Makbet gra w szachy – o spektaklu Agaty Dudy-Gracz we wrocławskim Capitolu (DOMAGALAsieDIALOGU cz.III)

zdj. Greg Noo-Wak.

zdj. Greg Noo-Wak.

Pomysł Agaty Dudy-Gracz na „Makbeta” wydaje się tyleż prosty, co znakomity. Makbet jest uwięziony. On jeden ma w spektaklu własne, podpisane miejsce, z którego nie może się ruszyć. Jest ubezwłasnowolnionym królem w jakichś upiornych, skąpanych we krwi szachach, które rozgrywają się wokół niego. On jeden pozostaje – fizycznie i metaforycznie – czysty. To inni wyrzynają się pod pretekstem jego obrony, zgodnie bowiem z zasadą szachów, śmierć króla będzie oznaczać dla nich koniec gry. Sam Makbet jest sparaliżowany strachem, bezwolny, zamknięty w sobie. Jego więzieniem jest przepowiednia. By się spełniła, wystarczy w nią uwierzyć, nie trzeba już nic robić. Mądrość i bezczelność tego Makbeta polega właśnie na jego bierności. To rodzaj bluźnierstwa wobec bogów. Edyp, działając, w przewrotny sposób pomagał wypełnić się Losowi. Makbet czeka, nie robiąc nic. Jak się okazuje, z perspektywy wieczności nie ma to znaczenia: przepowiednia tak czy inaczej się realizuje. Makbet jest przerażony, ma bowiem dowód, że tron królewski to tylko jedna z figur na polu szachowym historii, co gorsza – figura śmiertelna. Koronacja jawi się zatem jako początek okrutnej gry, której jedynym celem jest zabicie króla. Zdaje się to rozumieć Duncan, wręczający Makbetowi nóż dla królobójcy, zdaje się to również rozumieć Malcolm, następca Makbeta. Każdy z nich pojmuje to na innym etapie życia. Każdy z nich za późno. W tym tkwi ich tragedia, sprowadzająca się do świadomości, że władza to droga ku śmierci, bez odwrotu.

Agata Duda-Gracz podchodzi do Makbeta po swojemu, dopowiada wątki, które w tragedii Szekspira są ledwie zarysowane, dopisuje nowe. Przykładem konstrukcja postaci króla Duncana, który w większości szekspirowskich inscenizacji jest (nie wiedzieć czemu) dobrym człowiekiem i królem. We wrocławskim spektaklu Duncan to tyran, chętnie w brutalny sposób korzystający ze swej władzy w stosunku do kobiet. Nie zmienia to wprawdzie kwalifikacji moralnej morderstwa dokonanego na nim przez Makbeta, aczkolwiek wprowadza nutę niejednoznaczności do naszej oceny.

Makbet Dudy Gracz, podobnie zresztą jak inne jej spektakle, ma w sobie coś z filmów Wojciecha Smarzowskiego. Każda postać utaplana jest w błocie i krwi, każdą zżera niewyobrażalne cierpienie, każda chce dobrze, choć prawie zawsze wychodzi na odwrót. Smarzowski pozostawia nas z diagnozą (dla mnie to jednak za mało), tymczasem Duda-Gracz dotąd gwałciła nasze pozbawione empatii, pławiące się w strefie komfortu ego, zmuszając nas do gwałtownego przeżycia, które miało obnażyć iluzoryczność naszego bezpieczeństwa w świecie (przypomnę choćby wybitny „Kumernis” z Gdyni, czy świetną opolską „Śmierć”). W „Makbecie” tak się jednak nie dzieje. Dostajemy obraz świata, który wprawdzie zachwyca intelektualną i teatralną konstrukcją, poraża wizualną i artystyczną urodą, ale jednocześnie buduje dystans, szklaną ścianę, która wprawdzie pozwala delektować się pięknem, lecz nie pozwala go przeżywać.

W przypadku wrocławskiego „Makbeta” przyczyn jest kilka. Najważniejsze jednak są dwie. Po pierwsze – widoczne w poprzednich przedstawieniach reżyserki pragnienie nadania ważności każdemu elementowi spektaklu, sprowadzające się w praktyce do szkodliwego baroku wątków, postaci i scen. Po drugie – nadmierna teatralna celebra każdego elementu spektaklu, połączona z nieznośną metaforyzacją wszystkiego. W rezultacie otrzymaliśmy rzadkiej urody ołtarz, który – gdy mu się przypatrzeć bliżej – nie budzi w nas większych emocji.

Przykładem przyczyny „pierwszego rodzaju” jest rama spektaklu. U Szekspira ramą są wiedźmy, które wprawiają świat dramatu w ruch. Są one jednocześnie Parkami, tkającymi ludzki los oraz Eryniami, boginiami zemsty. Jakby ich nie interpretować, należą do świata, „o którym nie śniło się naszym filozofom”. Agata Duda – Gracz dokłada Szekspirowi w tej dziedzinie jeszcze dwa elementy: boginię, magii i ciemności Hekate, w absolutnie zjawiskowej kreacji Emose Uhunmwangho oraz Lulacha, syna Lady Makbet z pierwszego małżeństwa. Każde z nich za pomocą sztuki (w tym przypadku – pieśni) staje się łącznikiem między nami a tym, co poza granicami poznania. Niestety, w konstrukcji spektaklu to jednak za dużo. Lulach właściwie jest tu zbędny, ponieważ jego funkcję w całości przejmuje Hekate. Nadaje on wprawdzie tragiczny rys postaci Lady Makbet oraz reprezentuje być może reżyserkę czy innych twórców, ale psuje coś ważniejszego – fałszuje czysty ton (niezwykła muzyka Mai Kleszcz), którym posługuje się w spektaklu Kosmos, uosobiony w postaciach Wiedźm i Hekate.

Dużo poważniejsze konsekwencje ma nieznośna metaforyzacja teatralnej rzeczywistości, dokonująca się głównie za pomocą zakochanej w sobie choreografii Tomasza Wesołowskiego. Przykładem scena zabójstwa Banka, w której siepacze Makbeta, zamiast brutalnie, hiperrealistycznie wraz z całą rodziną go zarżnąć – tym bardziej, że towarzyszy temu przejmująca muzyka Mai Kleszcz, która w zetknięciu z brutalnością realizmu u większości widzów wywołałaby wstrząs – zaczynają kilkuminutowy balet, w stylu nieudanych spektakli Gardzienic. Panowie pląsają, a nam wywracają się flaki. Brak tu elementarnej prawdy. A wystarczyło pójść w kierunku sceny śmierci Lady Makduf i jej syna (przejmujące role Justyny Szafran i Klaudii Waszak), która – dzięki zderzeniu ludzkiej prawdy aktorek, brutalności świata przyniesionego przez oprawców oraz boskiego komentarza w postaci muzyki – przyniosła pełne katharsis. Kolejną nieznośną sceną jest rozmowa homoseksualnego Malcolma z Makdufem. Ileż tam złej gry, ileż udawania, ileż niepotrzebnej, koszmarnej choreografii. Malcolm jest zniewieściały, do tego tę swoją zniewieściałość akcentuje każdym gestem, słowem, modulacją głosu, no i oczywiście musi wziąć Makdufa do… tańca. Tu znów choreograf się zapomniał i wyszło niesmacznie. W ogóle wątek homoseksualny to największa klęska Agaty Dudy-Gracz w tym przedstawieniu. Jest kompletnie niewiarygodny. Malcolm jest homoseksualny – w porządku, ale najważniejsze, jest to, że jest potworem, który korzystając ze swojej władzy zaspokaja swoje odrażające – bo niepohamowane – żądze. Nie wróży to najlepiej jego panowaniu, jako następcy Makbeta. Artur Caturian gra jednak nie potwora, lecz zwykłą „ciotę”, wykorzystując wszystkie obiegowe stereotypy na temat homoseksualistów. A wystarczyłoby zagrać „męskiego” potwora, który od czasu do czasu patrzy mężczyznom w oczy i wolno kładzie im rękę tam, gdzie zazwyczaj kładą ją sobie wyłącznie sami. Ten wątek wymaga gruntownego przemyślenia – no, chyba że największym zagrożeniem panowania Malcolma miałaby być jego nieokiełznana seksualność, ale wtedy niebezpiecznie zbliżamy się do farsy.

Muzyka Mai Kleszcz i Wojciecha Krzaka oraz songi w interpretacji Emose Uhunmwangho to czysta poezja, podobnie zresztą jak scenografia i kostiumy Agaty Dudy-Gracz oraz zjawiskowe światło Katarzyny Łuszczyk. Z tej perspektywy „Makbet” w Capitolu to zachwycająca urodą feeria obrazów, których nie powstydziłby się petersburski Ermitaż.

Aktorsko na plan pierwszy wybija się Cezary Studniak w roli Makbeta. Prowadzi rolę w pełnym skupieniu, niezwykle precyzyjnie przeprowadza strumień świadomości bohatera, zamkniętego w braku działania. Nie robi prawie nic, a wszystko wiadomo i wzroku oderwać nie można. Magdalena Kumorek jako Lady Makbet dobrze zaczyna. Potem jakoś gaśnie; choć nie jako postać, bo ostatni monolog to arcydzieło słowa i emocji. Aktorka nie ma kontaktu z Lulachem, albo ja kompletnie go nie zauważyłem. Nie robi to dobrze ani postaci Lady Makbet, ani Lulachowi. Cały wątek jest fałszywy. Problemem jest też suknia królowej. Od początku jest cała we krwi, jak zresztą wszystkie kostiumy postaci w spektaklu (poza tytułowym bohaterem). Gdy w finale, zgodnie z oryginałem Szekspira, Lady Makbet zaczyna przeszkadzać krew, mój sceptyczny, racjonalny umysł od razu się zastanawia, dlaczego wcześniej nie chciała wyprać sukni. Czyżby – żyjąc dotąd w krwawym, brutalnym świecie – potrzebowała własnoręcznie dokonać zbrodni, by przejrzeć na oczy? Mnie to nie przekonuje. Znakomite epizody, jak już wspominałem, zagrały Justyna Szafran oraz Klaudia Waszak w rolach Lady Makduf i jej syna. Aktorki swoimi kreacjami dowodzą, że z pobocznych ról można stworzyć naprawdę wybitne kreacje. Pozostałym aktorom polecam ten fakt – i obie te wielkie role – pod rozwagę.

Spektakl w Capitolu to dobry teatr, ale gdy się całkiem niedawno widziało inne, bez wątpienia wybitne przedstawienia tej reżyserki, to określenie „dobry teatr” nie brzmi już tak dumnie.

 

Wybudujemy wieżę, wierzę, wierzę, wierzę – o spektaklu „Będzie pani zadowolona czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk” w reż. Agaty Dudy-Gracz w Teatrze Nowym w Poznaniu.

zdj. Greg Noo-Wak

zdj. Greg Noo-Wak

Centralną postacią spektaklu Agaty Dudy-Gracz „Będzie pani zadowolona czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk” jest Widząca, zwana Czarcią Pizdą (Anna Mierzwa). Choć formalnie ślepa, widzi wszystko; choć kojarzy się z szatanem, reprezentuje Boga; choć uważana za uosobienie pogaństwa i zabobonu – ona jedna we wsi jest bezsprzecznie święta. Spektakl Agaty-Dudy Gracz staje się jej opowieścią, a sama Widząca – demiurgiem, który swoją wolą powołuje na scenie opowieść, nie licząc się z czasem. Raz przywołuje przeszłość (Przedwojnie), raz przyszłość (Rozprawa sądowa w sprawie tragedii na weselu we wsi Kamyk), żeby zaraz potem powrócić do teraźniejszości, którą musi opowiadać wciąż od nowa, bo odwieczny, kosmiczny porządek został zakłócony. Wesele wprawdzie było huczne, ale zakończyło się tragicznie, nie ma więc komu żyć dalej, nie ma bohaterów. Zostaje zatem opowiadać w kółko, co wieczór, ku przestrodze. Widząca ma moc przenikania światów, obcuje zarówno z żywymi, jak i z umarłymi, potrafi też wyczarować miłość czy nienawiść. Jednego jednak nie umie – pokonać śmierci. Choć może nie do końca – następnego wieczoru, dzięki naturze teatru powróci znowu, żeby raz jeszcze wyczarować dla nas swoją opowieść, złożyć nam się w ofierze i umrzeć, a wszystko po to, by móc w nas zakiełkować i plon osiągnąć stokrotny. Taka jej natura, taka natura teatru i sztuki w ogóle. Misteryjna i metafizyczna.

Oczami ślepej Widzącej jest serce, a językiem – emocje. Przemawia do nas przez muzykę, śpiew, wiatr, światło, kolory oraz ruch sceniczny. Widząca jest Prosperem i Arielem jednocześnie: z jednej strony włada czasem, przestrzenią i opowieścią, z drugiej –  całą „teatralną machiną ”. Zresztą nawiązań do szekspirowskich tragedii jest tu mnóstwo. Odnajdziemy i ducha Banka, przechadzającego się w czasie bankietu, i Tytanię z Oberonem, i kobiecą wersję Shylocka, domagającego się sprawiedliwości, warianty Ofelii czy Lady Makbet.

A wszystko po to, by – poprzez historię matki, która w prezencie ślubnym dla swej córki domaga się zemsty na zabójcach syna – pokazać, jak wielkie grozi nam niebezpieczeństwo, ostrzec nas przed katastrofą, którą zresztą sami na siebie powoli ściągamy. My, widzowie, ludzie, Polacy – bo wypowiedź Dudy-Gracz, choć ukryta za sztafażem wiejskiego wesela (co już samo w sobie przywołuje polityczne skojarzenia) jest wypowiedzią niezwykle silnie zaangażowaną. Tą katastrofą będzie tragedia, która wyrośnie na naszej wzajemnej nienawiści, żądzy rozliczeń i zemście za krzywdę, będącą wynikiem pochopnej oceny. Nie ma to zresztą znaczenia, spirala zła już się rozkręciła, zemsta goni krzywdę, która odpowiada odwetem. I tak do końca, do śmierci niemal wszystkich bohaterów.

W ostatniej scenie spektaklu Widząca kolejny raz przenosi nas w przyszłość – ojciec pana młodego, Idzik zwany Kuśką, kolejny raz stoi przed nami niczym przed sądem i składa zeznania w sprawie tragedii. Straszna przyszłość na naszych oczach stała się właśnie teraźniejszością. Scena zasłana trupami. Chcieliście sprawiedliwości? No to ją macie. Będzie pani zadowolona! W ostatniej kwestii spektaklu Idzik powtarza filozoficznie „sprawiedliwość, sprawiedliwość”. Pani w pierwszym, trzecim, szóstym rzędzie bije brawo. Jest zachwycona…

Mnie w tej historii najbardziej podobał się wątek relacji władzy ze sztuką. Przewodzący gromadzie Ładyś, zwany Cysarzem, dzięki Widzącej odzyskuje zdrowie i pozycję w gromadzie. Będzie odtąd żył z nią w platonicznej symbiozie. Zapewni mu ona „rząd dusz” i narzędzia do sprawowania nad nim władzy. Ich relacja będzie wprost sielankowa, aż do wesela, na którym Cysarz, zawiedziony jej niemocą wobec śmierci, straci wiarę w jej moc sprawczą. Odrzuci pomoc Widzącej i oprze się na tym, co mu najbliższe: na przemocy. I choć Widząca w końcu pokona śmierć i dzięki swej ofierze przywróci porządek świata, nie będzie to już miało znaczenia. Obrzęd to za mało, by przeżyć katharsis i oczyścić świat. Potrzebna będzie prawdziwa tragedia. Na szczęście dla nas – widzów, Polaków – odbędzie się ona w teatrze Dudy-Gracz, ale mechanizm, który nią rządzi, jest przecież w świecie poza sceną taki sam. Pytanie, jakiego katharsis potrzebujemy. Czy to teatralne naprawdę nam nie wystarczy?

Spektakl zrobiony jest w realistyczno-symbolicznej konwencji jasełkowej, oparty głównie na rzeczywistości wesela, przeplatanej retrospekcjami i scenami z przyszłości. Jasełkowość spektaklu nie jest tu zarzutem, nie polega bowiem na tym, że postaci zjawiają się na scenie i odgrywają swoje role, pełniąc jedynie funkcję fabularną. Każda z nich wnosi na scenę własną, jednostkową opowieść, dopełniając zarówno narrację, jak i emocjonalny pejzaż świata przedstawionego. Tym bardziej, że historie te kontrapunktowane są przez teatralną maszynerię Widzącej. Zarzutem mogłaby tu być jedynie przewidywalna powtarzalność niektórych rozwiązań (np. wciąż ten sam teatralny anturaż „komentarzy” Widzącej), ale nie czepiam się, bo skoro sceny te silnie działają na emocje, błędem byłoby szukanie formalnej różnorodności.

Aktorzy są znakomici, wszyscy bez wyjątku, z Anną Mierzwą jako Widzącą na czele. Moje serce skradł jednak – podobnie jak wszystkim – Szymon Mysłakowski w roli Pierdzimordy oraz znakomita, poruszająca Gabriela Frycz w roli Pani Dziuchy. To mała rólka, ale nigdy jej nie zapomnę. Prostota, skupienie i szczerość aktorki sprawiały, że wypowiadane przez nią słowa ciążyły niczym kamienie, poruszając do głębi i przynosząc wzruszenie. Bardzo piękna była też dla mnie scena chodzenia Wusi (Marta Szumieł) po niebie oraz cały wątek miłości Zuni (Karolina Głąb) i Siutka (Łukasz Schmidt). Nie sposób nie docenić też choreografii Tomasza Wesołowskiego, muzyki Jakuba Ostaszewskiego oraz świateł Katarzyny Łuszczyk, której mała stokrotka należy się za „fioletowy zawrót głowy”.

Agata Duda-Gracz to teatralna artystka totalna. Pisze sobie dobre teksty, projektuje scenografię, kostiumy, znakomicie reżyseruje. Robi to – przynajmniej ostatnio – według pewnego schematu. Zespół aktorski jej spektakli – niczym w ”Weselu” Wyspiańskiego – tworzy bohatera zbiorowego, który staje się naszym  lustrzanym odbiciem. Ten bohater, za pomocą alchemii teatru, odwołującego się do ludowo-sakralnych korzeni społeczeństwa, swoimi działaniami generuje silne emocje, które natychmiast przekładają się na widownię. Dzieje się to za pomocą sprawdzonego, autorskiego mechanizmu reżyserki – brutalna, pełna cierpienia i poniżenia opowieść zostaje poddana sakralizacji i wpisana w mitologiczny porządek. Na styku tych narracji rodzi się napięcie, prowadzące do wstrząsu, który uruchamia w aktorach, a następnie w widzach pokłady silnych emocji, pozwalających na prawdziwe teatralne oczyszczenie. Nie byłoby to możliwe bez pełnego oddania i poświęcenia aktorów, którzy dzięki swej stuprocentowej scenicznej obecności tworzą w każdej roli aktorskie kreacje. Agata Duda-Gracz przypomina mi trochę rosyjskiego mistrza teatru, Nikołaja Koladę – zbiorowy bohater, ludowość na granicy kiczu, sakralizacja i mitologizacja brutalnej rzeczywistości, kontrapunkty w postaci dyskretnej, franciszkańskiej z ducha metafizyki. (Oczywiście nie ma tu mowy o żadnym plagiacie, ot, po prostu podobne wybory artystyczne).

Nie ma wątpliwości, że w pamiętnym spektaklu „Kumernis” Teatru Muzycznego w Gdyni reżyserka osiągnęła pełnię swojego autorskiego teatru. Poznańskie „Wesele” przyniosło jednak pierwsze oznaki pewnej stylistycznej zadyszki. Kolejny z rzędu spektakl w tej samej formie ukazał lekką erozję ulubionych inscenizacyjnych rozwiązań. Na przykład zbytnią celebrację wątku każdej bez wyjątku postaci czy łatwą już do odczytania dla widza strukturę całości. Widać też, że Agata Duda- Gracz – nieograniczona w swojej wolności twórczej – chciałaby zbudować ze swojego teatru swoistą Wieżę Babel, włączając do kolejnych spektakli coraz więcej pomysłów i celebrując coraz bardziej każdy z nich. Musi jednak uważać, bo skończy się jak w Biblii – pomieszaniem języków. Co do poznańskiego „Wesela” – sugerowałbym skróty, w teatrze od zawsze była hierarchia – najważniejsza jest opowieść i jej komunikatywność, a dopiero potem satysfakcja wszystkich twórców z równo podzielonych zadań. Jest jeszcze ostrzeżenie Petera Brooka: „jeśli reżyser ma styl, to znaczy, że się skończył”. Agata Duda-Gracz ma na razie swój język, ale musi uważać, żeby ów język nie uległ nadmiernej komplikacji i nie stał się manierą. Byłaby to wielka szkoda dla teatru i oczywiście dla nas, widzów.

Ze śmiercią jej do twarzy – o opolskim spektaklu Agaty Dudy-Gracz „Śmierć przyjeżdża w środę”

Śmierć-przyjeżdża-w-środę-fot.-Grzegorz-Gajos-76                                                                           

                                                                                                        KOBIETA Z ZAPAŁKAMI                                                                                       „Boję się śmierci” powiedział Czerwony Kapturek, kiedy spotkał Wilka.

                                                                                                         CUKROWY CHŁOPIEC                                                                        Od dawna nie słucham już twoich opowieści. A ponieważ ich nie słucham, nie robią na mnie wrażenia.

                                                                                                        KOBIETA Z ZAPAŁKAMI                                                                                                  „A gdybym to ja był śmiercią? – zapytał Wilk – Mnie też byś się bała?”

Gdy pewnej styczniowej środy znalazłem się w Teatrze Lalki i Aktora w Opolu na przedstawieniu Agaty Dudy-Gracz „Śmierć przyjeżdża w środę”, pomyślałem, że trafiłem na drugą część jej „Kumernisu” z Gdyni. Ten sam zapach kadzidła, rytualny ludowy śpiew, postaci chodzące po widowni i zaczepiające widzów, wreszcie ucharakteryzowana na czarno, wspaniała aktorka Renia Gosławska, tym razem dźwigająca na plecach wielkie czarne skrzydła. Nie trwało to jednak długo. Po chwili zostajemy uformowani w procesję pogrzebową i – towarzysząc ciałom dwóch martwych młodzieńców – opuszczamy Teatr Lalki i Aktora, kierując się ku Teatrowi im. J.Kochanowskiego, gdzie odbyć się ma właściwy spektakl. Zabieg ten zdaje się nam jasno komunikować: to będzie inny teatr. Chociaż aktorzy ci sami, historia ta sama, styl ten sam, ale teatr – inny. Następuje zmiana wymagająca wysiłku, przejścia, pokonania jakiejś drogi. Staje się też jasne, że powtórki z „Kumernisu” nie będzie. I choć reżyserka korzysta ze swojego ulubionego zestawu teatralnych chwytów i zabiegów, widz zostaje zabrany w zupełnie inną podróż.

Główną bohaterką opolskiego spektaklu jest Kobieta z Zapałkami – nieszczęśliwa, uwikłana w romans z żonatym mężczyzną bibliotekarka, która spędziła życie na czytaniu cudzych opowieści, a teraz sama zaczyna opowiadać historie, bo tylko w nich może wyrazić siebie. To dlatego spektakl w drugim teatrze, Teatrze im. J.Kochanowskiego, zaczyna się jej słowami: „Dajcie mi świat jeszcze raz”. Bohaterka musi tak powiedzieć, gdyż właśnie odprowadziliśmy w ostatnią drogę poprzednią opowieść… a może to było czyjeś życie? Wszak śmierć przyjeżdża w środę. Teraz – dzięki magii i rytuałowi teatru – to nieznane dotąd, milczące życie przeistoczy się w słowa i zostanie przywrócone światu w postaci scenicznej historii.

Spektakl ma charakter szkatułkowy: my, widzowie, podglądamy rozwój relacji Kobiety z Zapałkami z Cukrowym Chłopcem oraz „podsłuchujemy” opowiadane mu historie. Ich bohaterami są znane wszystkim postaci z bajek, obsadzone tu jednak w nowych rolach i „dorosłych” kontekstach: opresji, zdrady, samotności, strachu przed śmiercią, a także poszukiwania miłości lub boga. Cukrowy Chłopiec nie ma jednak ochoty słuchać, lecz uparcie domaga się… drzwi. Czy oznacza to, że pragnie znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji? A może raczej wejście – do jej świata, serca, albo do własnego życia, do siebie? Kobieta musi go w końcu zostawić, aby mógł – jak każdy z nas – samodzielnie znaleźć swoją drogę. Na końcu przecież i tak wychodzimy z życia własnymi „drzwiami”.

Wśród wielu historii, opowiedzianych przez Kobietę z Zapałkami, szczególnie przejmująca jest ta finałowa – o Śmierci. „Śmierć nie zawsze była śmiercią, kiedyś była młodą dziewczyną…” zaczyna się ta opowieść, sprawiając, że nagle to, co dotąd obce i budzące przerażenie, staje się ludzkie, bliskie, oswojone. Jeśli teatr sprawia, że potrafimy wspólnie zapłakać nad Śmiercią i jej losem, to zyskuje przez to choć na chwilę magiczną zdolność uśmierzania naszych lęków i bólu samotności.

Śledząc uważnie rozmowy między Kobietą z Zapałkami a jej ukochanym, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że Agata Duda-Gracz zrobiła spektakl o sobie. Wszak ona, jako artystka teatru, kochająca teatr głęboko i szczerze, również opowiada historie swemu widzowi, który gdzieś tam ma żonę i dzieci, a mimo to ciągle do teatru wraca. Niewiele z tego rozumie, nawet nie do końca słucha jej reżyserskich wynurzeń, a jednak wciąż wraca, wciąż pragnie jakichś „drzwi”, chce znaleźć wyjście lub wejście, choć sam nie wie do czego i dlaczego. Czy śmierć i jej przejmujące losy pozwolą mu się w tym teatrze odnaleźć? O to już muszą Państwo zapytać się sami. Oczywiście postać Cukrowego Chłopca/widza to tylko umowny obraz, który powstał w głowie reżyserki/Kobiety z Zapałkami. Nie zmienia to jednak faktu, że tak dwuznaczna konstrukcja głównego wątku daje solidne podstawy do spojrzenia na przedstawienie Dudy-Gracz jako na spektakl autobiograficzny. Jeśli tak, to trzeba przyznać, że reżyserce udała się rzadka sztuka – stworzyć uczciwy, intymny i głęboki teatr, nie popadając przy tym w ekshibicjonizm z jednej strony, a w pretensjonalność z drugiej. Nie tylko zresztą stworzyć, ale zaprosić do niego widza i zmusić go do szczerej uczciwej rozmowy o sprawach ostatecznych.

Pod względem teatralnym nie jest to już tak perfekcyjnie zrobiony spektakl jak „Kumernis”. Zbyt statyczna i przegadana wydaje się scena urodzin Pająka. W ogóle początek spektaklu jest trochę chaotyczny i rozedrgany. Musi on być poprowadzony z żelazną konsekwencją i precyzją, gdyż widz po procesji jest mało skupiony i lekko „rozdygotany”. Za twarz tak naprawdę łapie go dopiero scena z Małą Syrenką. Później jest już tylko lepiej. Aktorzy grają swoje postaci wyśmienicie, choć trzeba wyróżnić tu przede wszystkim znakomitą Grażynę Misiorowską (Kobieta z Zapałkami), wspomnianą już Renię Gosławską (Śmierć) oraz Ewę Wyszomirską (Czerwony Kapturek). Napięte ciało, milczenie, beznamiętny, zrezygnowany głos, kilka gestów Misiorowskiej z papierosem przekształcają ciekawy, wielopoziomowy spektakl w przejmujące studium samotności i lęku przed śmiercią. Wokaliza Śmierci na melodię „Ne me quitte pas” Jacquesa Brela rozmiękczyłaby kamień, natomiast bezkompromisowość, brutalna szczerość i odwaga Kapturka na szpitalnym łóżku niejednemu choremu przywróciłaby godność, jeśli nie wiarę w życie. Trzeba też docenić niebieską scenografię i kostiumy Dudy-Gracz oraz dopełniające tę bardzo plastyczną przestrzeń spektaklu światło Katarzyny Łuszczyk.

Kumernis” dotknął mnie do żywego, „Śmierć…” nie do końca. Paradoksalnie jednak, gdybym miał dokonać wyboru – wybrałbym „Śmierć…”. Mimo że ułomna i mniej spektakularna, wydaje mi się głębsza i uczciwsza. Może to zasługa Agaty Dudy-Gracz, która mimo wątpliwości postanowiła się przed nami, widzami, otworzyć i powiedzieć nam, że – choć odniosła sukces jako artystka – jako człowiek wciąż jest samotna, pełna lęku i wątpliwości, jak zresztą każdy z nas? Ten spektakl upewnił mnie, że jej wierzę. W końcu „od dawna słucham jej opowieści, a ponieważ ich słucham, robią na mnie wrażenie”.

DOMAGALAsieBOSKIEJKOMEDII – oficjalny blog Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia. Dzień VII

KUMERNIS, reż. Agata Duda-Gracz, zdj. Greg Noo-Wak

KUMERNIS, reż. Agata Duda-Gracz, zdj. Greg Noo-Wak

ZROZUMIEĆ NIEBO

Scenografię spektaklu Agaty Dudy-Gracz „Kumernis, czyli o tym jak świętej panience broda rosła” stanowi olbrzymi ikonostas. W świątyni prawosławnej ikonostas to bogato zdobiona, pokryta wizerunkami świętych ściana, oddzielająca nawę, w której gromadzą się wierni od sanktuarium – miejsca sprawowania liturgii, symbolu nieba. Wierni mają spoglądać na ikonostas, żeby lepiej zrozumieć liturgię odbywającą się w sanktuarium, czy jak kto woli – wydarzenia odbywające się „w niebie”.

Bohaterowie „Kumernis…” to właśnie owi święci z ikonostasu, którzy podczas spektaklu schodzą do nas, aby opowiedzieć nam swoją historię. Dodać należy, że ich losy dalekie są od stereotypu świętości, może poza tytułową Kumernis, która w tym okrutnym, barbarzyńskim świecie, jako jedyna zachowała czystość. Ewangelistami/świadkami tej opowieści są Kogutek Święty Napłotny, Kamień Święty Wołający, Modrzew Nieświęty Przydrożny oraz Wołek Nieświęty Polny. Ich przynależność do świata natury nadaje opowieści stosowny i nieco ironiczny w stosunku do ludzkich problemów dystans. Ciekawe jest też w spektaklu napięcie między brutalnością historii a jej sakralizacją. Czy zatem historia ta pozwoli nam lepiej zrozumieć niebo? To już pytanie do Państwa. Zresztą nie dla każdego przecież niebo znajduje się w świątyni.

Spektakl jest znakomity, świetnie wyreżyserowany. Agacie Dudzie-Gracz udało się coś w dzisiejszym teatrze niezwykle rzadkiego – osobista, przejmująca wypowiedź w języku emocji, ojczystym języku teatru. Język ten dokładnie zrozumieli aktorzy – ileż tam pięknych ról – Panienka Święta Benwenuta Reni Gosławskiej, Panienka Święta Ludka Katarzyny Wojasińskiej, Młodzianek Święty Albert Rafała Ostrowskiego, Młodzianek Święty Cyryl Cezarego Łukaszewicza czy wreszcie tytułowa Kumernis Magdy Kumorek, której – przyznaję – nie poznałem na scenie.

Światło Katarzyny Łuszczyk, muzyka Łukasza Wójcika, choreografia Tomasza Wesołowskiego, kostiumy, scenografia Agaty Dudy-Gracz oraz scenariusz, napisany przez nią wspólnie z Michałem Pabianem, dopełniają całość tego doskonałego przedstawienia. Bo to, co wydarzyło się na scenie tego wieczoru, było poruszającym do głębi, wręcz sakralnym przeżyciem. Pozwoliło choć przez chwilę dotknąć trudno uchwytnej metafizyki teatru. Przyznam, że przepłakałem połowę przedstawienia.

Agata Duda-Gracz to dziś jedna z najciekawszych polskich reżyserek. Ma osobny styl, własne tematy. Sama pisze, sama kreuje plastyczną wizję swoich spektakli – efektem tego jest przemyślany, inteligentny, głęboko emocjonalny teatr, którego jestem wielkim fanem.

Ps. Tradycją stały się już pozdrowienia przesyłane Państwu przez wybitnych aktorów. Oto kolejne!

ŁUKASZ SIMLAT, zdj. Łukasz Simlat

ŁUKASZ SIMLAT, zdj. Łukasz Simlat

„Złote Truskawy 2015″ – teatralne antypodsumowanie roku

copyright by Konick

copyright by Konick

Drodzy Czytelnicy,
w związku z odchodzącym na pola historii rokiem 2015, nadszedł czas na przyznanie dorocznych antynagród w dziedzinie teatru. W zeszłym roku nagrody te nosiły „pożyczone” z Hameryki miano – „Złote Maliny”. W tym roku, chcąc podwyższyć ich prestiż i dać im szansę na nowe, prawdziwe polskie życie, postanowiłem zmienić ich nazwę na bliższe memu sercu i naszemu narodowemu podwórku miano – „Złote Truskawy”. Odtąd corocznie będę one przyznawane tuż przed Sylwestrem za najgorsze – moim skromnym zdaniem – osiągnięcia w polskim teatrze w danym roku kalendarzowym. Jednym kryterium kwalifikacji będzie dla mnie fakt obejrzenia przedstawienia w danym roku. Kolejność nie będzie grała roli. Złota Truskawa zostanie przyznana w kilku kategoriach (adaptacja teatralna, scenografia, reżyseria, rola męska, żeńska oraz spektakl) a wybór ten będą poprzedzały nominacje (liczba nominowanych będzie zależna od ilości podmiotów, domagających się swoją jakością nominacji). Same nominacje nie będą wcześniej ogłaszane, dowiecie się Państwo o nich razem z ogłoszeniem nagrodzonych. Przyznanie nagrody za rolę czy scenografię nie jest jednoznaczne z przyznaniem nagrody całemu przedstawieniu – często się tak zdarza, że w świetnym spektaklu zdarzy się jakiś dysonans, który w żadnym razie nie może stać się reprezentacją całości! „Komisja regulaminowa” może przyznać też szereg wyróżnień, do których, w myśl dzisiejszej mody, przyznaje sobie ona nieograniczone prawo.

Protokół z posiedzenia jednoosobowej komisji dotyczący przyznania nagród „ZŁOTE TRUSKAWY 2015”

W dniu 27 grudnia br. „Komisja”, zwana dalej Komisją, pod przewodnictwem Komisji zebrała się gdzieś na południu Polski, przy nakrytym zielonym suknem stole, aby przyznać regulaminowe nagrody – „ZŁOTE TRUSKAWY” oraz inne wyróżnienia w dziedzinie teatru za rok 2015. Komisja miała do dyspozycji ponad czterdzieści obejrzanych spektakli, swoje „widzimisię”, talerz makowca, kieliszek wiśniówki oraz gorący termofor. Po czterech godzinach obrad, zgodnie z najnowszą modą – gdzieś o trzeciej w nocy – Komisja zakończyła obrady i przyznała następujące regulaminowe nagrody – ZŁOTE TRUSKAWY w dziedzinie teatru za rok 2015:

DOMAGALAsieKULTURY
ZŁOTE TRUSKAWY 2015

ADAPTACJA TEATRALNA

Nominacje:

ŁUKASZ CHOTKOWSKI, MAJA KLECZEWSKA, „Szczury” (reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny w Warszawie) – za zmasakrowanie dramatu Gerharda Hauptmanna oraz pomylenie ze sobą dwóch osi konfliktu: prowincja – Warszawa, Polska – Ukraina, w rezultacie czego w spektaklu wyszło im starcie między Warszawą a Ukrainą, zaś w finale Bogu ducha winna publiczność została storpedowana teatralnym biciem piany.

JAROSŁAW MURAWSKI, „Morfina” (reż. Ewelina Marciniak, Teatr Śląski w Katowicach) – za zdegradowanie powieści Szczepana Twardocha do poziomu płynnej literackiej magmy, z której wystają tylko jakieś ręce i nogi bliżej nieokreślonych postaci, co skutkuje ucieczką widzów w tablety, gdzie rzeczywistość jest o niebo lepiej określona i zrozumiała.

TOMASZ CHYŁA, MARCIN BRZOZOWSKI, WOJCIECH MALAJKAT, „Czarodziejska Góra” (reż. Wojciech Malajkat, Teatr Syrena w Warszawie) – za sprowadzenie wielkiej filozoficznej powieści do poziomu kalejdoskopowego szkolnego bryku, w którym patetyczność i napuszenie zastępują wykastrowane z powieści smakowite ironiczne i tragikomiczne połacie tekstu, przynosząc widzowi w finale śmiertelne nudy.

MICHAŁ BUSZEWICZ, „Możliwość wyspy” (reż. Magda Specht, TR Warszawa) – za dogłębną i szczegółową wierność Houellbeqcowi, która prowadzi go wraz z widzami na Kanaryjskie Wyspy Znudzenia i Niezrozumienia, a samego pisarza zapewne wprowadziłaby w zdumienie, że on sam to wszystko napisał.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Jarosława Murawskiego za MORFINĘ

SCENOGRAFIA

Nominacje:

MAJA SKRZYPEK, „Błogie dni” (reż. Wojciech Urbański, Teatr Ateneum w Warszawie) – za szpetotę i brak funkcjonalności.

JUSTYNA ELMINOWSKA, „Białe małżeństwo” (reż. Artur Tyszkiewicz, Teatr Narodowy w Warszawie) – za wszechpanujące konfesjonały z penisami, których teatralna atrakcyjność kończy się po dziesięciu minutach spektaklu, a ich siermiężna obecność pasuje raczej do tygodnika „Fakty i mity”, niż do Różewicza.

ANITA BOJARSKA, „Wujaszek Wania” (reż. Andrzej Bubień, Teatr 6.piętro w Warszawie) – za szpetotę, monotonię i wizualne powielanie najgorszego stereotypu o czechowowskim świecie – stereotypu, że świat ten jest brzydki, nudny i pozbawiony koloru.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mai Skrzypek za BŁOGIE DNI

REŻYSERIA

Nominacje:

MAJA KLECZEWSKA, „Szczury” (Teatr Powszechny w Warszawie) – za pomieszanie wszystkiego ze wszystkim na zasadzie – „jestem wielką reżyserką i mogę wszystko, nie podoba się – to wynocha!”, za betoniarkę, lalkę/dziecko, przyrodzenie Michała Czachora i sprzęgające mikrofony oraz – w szczególności – za pianę, która miała być szczytem anarchii, odkąd jednak panie rozdają pierwszym rzędom folię, żeby ich nie pomoczyło, stała się swoją własną karykaturą.

ARTUR TYSZKIEWICZ, „Białe małżeństwo” (Teatr Narodowy) – za niezrozumiałe chyba nawet dla samego Nominata wykastrowanie dramatu Różewicza, przez co i tak już niezrozumiały spektakl stał się jeszcze bardziej niezrozumiały. Plus za pełne strachu oczy Zbigniewa Zamachowskiego czy Edyty Olszówki, aktorów wybornych, którzy nie do końca wiedzieli, co grają i o czym to jest. Nie martwcie się Państwo, nam, widzom, takie oczy zostały w domach przez miesiąc…

MICHAŁ ZADARA, „Lilla Weneda” (Teatr Powszechny w Warszawie) – za nonszalancję, powierzchowność i brak konsekwencji w konstrukcji świata spektaklu. A także za beztroskę i brak odpowiedzialności w korzystaniu z historycznych odniesień, do których reżyser nie tylko się przyznaje, lecz wręcz się nimi chełpi. Plus nieopanowanie Barbary Wysockiej w roli Lilli Wenedy.

PAWEŁ ŚWIĄTEK, „Książę niezłomny” (Teatr im.Jaracza w Łodzi) – za poświęcenie idei Calderona/Słowackiego (jakaś tam na pewno jest) na ołtarzu skądinąd ciekawego pomysłu stworzenia scenicznego ekwiwalentu gry komputerowej o nazwie „Książę niezłomny”. Niech reżyser pamięta jednak, że w grze najprzyjemniejsze jest to, że można ciągle kogoś wyeliminować, tu takiej możliwości nie było. Widz siedział i ręka mu ciągle chodziła, żeby wcisnąć jakiś guziczek anihilacji. Mnie najbardziej, gdy na scenę wchodziła Feniksana…

WOJCIECH URBAŃSKI „Błogie dni” (Teatr Ateneum w Warszawie) – za „milczenie na próbach”, za duchową nieobecność i czekanie, aż Jan Peszek z Jadwigą Jankowską-Cieślak sami zrobią spektakl. Z drugiej strony, może to i dobrze, po co psuć coś, co będzie najlepszą alternatywą.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mai Kleczewskiej za SZCZURY

ROLA MĘSKA

Nominacje:

TOMASZ SCHUCHARDT – Głąb, „Mary Stuart” w reż. Agaty Duda-Gracz, (Teatr Ateneum) – za powierzchowność i zbytnie celebrowanie formy

ANTONI PAWLICKI – Joachim Ziemssen, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za brak luzu, pompatyczność oraz powagę często graniczącą z jej parodią – o śmierci mówimy tylko śmiertelnie poważnie. Plus za naleciałości z planu „Czasu honoru” czy innego śmiertelnie poważnego dzieła o śmierci, w którym bohaterowie walczą na śmierć i życie.

MARIUSZ DRĘŻEK – Lodovico Settembrini, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za manifestowaną prywatnie w roli homoseksualisty Settembriniego postawę „Jakby co, to ja nie jestem gejem, ja go tylko gram!”. Oczywiście w efekcie mamy parodię roli, a cała złożoność tej postaci została przez aktora złożona w grobie jeszcze przed trzecim dzwonkiem. W rezultacie tego Naphta Wojciecha Zielińskiego, zamiast prowadzić interesujące dysputy z Setembrinim, prowadzi na scenie Syreny interesujące monologi, przerywane manifestacjami kolegi.

BARTOSZ GELNER  – Narrator, „Francuzi” w reż. Krzysztofa Warlikowskiego, (Teatr Nowy w Warszawie) – za pierwszy 45-minutowy monolog Narratora, mówiony tyłem do widza i tak strasznie nudny, że jeśli widz go wytrzyma, wytrzyma już w Studio ATM wszystko, nawet „Rolnika szukającego żony w poszukiwaniu straconego Voice of Poland”!

DAWID OGRODNIK – Franek, „Męczennicy” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa) – za wykorzystywanie podpatrzonych u gimbazy sposobików na granie szesnastolatka i za ciągłe potrząsanie bardzo ładnymi skądinąd, trochę dłuższymi włosami, będące główną osią roli.

MIŁOGOST RECZEK – Tielegin, „Wujaszek Wania” w reż. Andrzeja Bubienia, (Teatr 6. piętro, Warszawa) – za niczym nieumotywowany i niczym niepohamowany (reżyser?!) atak histerii w pierwszym akcie niezłego „Wujaszka Wani”, czym wprawia w zakłopotanie nawet takiego histeryka, jak piszący te słowa…

ZŁOTA TRUSKAWA dla Mariusza Drężka za rolę LODOVICA SETTEMBRINIEGO

ROLA ŻEŃSKA

Nominacje:

ROMA GĄSIOROWSKA – Zosia, „Męczennicy” w reż. Grzegorza Jarzyny (TR Warszawa) – za wykorzystywanie podpatrzonych u gimbazy sposobików na granie szesnastolatki.

BARBARA WYSOCKA – Lilla Weneda, „Lilla Weneda” w reż. Michała Zadary (Teatr Powszechny w Warszawie) – za brak umiaru, pokory oraz samouwielbienie w roli Lilli Wenedy. Mszą tej scenicznej autoreligii jest nieszczęsny monolog Lilli Wenedy, w którym kilka razy z rzędu wymienia ona imię „Lechu”. Aktorka atakuje bezdźwięczną głoskę „ch” z lekką nutą „r” i naciska na nią tak bardzo, że tego fonetycznego kunsztu zazdroszczą jej już wszystkie gwiazdy wenezuelskiego showbiznesu. (język hiszpański również bardzo celebruje swoją głoskę „j” czyli h).

MAGDALENA JAWORSKA – Feniksana, „Książę Niezłomny” w reż. Pawła Świątka (Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi) – za to, że nie sposób zrozumieć szeptanych pod nosem racji Feniksany, piękno zaś niewypowiedziane (aktorka dysponuje bardzo atrakcyjną powierzchownością) staje się łatwym łupem stopniowej erozji zainteresowania, zwłaszcza gdy sceniczna koleżanka robi wszystko, żeby interesować się tylko nią.

MARIA SEWERYN – Kławdia Chauchat, „Czarodziejska Góra” w reż. Wojciecha Malajkata, (Teatr Syrena) – za pomylenie ról, gdyż „zapięta pod szyję” aktorka gra tu raczej św. Faustynę, niż emanującą podskórnym seksapilem, pełną życia Kławdię Chauchat. Współczuję Patrykowi Pietrzakowi, grającemu Castorpa, gdyż trudno bez poczucia niestosowności manifestować publicznie fizyczny pociąg do św. Faustyny.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Barbary Wysockiej za rolę LILLI WENEDY

SPEKTAKL ROKU

Nominacje:

„SZCZURY” w reż. Mai Kleczewskiej – za ignorancję i arogancję twórców, za brak konsekwencji, za nijakość ideową całości, a przede wszystkim za brak słyszalności i zrozumienia.

„CZARODZIEJSKA GÓRA”  w reż. Wojciecha Malajkata – za mizerię ideową, sprowadzenie powieści Manna do poziomu szkolnego egzaminu w PWST, w którym studentów zastępują Gwiazdy, za wmawianie widzom przez Dział PR Teatru Syrena, że spektakl ten jest z ducha przesiąknięty teatrem Jerzego Grzegorzewskiego. Teatr Grzegorzewskiego poza Wojciechem Malajkatem, świetnym aktorem spektakli wielkiego reżysera, nie ma ze spektaklem w Syrenie NIC, ALE TO NIC wspólnego!

„LILLA WENEDA”  w reż. Michała Zadary – za brak konsekwencji w prowadzeniu postaci (Roza Weneda jest nagle jakaś posługaczką u Lecha, to samo Ksiądz, dlaczego?), brak konsekwencji w wykorzystaniu odniesień historycznych (UBecy są nagle dobrzy, ci z lasu niedobrzy, to kto tu jest kim?), brak konsekwencji w kreowaniu sytuacji (Lilla Weneda wchodzi nagle do zamku Lecha z bronią i paraduje tam z nią przez jakiś czas, będąc jednocześnie w niewoli – To ojcu jej wyłupili oczy, a ona tak sobie może z bronią? Dlaczego?). Oraz za brak panowania nad rolą Barbary Wysockiej, o czym już w innym miejscu było.

„MĘCZENNICY” w reż. Grzegorza Jarzyny – za manifestację przez reżysera własnej opinii na temat głównej bohaterki, przez co spektakl można sobie darować już po piętnastu minutach oraz za to, że świetni aktorzy TR mają tu za dużo wolności, nikt od nich niczego nie wymaga, więc grają to, co im przychodzi najłatwiej. Wyjątek – Justyna Wasilewska. Dwoi się i troi, przeżywa wielkie emocje, gra pięknie, ale koncepcja pozbawia ją szans u widza, któremu od razu pierze się w spektaklu mózg. Swoją drogą ciekawe, ilu widzów nie dało go sobie wyprać.

„BIAŁE MAŁŻEŃSTWO”,  w reż. Artura Tyszkiewicza – za brak czytelnej koncepcji, za brak pomysłu na Różewicza 2015, bo jeśli za pomysł brać konfesjonały z penisami – marna to ściana, na której kończą swoją teatralną drogę twórcy tego przedstawienia.

ZŁOTA TRUSKAWA dla spektaklu SZCZURY w reż. Mai Kleczewskiej

WYRÓŻNIENIA:

EWELINA MARCINIAK – za słowa przytoczone przez Magdę Piekarską w artykule „Aktorzy porno zagrają w Teatrze Polskim” (Gazeta Wyborcza Wrocław, 7 listopada 2015):
„Czego mam się bać? – pyta. – Jeśli ktoś wyjdzie, to będzie jego problem, nie nasz. Mnie bardziej interesuje, co się będzie działo z tymi widzami, którzy zostaną z nami do końca”
Droga pani Reżyser! Apeluję o więcej szacunku dla widza, proszę pamiętać, że widz musi zapłacić za możliwość oglądania Pani spektakli oraz że Pani przedstawienia powstają z pieniędzy publicznych. Bilet do teatru to rodzaj umowy – Pani dostarcza widzowi dzieło, a on za nie płaci, poświęcając Pani swój prywatny czas. Widać oszołomiona ogólnopolskim sukcesem zapomniała Pani o pokorze.

KRZYSZTOF WARLIKOWSKI – za brak kontaktu z polską rzeczywistością.

MAJA KLECZEWSKA – za rekwizyt roku: lalkę w „Szczurach”. Z mojej recenzji spektaklu: „Hanna traci dziecko cztery lata wcześniej. Na filmiku jest żywe. To jeszcze jasne. Potem Ukrainka rodzi dziecko, które scenicznie gra lalka. Hanna i jej brat odbierają dziecko Ukraince i wożą w wózku. Jest to ciągle lalka. Potem słyszymy, że dziecko nie żyje. Które nie żyje: syn Hanny czy dziecko Ukrainki? Lalka to „aktorka”, grająca prawdziwe dziecko, czy po prostu lalka? Żeby było ciekawiej – autystyczna sąsiadka, przesiadująca w domu Hanny, ciągle chodzi z lalką. Kim jest lalka sąsiadki? Dzieckiem czy lalką?” Nadmiar wieloznaczności nie do rozplątania!

MAGDALENA SZPECHT – za finał roku – filmik wyświetlany przez całą trzecią część spektaklu „Możliwość Wyspy”. Finał ten jest ostatecznie pokonaną przeszkodą na drodze teatru pędzącego w kierunku filmu. Odtąd spektakle teatralne mogą z powodzeniem składać się z filmików i być wyświetlane w Multipleksach!

JERZY ZELNIK – za recenzję roku w której chełpi się, że wyszedł z „Wroga ludu” w Starym Teatrze przed czasem. Zgadza się. 7 listopada br. Pan Jerzy siedział koło mnie i wyszedł. Panie Jerzy, następnym razem niech Pan odsiedzi swoje – może do myślenia dałaby Panu co nieco – żywiołowa, pełna aprobaty reakcja publiczności? Zdanie krakowskiej publiczności jednak Pana nie interesowało. W porządku. Pana prawo! Tylko proszę więcej się już na jej dobro nie powoływać.

PROTESTUJĄCY przeciwko spektaklowi „Śmierć i dziewczyna” we Wrocławiu oraz przeciwko dyrekturze Jana Klaty w Krakowie, którzy nie byli ANI RAZU w rzeczonych teatrach – za robienie z siebie idiotów.

MINISTER KULTURY I SZTUKI, PIOTR GLIŃSKI – za „recenzowanie” spektaklu przed obejrzeniem i próbę wprowadzenia cenzury prewencyjnej.

Szanowni Nominaci, Laureaci i Czytelnicy! Podsumowując przyznanie Nagród „Złote Truskawy 2015″, chciałem Was zapewnić, że nie robię tego dla hejtu i beki. Moim głównym celem, jako krytyka, jest też pokazywanie Wam, artystom teatru, która z dróg wiedzie Was – w moim przekonaniu – na manowce. Robię to nie dlatego, żeby Was piętnować, ale po to, żebyście po tych manowcach więcej nie błądzili albo błądzili ze świadomością, że tam jesteście. Możecie się ze mną nie zgadzać, możecie mnie ignorować, hejtować, ale nie możecie mi zarzucić, że nie piszę tego, co myślę. Staram się, żeby moje pisanie było uczciwe wobec Was, dokładnie tak samo, jak Wy staracie się każdego dnia, żeby teatr, który tworzycie, był uczciwy wobec mnie – widza. Takiego teatru i Wam i sobie w Nowym Roku życzę!