili albo błądzili ze świadomością, że tam jesteście. Możecie się ze mną nie zgadzać, możecie mnie ignorować, hejtować, ale nie możecie mi zarzucić, że nie piszę tego, co myślę. Staram się, żeby moje pisanie było uczciwe wobec Was, dokładnie tak samo, jak Wy staracie się każdego dnia, żeby teatr, który tworzycie, był uczciwy wobec mnie – widza. Takiego teatru i Wam i sobie w Nowym Roku życzę!

PIEKŁO – NIEBO – podsumowanie VIII edycji festiwalu teatralnego BOSKA KOMEDIA (Kraków, 4 -13 grudnia 2015)

spektaklio-didvyriu-aikste-akimirka-55165c4c893a7

W grudniu sceny krakowskich teatrów stały się miejscem prawdziwej teatralnej uczty. Swoje najnowsze spektakle pokazywali zarówno mistrzowie (m.in. Krystian Lupa, Krzysztof Warlikowski czy Grzegorz Jarzyna), jak i „młodzi gniewni” polskiego teatru (m.in. Monika Strzępka, Krzysztof Garbaczewski, Michał Borczuch czy słynna z afery porno – Ewelina Marciniak). W konkursie na najlepsze przedstawienie międzynarodowe jury doceniło „Apokalipsę” Michała Borczucha (Teatr Nowy w Warszawie). Nagrody powędrowały też do twórców „Podróży zimowej” w reż. Pawła Miśkiewicza (Teatr Polski we Wrocławiu), „Francuzów” w reż. Krzysztofa Warlikowskiego (Teatr Nowy w Warszawie) oraz „Nie-boskiej komedii” w reż. Moniki Strzępki (Stary Teatr). Głównym tematem, przewijającym się przez spektakle tegorocznego festiwalu, odbywającego się w cieniu gwałtownej politycznej zmiany, było poczucie końca pewnego porządku oraz związane z tym lęki i obsesje. Jeden z jurorów pocieszał nas na spotkaniu, że to normalne, że ogląda polski teatr od piętnastu lat i od tego czasu nic się nie zmieniło. Ze swej strony przygotowałem dla Państwa rodzaj subiektywnego przewodnika po festiwalu, dzieląc wszystkie przedstawienia, które widziałem na „piekielnie złe” i „niebiańsko dobre” (kolejność przypadkowa).

INFERNO

„MORFINA” w reż. Eweliny Marciniak (Teatr Śląski w Katowicach)

Największym rozczarowaniem festiwalu była „Morfina” w reż. Eweliny Marciniak z Teatru Śląskiego w Katowicach. Wiem, ile nagród dostała, wiem, w ilu plebiscytach dotąd wygrała, ale po dwudziestu minutach tego spektaklu (potem było jeszcze gorzej) muszę krzyczeć: „Król jest nagi!!!”. Okropna, wołająca o pomstę do nieba adaptacja powieści Twardocha autorstwa Jarosława Murawskiego sprawia, że po dwudziestu minutach widz nieznający książki nie ma zielonego pojęcia, o co w spektaklu chodzi. Adaptator nie zadbał o odpowiednią ekspozycję postaci z książki – nadanie im choćby „wyłapywalnych” imion, funkcji, czegoś, co pozwoli widzowi łatwo ich zidentyfikować – przez co od początku wiadomo tylko, kto jest głównym bohaterem. Reszta ginie w wielowątkowości akcji i nadmiarze – pięknych skądinąd – reżyserskich pomysłów. Aktorzy grają po kilka postaci, ale konia z rzędem temu, kto – bez znajomości książki (tylko z tej perspektywy mogę się wypowiadać) – połapie się w tym przepełnionym efektami chaosie. Reżyserka kompletnie tego nie widzi i – wykorzystując konwencję teatru w teatrze (dodatkowa trudność dla widza) – buduje piętrowe metafory oraz girlandy, przeplatających się płaszczyzn czasowych, ludzkich, przestrzennych i choć pięknie to wszystko wygląda – na przykład sceny ze złotym pyłem czy sceny w basenie – to wrażenie jest przygnębiające. Widzowie w większości kompletnie pogubieni lądują w swoich smartfonach (w moim rzędzie naliczyłem sześć świecących ekraników). Ewelina Marciniak ma wszelkie karty, żeby stworzyć swój własny, odrębny i piękny teatralny język, ale uwaga – to nie język jest istotą teatru, ale to, co się chce przez ten teatr widzowi powiedzieć. I w tym właśnie tkwi sedno „ułomności” katowickiej „Morfiny”. Widz nie wie już, o czym jest proza Twardocha, a przecież musi jeszcze odczytać, co reżyserka, pani Marciniak, chciała mu tym „Twardochem” powiedzieć. „Siała baba mak, nie wiedziała jak”. Przepraszam, nie mak – morfinę. Znalazło się jednak wielu takich, których owa morfina otępiła na tyle, żeby się tym przedstawieniem zachwycać. Ja morfiny nie lubię i jury BOSKIEJ KOMEDII – jak widać – też nie.

„MĘCZENNICY” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa)

Justyna Wasilewska zagrała Lidkę prawdziwie, ze stuprocentowym oddaniem się postaci, słowem – wspaniale, ale nie miała szans wygrać z ideą Grzegorza Jarzyny. Ideę tę – w dużym uproszczeniu – można zawrzeć w jednym zdaniu: „nie możemy
i m ustąpić pola – tym okropnym katolickim fundamentalistom”. Problemem tej idei jest słówko „okropny” – przymiotnik, w którym zawarta jest ocena, bo największym grzechem reżysera jest właśnie to, że on – a priori – swoją bohaterkę ocenia. Na dodatek manifestuje nam swoją opinię, umieszczając Lidkę w takim kontekście, że widz właściwie nie ma wyboru – musi zidentyfikować się z jej adwersarzami. Do tego podkopuje jej postawę, umniejsza wiarygodność, akcentując jej sztampowy, homofobiczny rodowód. Lidka jest z góry skazana na niechęć widza, co powoduje, że dziecko zostaje wylane z kąpielą – racje bohaterki nie mają już sensu, nikt jej nie słucha. Została przez reżysera wytknięta palcem, wyrzucona poza nawias. Widz nie ma tu nic do roboty. Oglądanie „Męczenników” jest jak czytanie „Gazety Polskiej” czy „Wyborczej”: wiadomo od razu, po której stronie stoi redaktor naczelny. A szkoda, bo warto było dać głos również drugiej stronie. Aktorstwo kuleje, niczym Roma Gąsiorowska w jednej z ról i żadne cuda tu nie pomogą. Nie da się znieść konceptu, w którym trzydziestolatkowie grają szesnastolatków, „ściubdzioląc” pod nosem monosylabowe odzywki i udając małolatów. Słowem, prawdziwi męczennicy to widzowie tego spektaklu, w tym ja, który miałem nieszczęście obejrzeć je aż dwa razy…

„WESELE” w reż. Moniki Strzępki (PWST Wrocław)

Dyplom w reżyserii Moniki Strzępki z PWST Wrocław powinien być ostrzeżeniem dla słynnej reżyserki. Okazuje się, że jej rozpoznawalny teatralny styl łatwo może przeobrazić się we własną karykaturę, która do złudzenia przypomina… kabaret Olgi Lipińskiej: pioseneczka, układzik, „bum-bum”, scenka z pointą, pioseneczka, układzik, „bum-bum” – i tak do finału, a tam – PIOSENECZKA, UKŁADZIK, BUM-BUM”. Koniec. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest brak silnej dramaturgicznej podpory Pawła Demirskiego i wybitnych aktorów, którzy w pełni odnajdują się w zaproponowanej przez reżyserkę konwencji. Młodzi aktorzy, kompletnie nieprzypilnowani, zakochani – przypuszczam – w swoim ulubionym temacie (piciu wódki i imprezowaniu) zamienili teatralną improwizację na granicy II i III aktu w pokaz żenującej amatorszczyzny. Stało się tak, gdyż – jak podejrzewam – nikt młodym artystom nie określił granic improwizacji. Wyglądało to, jakby Monika Strzępka, nie przejmując się bardzo dalszymi losami młodych aktorów i ich spektaklu, zostawiła ich samych sobie. Skutki na scenie były opłakane. Ciekawe pomysły – jak na przykład połączenie postaci Księdza z Nosem – poprzez nadmiar ich eksploatacji zamieniały się w swoją parodię. Studenci nie radzili sobie też ze zmianami rytmów. Teatr Moniki Strzępki jest bardzo energetyczny, szybki. We wrocławskim „Weselu” pojawiał się na moment, aby za chwilę ustąpić pola czystemu, lekko skróconemu Wyspiańskiemu, którego melodia wiersza ma znacznie wolniejsze tempo. Młodzi aktorzy, nie radząc sobie często z przeskokami rytmów, kładli całe połacie tekstu Wyspiańskiego. Choć pięknie bronili się stworzonymi przez siebie postaciami – zapamiętam Pana Młodego, Czepca, Kliminę – nie udało im się, niestety, stworzyć dobrego spektaklu, wychodzącego poza sztampę dyplomu, w którym każdy udowadnia, że „tańczy śpiewa, recytuje”. A szkoda.

PARADISO

„PODRÓŻ ZIMOWA” w reż. Pawła Miśkiewicza (Teatr Polski we Wrocławiu)

Najsmaczniejszym jabłkiem w tym teatralnym raju było przedstawienie Pawła Miśkiewicza „Podróż zimowa” na podstawie tekstu Elfride Jelinek. Na scenie obserwujemy pisarkę w pięciu „osobach” – od młodej dziewczyny po starą kobietę. Postaci te mówią o sobie, swoich problemach, oczekiwaniach, marzeniach, swoim strachu, wątpliwościach, obsesjach. Ich monologi zamykają się w większą całość, którą możemy nazwać po prostu: Elfriede Jelinek, człowiek, kobieta, pisarka. Gdy wewnętrzna wiwisekcja dobiegnie końca, Elfride I, „rzeczywiste” alter ego pisarki, wypędzi ze sceny swoje postaci, a sama zasiądzie na widowni. Będzie się teraz przyglądała wraz z nami, jak pozostałe Elfriedy przeistaczają się w bohaterki jej literatury. Moment to w przedstawieniu magiczny, Elfriedy zjawiają się na scenie w kostiumach i rozpoczynają swój spektakl. Towarzyszą im znakomite wokalizy Mai Kleszcz – kreujący nowe horyzonty liryzmu poetycki refren całego spektaklu. Przedstawienie zamyka wstrząsający, gorzki monolog Jelinek o przyszłości swojej literatury, o zwątpieniu w jej sens, o rezygnacji z walki, którą od lat toczy na różnych płaszczyznach we własnym kraju. W tle, na wielkiej dekoracji widzimy stado owiec. Końcowy monolog austriackiej noblistki przynosi katharsis, bo uświadamiamy sobie, że nas, widzów teatru Pawła Miśkiewicza czy w ogóle – odbiorców – spotka ten sam los, co literaturę, teatr czy też szerzej – sztukę. Populistyczna władza dogada się z prymitywnym ludem, wilk będzie syty i owca cała, a my – twórcy i odbiorcy oczekujący czegoś więcej, niż „umpa-umpa” czy patriotycznych „gniotów dobrze skrojonych” – zostaniemy z niczym.

HALINA RASIAKÓWNA

Wielka aktorka w wielkiej roli. Na potwierdzenie pozwolę sobie przytoczyć stosowny fragment mojego tekstu „Podróży zimowej”: „W jednej ze scen jej Elfriede, ukrywająca się pod znanym z mediów anturażem – zaczesaną do tyłu, upiętą grzywką i wielkimi, ciemnymi okularami – siedzi w fotelu i poraża spokojem. Jest w niej mądrość i pokora, ironia i smutek, zwycięstwo i gorycz. Jej tajemnicza, pogrążona w sobie postać, magnetyzuje i fascynuje, a oszczędny, skondensowany, emanujący podskórną ironią sposób podawania tekstu na długo pozostaje w pamięci. Słuchając Elfriede Rasiakówny miałem wrażenie, że pisze ona swój własny, sekretny, przepełniony goryczą dziennik. Proza Jelinek w jej ustach stawała się wielką literaturą, wielką, dlatego że w pełni ludzką, a to człowieczeństwo dopełniała w niej właśnie Rasiakówna, siłą swojej roli”. Czy trzeba czegoś więcej? Tak. Zobaczyć Rasiakównę na scenie.

„NIE-BOSKA KOMEDIA. WSZYSTKO POWIEM BOGU!” w reż. Moniki Strzępki (Stary Teatr)

Z tego przedstawienia zapamiętam przede wszystkim końcowy monolog duetu Dziewic (Dorota Pomykała i Marta Nieradkiewicz) oraz wybitne aktorstwo – kreacje Doroty Segdy, Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, Marcina Czarnika czy Adama Nawojczyka zrobiły na mnie duże wrażenie. Najpiękniejszym momentem przedstawienia, oprócz porażającego finału, była scena, w której Barbara Niechcic (Dorota Segda), stojąc na kręcącej się w kółko karuzeli, monologowała do walca z filmu Jerzego Antczaka. Dzięki takim właśnie, przesyconym emocjami scenom, spektakl Strzępki i Demirskiego (słuszna nagroda za scenariusz) był czymś więcej, niż tylko dobrze napisaną i wyreżyserowaną reinterpretacją słynnego dramatu. Strzępka, zgodnie ze swoją metodą pracy, eksploatowała w tekście Demirskiego głównie te miejsca, w których spotykały się różne fragmenty dzieł, bohaterowie czy czasy. W przypadku „Nie-boskiej” dało to świetne rezultaty w postaci gęstych, inteligentnie połączonych, piętrowych metafor, które jako źródła głębokich emocji stały się filarami prawdziwego, pełnego przeżycia teatru.

„KTO SIĘ BOI VIRGINII WOOLF?” w reż. Grzegorza Wiśniewskiego (Teatr Wybrzeże w Gdańsku)

Mirosław Baka zagrał George’a w klasycznej, opartej na doskonałym aktorstwie adaptacji dramatu Edwarda Albee’go w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Kreacja Baki była niesamowita – uszyta z gestów rezygnacji, pełnych wątpliwości ruchów i specyficznego – wskazującego na wymuszony – sposobu mówienia. Warto pojechać do Gdańska choćby po to, żeby zobaczyć, jak ten wspaniały aktor, świetnie oświetlony przez Marka Kozakiewicza, siedzi na proscenium i pije drinka. W parę sekund w jego oku widać wszystko – złość i świadomość jej bezcelowości, gniew i poczucie niemożności jego wyrażania, słabość i siłę, pochodzącą z jej kontrolowania. Świetna Marta Doroty Kolak sprawi, że George obudzi się na chwilę ze swojego snu, ale po chwili zapadnie weń jeszcze głębiej. „Kto się boi Virginii Woolf” to klasyczny teatr środka. W pamięci zachowam dwie wielkie sceny – lot Honey (Katarzyna Dałek) oraz poszukiwanie pilota przez Martę. Na spotkaniu po spektaklu aktorzy z rozbrajającą szczerością przyznali, że… nie znają twórczości Virginii Woolf. Jako powód podali informację, że tytuł dramatu nie ma w istocie nic wspólnego z angielską pisarką – przecież chodzi tu o amerykańską piosenkę/rymowankę, autorstwa Teda Searsa i Franka Churchilla „Who’s afraid of the big, bad woolf?” Potem te rewelacje czytam w recenzji jednej z młodych krytyczek, umieszczonej na poważnym portalu teatralnym i łapię się za głowę! Proszę państwa, gdyby to nie miało znaczenia, Edward Albee zostawiłby tytuł oryginalnej piosenki, a nie zamieniał „złego wilka” w Virginię Woolf. Śmiem twierdzić, że angielska pisarka została tu przywołana przez autora w sposób świadomy i celowy. Otóż – tak dużym uproszczeniu – obecne w literaturze Virginii Woolf jej zmagania z różnymi tematami – znajdują w dramacie Albee’go swój pełny ekwiwalent. Warto byłoby prześledzić, jak tematy Woolf meandrują przez konflikt Marthy i George’a. Oczywiście twórcy spektaklu mają pełne prawo z takiej wiedzy nie korzystać, ale też obowiązek uczciwego podejścia do oryginału, żeby w rozmowach – delikatnie mówiąc – nie mijać się z prawdą. Na recenzentów miłosiernie spuszczę zasłonę milczenia.

„AMOK. PANI KOMA ZBLIŻA SIĘ” – w reżyserii Marcina Libera (PWST Kraków)

Świetny dyplom. Świetni aktorzy. Co tu więcej pisać?

„PLAC BOHATERÓW” w reż. Krystiana Lupy (Dramatyczny Teatr Narodowy w Wilnie)

Pokazywane poza konkursem arcydzieło teatralne Krystiana Lupy. Przejmująco aktualne i bezwzględne wobec nas i naszych czasów. Brutalny, mocny strumień świadomości Thomasa Bernharda, rozpisany na litewskich aktorów i polską widownię w grudniu 2015 roku. Spektakl jeszcze lepszy od wrocławskiej „Wycinki” – chirurgicznie precyzyjny, ascetyczny, przenikający do kości i poruszający. Świetne zamknięcie BOSKIEJ KOMEDII. (więcej o tym spektaklu w tekście – „W Oksfordzie nie wrzeszczą tłumy” na moim blogu – TU LINK)

„Organizacja festiwalu BOSKA KOMEDIA” w reż. Bartosza Szydłowskiego i Krzysztofa Głuchowskiego

Słowa uznania dla organizatorów – podobała mi się organizacja festiwalu: czytelne zasady, świetne biuro promocji, kompetentne wolontariuszki. Dodatkowo, co rzadkie w Polsce – zasady były w pełni respektowane. Gdy trzeba było czekać na wolne miejsca, to czekali solidarnie wszyscy: reżyserzy, aktorzy, dziennikarze i studenci. Ze strony organizatorów nie zauważyłem żadnego „kolesiostwa” czy „premiowania ważniejszych”. Oczywiście znaleźli się też widzowie, którzy bezczelnie wykorzystywali nieuwagę wpuszczających, by niczym lisiczki z rosyjskiej bajki podstępem znaleźć się na widowni. W naszym kraju to niestety standard, więc zaskoczenia nie było. Jeśli chodzi o samą selekcję, to uważam, że wpadką organizatorów był brak „Sońki” Agnieszki Korytkowskiej-Mazur z Teatru Dramatycznego w Białymstoku, z najlepszą, obok Haliny Rasiakówny, żeńską rolą w tym roku w polskim teatrze – tytułową Sońką Swietłany Anikiej, aktorki Narodowego Teatru w Mińsku, nagrodzonej zresztą niedawno za tę rolę podwójnie na festiwalu teatralnym w Zabrzu. Może warto odłożyć czasem „Wysokie Obcasy” i osobiście pojechać do Białegostoku czy innego Koszalina…?
Dziękując organizatorom oraz zespołom teatralnym za możliwość odbycia tej niezwykłej podróży, wystawiam VIII edycji BOSKIEJ ocenę 4,5/5 i cieszę się, że też tam byłem i boski miód piłem…

PURGATORIO

APOKALIPSA w reż. Michała Borczucha (Teatr Nowy w Warszawie)

Uprzedzając Państwa pytania o nagrdzoną „Apokalipsę” Michała Borczucha odpowiadam, że nie widziałem tego przedstawienia na BOSKIEJ KOMEDII. Oglądałem je rok temu, świeżo po premierze i nie należałem do jego entuzjastów. Jednakże rok w teatrze to kawał czasu i wszystko mogło się w tym spektaklu zmienić. Dlatego w lutym 2016 roku wybiorę się na Borczucha jeszcze raz, żeby przekonać się na własne oczy i – być może – zweryfikować swoją opinię. Jakkolwiek będzie – recenzję z tego spektaklu Państwu obiecuję.

PS. Poniżej podaję linki do recenzji spektakli BOSKIEJ KOMEDII, o których pisałem wcześniej:

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/12/19/piec-postaci-elfriede-jelinek-w-poszukiwaniu-autorki-podroz-zimowa-w-rez-pawla-miskiewicza-na-festiwalu-boska-komedia/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/04/09/w-oksfordzie-nie-wrzeszcza-tlumy-krystiana-lupy-plac-bohaterow-pod-wzgorzem-giedymina/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/06/20/w-poszukiwaniu-straconego-hamleta-garbaczewski-w-starym-teatrze/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/10/23/w-poszukiwaniu-wciaz-traconej-europy-francuzi-krzysztofa-warlikowskiego/

http://domagalasiekultury.blog.pl/2015/12/08/mlodzi-w-amoku-dyplom-krakowskiej-pwst-w-rez-marcina-libera-na-boskiej/

Ponadto zapraszam Państwa do polubienia moje strony na Facebook-u:  https://www.facebook.com/domagalasiekultury/

W poszukiwaniu wciąż traconej Europy – „Francuzi” Krzysztofa Warlikowskiego

W finale Francuzów Krzysztofa Warlikowskiego zamknięta w szklanej gablocie aktorka Rachela (Agata Buzek) mówi ostatni monolog Fedry z tragedii Racine’a, w którym bohaterka tuż przed śmiercią staje wreszcie w prawdzie - wyznaje swój grzech i bierze za niego odpowiedzialność. W gablocie wraz z nią jest ktoś jeszcze – mężczyzna o powierzchowności Fantomasa, słynnego francuskiego bohatera filmów na podstawie powieści Pierre’a Souvestre’a i Marcela Allaina (Claude Bardouil). Mężczyzna ten towarzyszy nam od początku spektaklu. Pojawia się w masce czarnoskórego i pełni rolę kamerdynera w salonie de Guermantesów. Z czasem staje się też częścią teatru Racheli – najpierw obsługuje kurtynę, potem statystuje, aby wreszcie w finale jej Fedry zagrać główną rolę: to on w brutalny sposób zmusza Fedrę do wyznania swoich win. Początkowo spokojny, ułożony, stopniowo staje się coraz bardziej agresywny i brutalny. Kim jest? Nie wiadomo. To po prostu „on”, „inny”, „obcy”. Wybór przez Warlikowskiego tej właśnie, klasycznej francuskiej tragedii Racine’a, opartego na greckim micie, wydaje się być nieprzypadkowy. Interpretując spektakl Racheli można powiedzieć, że Fedra, czyli Francja – czy też szerzej Europa – zostaje w brutalny sposób zmuszona przez „obcego” do wyznania prawdy, przyznania się do swoich grzechów. Jest to akt niezwykle ważny, gdyż takie przyznanie się – w sensie moralnym – staje się niezbędnym krokiem do ocalenia. Niezwykle ważne jest też, że Fedra robi to tuż przed śmiercią, aczkolwiek tej Warlikowski na scenie nie pokazuje. Fedra jeszcze nie umarła, Europa jeszcze nie umarła, dlatego sens ma jeszcze spektakl Racheli, dlatego sens ma jeszcze spektakl Warlikowskiego.

Widzami tego przedstawienia są postarzali bohaterowie Prousta, widzowie spektaklu Racheli oraz my, publiczność artysty. Co ciekawe, bohaterowie przedstawienia Warlikowskiego zasiadają w tej scenie przodem do nas. Nie oglądają spektaklu Racheli. Im sztuka, nawet ta brutalnie wykrzykująca prawdę, już niepotrzebna. Niepotrzebna im prawda. Oni już odchodzą. Szukając w sztuce nie znaleźli niczego, co pomogłoby im ocalić swoją cywilizację. Może byli za bardzo skupieni na sobie? Zbyt oderwani od rzeczywistości? Zbyt hermetyczni? Nie udało się. Dziś są już tylko wspomnieniem. Eksponatem w szklanej gablocie. Siedzą przed nami nieruchomo i beznamiętnie i patrzą nam w oczy. Całą tę scenę ogląda siedzący z tyłu sceny Marcel, proustowski narrator. Ogląda ją też siedzący gdzieś na tyłach widowni Warlikowski (był na moim spektaklu). Otrzymujemy więc efekt wzajemnie odbijających się zwierciadeł: Marcel obserwuje widzów Racheli oraz widzów obserwujących widzów Racheli, a Warlikowski obserwuje swoich widzów i widzów Racheli, obserwujących jego własną publiczność. Widzowie Racheli są już skamielinami. Przez chwilę ma się wrażenie, że i my, odbiorcy przedstawienia Warlikowskiego, również. Siedzimy i patrzymy w taki sam sposób tamtym w oczy. Cisza. Czy rozumiecie, że między Europą naszą a waszą nie ma różnicy? Że te same siły, które rozsadziły naszą Europę, rozsadzają dziś waszą? Że wasza wspólnota umiera? Umiera, bo toczą ją te same choroby, rozsadzają te same procesy i siły? – zdają się mówić ich nieruchome oczy. A może to tylko głosy w mojej głowie? Lekcja Fedry jest wyjątkowo jasna i precyzyjna. Uratujemy się tylko wtedy, gdy wreszcie przyznamy się do swoich podłości, wyznamy swoje winy i zaczniemy naprawiać krzywdy, które wyrządziliśmy innym. Francuzi Prousta tego nie zrobili. Nie zdążyli, a może nie byli gotowi? Nieważne. Są już historią. A czy my, Polacy, Europejczycy anno domini 2015 jesteśmy na to gotowi? Czy zdążymy?

Przedstawienie Warlikowskiego, oglądane z perspektywy finału, staje się więc podróżą przez świat Prousta. Czy jednak prześledzenie zmierzchu i upadku epoki proustowskich bogów pomoże powstrzymać upadek naszej – będącej o krok od przepaści – kultury? Podróż ta, ze względu na swój teatralny charakter, będzie miała sens tylko wtedy, gdy nie tylko ją odbędziemy, ale i przeżyjemy. Warlikowski, prowadząc nas przez proustowskie Pompeje, proponuje nam zmysłową wycieczkę do naszych własnych „mrocznych ruin”, ukrytych w „narodowej podświadomości”.

W prologu spektaklu medium Maria de Guermantes (ponownie Agata Buzek) zostaje poproszona przez Błażeja de Guermantes (Marek Kalita) o wywołanie ducha. Obsadzenie tej samej osoby w roli medium oraz aktorki ma tu niemałe znaczenie, jako że w ujęciu Warlikowskiego teatr, czy szerzej – sztuka – to wywoływanie duchów. Odbiór takiej sztuki musi się zatem odbywać głównie w kategoriach wiary, a nie rozumu, zaś teatr – w myśl owej definicji – jawić się nam musi jako miejsce, w którym za pomocą różnych tajemnych zabiegów próbujemy zgłębić sferę, która normalnie nie poddaje się naszej racjonalności. Sferę podświadomości, nieświadomości, lęków i marzeń sennych. Maria/Rachela – niczym jej imienniczka w dramacie Wyspiańskiego (cóż za zbieg okoliczności!) – przywołując ducha Dreyfusa, otwiera drzwi do innego, głębszego świata, który – zjawiając nam się z całym dobrodziejstwem inwentarza – zaprasza nas w swoje niepoznane, niezgłębione czeluści, ukryte do tej pory w naszej nieświadomości. Chcąc go zgłębić, musimy odrzucić dyktat rozumu. Musimy – niczym w powieści Prousta – zagłębić się w ciemności i we śnie. Ciemność i sen/śmierć – dwie bramy do świata Prousta/Warlikowskiego. Dowiemy się wszystkiego, gdy je przejdziemy.

Wymowa prologu Francuzów staje się więc klarowna: wyłączamy rozum i uruchamiamy uczucia po to, żeby – prócz wycieczki po proustowskich Pompejach – przeżyć w pełni tę drugą, głębszą i ważniejszą podróż po krainie własnej i zbiorowej nieświadomości. Wchodzimy oto, niczym Robert de Saint Loup, z latarką do ciemnego lasu. Musimy ją wyłączyć, gdyż w naturze sił, które mamy tu zamiar studiować, leży, że przy jasnym świetle nie mogą się objawiać i działać. W ciemności opada nas senność – stan na granicy snu, jawy i śmierci. Tak przygotowani, będziemy wreszcie mogli spotkać swojego przewodnika. Każdy dostanie tego, który jest mu najbliższy duchem, który jest mu zwierciadłem – jedni Dreyfusa (żydowskość) czy barona de Charlus (homoseksualizm), inni Swanna (zazdrość), jeszcze inni Marcela Prousta (homoseksualizm, żydowskość, zazdrość), a będą i tacy, którzy dostaną Krzysztofa Warlikowskiego (?).

Wchodzimy w świat Prousta – i od razu zaskoczenie. Świat ten,  choć w sensie realistycznym, jest prawdziwy i piękny, to przypomina raczej ten z wiersza Josifa Brodskiego Pejzaż z powodzią:

(…) pejzaż, ulepszony przez przez powódź.
Widoczne tylko szczyty drzew, iglice i bryła
kopuły. Skurcz wstrzymuje w gardle każdą wypowiedź
z mnóstwa słów ocalało tylko to jedno: „była” (…)

Z całej potężnej materii proustowskiej powieści oglądamy w spektaklu Warlikowskiego tylko niektóre sceny, motywy, postaci. Żeby ten świat zgłębić, trzeba w nim niejako „zanurkować”. Jego „podwodne” przestrzenie ukazują nam się wtedy w pełnej krasie. Niespieszny, równomierny rytm sennego oddechu jest tego świata głównym motorem. Rytm ten naruszają co jakiś czas performance’e, koncerty, fragmenty sztuk grane przed bohaterami, czy też ich dygresyjne monologi. Za każdym razem wracamy jednak do płynnej, jednostajnej materii przedstawienia, w piękny sposób zwizualizowanej przez projekcje Denisa Guegina.

Te okruchy innych sztuk, tak charakterystyczne dla poetyki teatralnej Warlikowskiego, we Francuzach zyskują funkcję szczególną. Powieść Prousta – podobnie jak teoria Einsteina w fizyce – zrewolucjonizowała w kulturze europejskiej pojęcie czasu. Okazało się, że człowiek żyje w kilku sferach czasu jednocześnie. Każda z nich ma inny rytm i inną funkcję. Dygresje Warlikowskiego są w tym przypadku znakomitym ekwiwalentem scenicznym płaszczyzn czasowych w powieści. W scenie przedstawienia Racheli nakładają się na siebie: czas przedstawienia Racheli, czas widzów Racheli, czas widzów Warlikowskiego; „wewnętrzny” czas kultury i „zewnętrzny” czas natury. Każdy z nich ma inny rytm, tempo i „amplitudę”. A jednocześnie współistnieją i splatają się ze sobą. Dzieło Prousta powstało, właśnie po to, żeby te czasy określić, zgłębić i pokonać. Francuski pisarz wygrał tę walkę, gdyż udało mu się swój czas zamknąć w niezwykłej „gablocie” – arcydziele literatury. Korzysta z tego faktu między innymi Warlikowski oraz my, jego widzowie.

A tak na marginesie, gdyby spojrzeć na spektakl Warlikowskiego z tej samej perspektywy, sprawa się komplikuje. On jako artysta teatru, sztuki ulotnej i nietrwałej, jest na przegranie takiej walki skazany. Bo choć, podobnie jak Proust, zamyka swój czas w „gablocie” zwanej teatrem, to konstrukcja ta prędzej czy później się rozpadnie. I nie zmienią tego nawet najlepsze techniki rejestracji. W swej istocie spektakl ocala swój czas tylko wtedy, gdy jest grany. W takim rozumieniu proustowskiej rewolucji, dramat Krzysztofa Warlikowskiego i jego aktorów, jeszcze mocniej akcentuje kruchość i śmiertelność kolejnych „światów”: naszego świata, świata teatru w ogóle, świata wykreowanych na scenie proustowskich bohaterów, wreszcie świata samego Prousta.

Nieprzypadkowo sceny z salonu de Guermantesów odbywają się w szklanej, jeżdżącej na kółkach gablocie – tam też swe spektakle daje Rachela, tam Marcel przeżywa swoje problemy z Albertyną. W jej wnętrzu – niczym w muzeum – panuje mikroklimat odpowiedni do przechowywania cennych przedmiotów; u Warlikowskiego są to cenne dla niego urywki Prousta. Ten mikroklimat pozwala zazwyczaj wygrywać walkę z czasem, walkę ze śmiercią. W takim ujęciu rola teatru (czy szerzej – sztuki) jako „muzealnej gabloty”, pozwalającej zachować dla przyszłości fragmenty „czasu” danej kultury czy „ducha epoki” – jawi się jako rola nadrzędna, mimo całej swej wewnętrznej sprzeczności i dramatyzmu. Gablota pozwala też rzecz dokładnie z każdej strony obejrzeć. Marcel, Swann, Warlikowski, a za nimi i my mamy okazję w tej podróży dokładnie przyjrzeć się różnym warstwom i płaszczyznom czasoprzestrzeni kulturowej. W warstwie realistycznej przyglądamy się ruinom proustowskiej Pompei, a w warstwie właściwej spektaklu – tej podskórnej, sennej, nieświadomej – symbolom, asocjacjom, zjawiskom i siłom, których destrukcyjnego działania te francuskie Pompeje są tylko widzialnym znakiem. Do tej właśnie drugiej, właściwej warstwy spektaklu, potrzebna jest ciemność i odrzucenie rozumu jako narzędzia poznawania tego świata, bo – powtórzę za Błażejem de Guermantes:

W naturze sił, które mamy tu zamiar studiować, leży, że przy jasnym świetle nie mogą się objawiać i działać. 

Na końcu tej drogi przez kulturowe światy, symbole, języki, czasy i warstwy znajduje się jedno słowo – „prawda”. Prawda własna, prawda Polaków – w odniesieniu do prawdy Francuzów. Medium Maria de Guermantes w ostatnich słowach prologu wykrzyczy: Pragnę życia! Pragnę miłości! Pragnę życia! Pragnę prawdy! Prawdy! W finale, jako Fedra – to życie, tę miłość, tę prawdę z siebie wyrzuci, zmuszona do tego brutalnie przez „obcego”. Swoją prawdę odnajdą też jej widzowie. A my, widzowie Warlikowskiego? Czy odnajdujemy swoją prawdę? Jako jednostki i jako społeczeństwo? „Obcy” już stoją u bram. Czy zmuszą nas do tego? A może już zmusili? Internetowe komentarze pod tekstami o uchodźcach mogą nam dodatkowo pomóc w znalezieniu odpowiedzi na to pytanie.

Rzemiosło teatralne zachwyca. Wizualizacje Denisa Guegina podkreślają oniryczny charakter świata przedstawionego, wykreowanego przez wyjątkowej urody scenografię Małgorzaty Szczęśniak i światło Felice Ross. Zachwyca „przelewanie” się jednej sceny w drugą. Warlikowski jest mistrzem teatralnego oszustwa. Gdy następuje jakaś kiczowata scena – performance czy dziki taniec, a na twarzy widza pojawia się grymas zniesmaczenia, okazuje się, że to teatr w teatrze, że kicz ten zaraz zostaje wzięty w nawias. Kolejny wirtuozerski pomysł Warlikowskiego to położenie akcentu na wzajemne obserwowanie wszystkich przez wszystkich. Marcel, narrator, obserwuje Swanna i innych swoich bohaterów, którzy jednocześnie obserwują jego samego. Dzięki takiemu zabiegowi reżyser uzyskuje ciągłe napięcie między bohaterami spektaklu, co pozwala mu wzmocnić gęstą i duszną atmosferę proustowskiego świata. Aktorstwo jest nierówne. Zadziwiającą kreację stworzyła Magdalena Cielecka. Jej Oriana, piękna niczym Catherine Deneuve w Piękności dnia Buñuela, rozsiewa niezwykłą aurę. Oszczędność ruchu, gestu, klasa wynikająca z umiaru, a nade wszystko – aksamitność frazy sprawia, że czeka się na każde jej pojawienie, na każdy krok. Na uwagę zasługują też: Swann Mariusza Bonaszewskiego, Rachela/Maria Agaty Buzek, Sydonia Verdurin Małgorzaty Hajewskiej Krzysztofik czy proustowski Dorian Grey – kompozytor Morel Piotra Polak. Nie byłem za to w stanie uwierzyć w żadne słowo Bartoszowi Gelnerowi (Marcel/Narrator), ale po kilku scenach przyjąłem, że to licencia poetica tej roli.

Na koniec łyżka dziegciu. Czemu – skoro reżyser taki wspaniały, aktorzy z najwyższej półki, świetna i przemyślana koncepcja teatralna, a przy tym ważne rzeczy do powiedzenia – przedstawienie nie zachwyca? Miejscami wprost irytuje. Przyczyn jest kilka.

Po pierwsze, status Krzysztofa Warlikowskiego w roli outsidera i rewolucjonisty wydaje się dwuznaczny. Ten wspaniały artysta należy obecnie do elity – nota bene tej samej, którą obarcza odpowiedzialnością za upadek naszej współczesnej kultury i cywilizacji. I choć próbuje donośnym głosem nas przed tym upadkiem ostrzec, to jego diagnozy – stawiane z pozycji, „kogoś z zewnątrz”, brzmią z gruntu niewiarygodnie. Nieco nadmierny dramatyzm tego wołania, odrobinę za daleko posunięta autokreacja, mogą powodować oskarżenia, że postawa Warlikowskiego to poza. A sam artysta stracił kontakt z rzeczywistością.

Po drugie, Warlikowski jest w swoich diagnozach totalnie niekomunikatywny dla tak zwanego szerokiego odbiorcy, a przecież rewolucję, którą głosi, można zrobić tylko „porywając masy”. Gdy wyszedłem z przedstawienia, mówiąc szczerze, nie wiedziałem, o czym ono jest – miałem świadomość, że jest za długie (tak, jak ten tekst), że jest hermetyczne, bełkotliwe, kompletnie niezrozumiałe, że ktoś, kto nie przeczytał Prousta, nie ma co robić na widowni. Pamiętałem tylko kilka scen, luźnych epizodów, parę detali. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Poczytałem Prousta, o Prouście, zacząłem sobie powoli odtwarzać sceny, fragmenty, zastanawiać się po co to, po co tamto i po dwóch tygodniach przedstawienie zaczęło wyłaniać się z niebytu. I stało się kanwą tego tekstu. Moje pytania są następujące: ilu widzów zada sobie taki trud? Czy hermetyczne przedstawienie, oparte na gigantycznym cyklu powieściowym, znanym zapewne niewielu odbiorcom – może wstrząsnąć widzem, pobudzić go nie tylko do myślenia, ale i do zmiany w myśleniu? A jeśli mylnie postawiłem tezę, co do artystycznego celu teatru Warlikowskiego, to uczciwie pytam, jaki ten cel jest?

Po trzecie, mam nieodparte wrażenie, że Krzysztof Warlikowski rozmija się ze swoimi widzami. Nie wiem, czy ten wybitny artysta teatru wie, że stał się teatralnym celebrytą, wartością samą w sobie, nieważne, co mówi i myśli („kto by tam słuchał”). Czy wie, że człowiek aspirujący dziś w Warszawie do jakiegokolwiek poziomu MUSI się wybrać na jego spektakl, najlepiej na premierę, bo to oznacza, że już „doaspirował”? (oczywiście w trakcie spektaklu, robiąc sobie selfie i „przewracając oczami”, będzie wzdychał, że trzeba termos i kanapki, bo „takie długie”). Czy Warlikowski i jego artyści wiedzą, że w ostatnich dniach doszliśmy do ściany – lotem błyskawicy internet obiegła wieść, że jakaś młoda „znawczyni mody” radzi „jak się ubrać na spektakl Warlikowskiego”. Nie – co przeczytać, jak się przygotować do odbioru – lecz: jak się ubrać… Bo wizyta w ATM to dziś przede wszystkim towarzyskie wydarzenie. Mam niestety przeczucie, że wyłącznie. Oceniając rzecz pod kątem widowni można powiedzieć, iż teatr Krzysztofa Warlikowskiego stał się dziś teatrem mieszczańskim. Na jego widowni przeważnie zasiada bogata i aspirująca klasa średnia. Nie zdziwiłbym się, gdyby już każde przedstawienie Warlikowskiego miało owację na stojąco. Co nie jest dobrym znakiem dla sztuki, co najwyżej dla jej próżności.

Te wszystkie wątpliwości nie zmieniają faktu, że Krzysztof Warlikowski robi wielki teatr. Szkoda tylko, że ważne przesłanie jego sztuki jest coraz częściej zagłuszane przez „celebrytolubnych” klakierów. Nie pomaga też, niestety, hermetyczny język jego teatru i wyrafinowany sposób komunikacji. Widzów będę jednak zawsze zachęcał do oglądania tego teatru i zadania sobie wysiłku jego zgłębienia. To, że czasem nie możemy go zrozumieć, nie znaczy, że on nas wewnętrznie nie zmienia.

Ps. Zapraszam Państwa do polubienia mojej strony na Facebook-u:

https://www.facebook.com/domagalasiekultury