Pełno krwi angielskiej – „Kings of war” w reż. Ivo van Hove (DOMAGALAsieDIALOGU cz. VIII)

zdj. Marcin Oliva Soto

zdj. Marcin Oliva Soto

Na spektakl Ivo van Hove „Kings of war” składają się trzy dramaty Szekspira: „Henryk V”, „Henryk VI” (I część) oraz „Ryszard III” (II część). W finale tego ostatniego oraz spektaklu van Hovego grający Ryszarda Hans Kesting siedzi tyłem do widowni. Mówi słynny monolog o sumieniu, patrząc w ekran, na którym widzi siebie w postaci przetworzonego obrazu z kamery, filmującej go na żywo. W pewnym momencie na ten obraz zaczynają się nakładać twarze innych bohaterów spektaklu (znakomita praca autora video Tala Yardena), stając się filmową esencją wszystkich królewskich zbrodni:

„Sumienie moje ma tysiąc języków/A każdy język czyni inny zarzut/A każdy zarzut lży mi nazwą łotra/Krzywoprzysięski fałsz w najwyższym stopniu;/Niemiłosierny mord w najsroższym stopniu;/Wszelki grzech w wszelkim stopniu popełniony/Dąży przed straszne kratki trybunału/Wołając: winny! winny!” (tłum. J. Paszkowski)

Podczas wypowiadania ostatnich słów Ryszard kieruje swój oskarżycielski palec w stronę swojego odbicia na ekranie, które powtarza ów gest, godząc w nas, widzów. Jesteśmy współwinni jego zbrodni, bo jako lud, który dał mu władzę, nie zrobiliśmy nic, by go powstrzymać. A szansa była tuż przed koronacją. Na pytanie Ryszarda, dotyczące szans poparcia jego władzy przez lud: „Jakże tam? Co mówi mieszczaństwo?” Buckingham odpowiada: „Mieszczaństwo milczy, jak gdyby mu gębę kneblem zabito”. U Szekspira następuje teraz scena knowań Buckinghama i Ryszarda, zakończona przybyciem przedstawicieli delegacji ludu, która ma prosić Ryszarda, by został królem. Van Hove wycina wątek wizyty ludu – wszak milczący tłum siedzi na widowni i nie reaguje. Oskarżenie nas o bierność jest zatem jak najbardziej słuszne. Bo nie o piętnastowiecznej Anglii jest to spektakl, lecz o mechanizmach degeneracji władzy, niezależnych od czasu i przestrzeni, grożących nam w każdej chwili, także dziś.

Chciwość Henryka V uruchamia spiralę przemocy i wojny, która – jak nam pokazuje van Hove – w ciągu kilkudziesięciu lat na skutek ambicji, żądzy władzy, a niekiedy i słabości kolejnych królów, prowadzi do krwawej dyktatury i zagłady, której symbolem jest Ryszard III. A wszystko to „dla dobra ludu”, który – zupełnie ubezwłasnowolniony – siedzi w milczeniu przed ekranami i przygląda się temu, co zostanie mu pokazane. Ivo van Hove w swoim spektaklu postanawia nam, przedstawicielom ludu, pokazać za pomocą kamery to, czego w telewizji na ogół nie widać: kulisy władzy. Służy mu do tego świetnie pomyślany przez scenografa Jana Versweyvelda labirynt białych korytarzy, które są zarazem i więzieniem Tower, i współczesnym szpitalem, i polem bitwy, i nocnym klubem, łącząc tym samym angielską historię ze współczesnością. Pozbawiony wyjścia system korytarzy funkcjonuje też niekiedy jako historiozoficzna czasoprzestrzeń (przykładem znakomite przejścia czasowe między scenicznymi wydarzeniami). Co ciekawe, wyjścia z tego labiryntu są dwa – jedno na scenę, przed nasze oczy, drugie przez… śmierć.

Ta ostatnia ciągle jest w świecie van Hovego obecna w postaci znakomitego, śpiewającego na żywo kontratenora (Steve Dugardin). Gdy w jednej ze scen widać na ekranie, jak swoim śpiewem modli się nad ciałem kolejnej ofiary, staje się jasne, że w świecie pokazywanym przez belgijskiego reżysera śmierć jest najlepszą rzeczą, jaka może nas spotkać. Jest tu jedyną ludzką – w sensie emocjonalnym – figurą. Jej językiem jest pieśń. Wydaje się więc, że w tym kontekście rolą sztuki według Ivo van Hove jest towarzyszyć człowiekowi w cierpieniu, pomagać mu je znosić, przeprowadzać go na „tamtą stronę”. Kontratenor snuje się wśród scenicznych wydarzeń niezauważony, nie ma wpływu ani na bieg historii, ani na jej aktorów. Spotkanie z nim jest jednak nieuniknione, dla wielu bohaterów wprost pożądane. Trzeba przyznać, że wizja Ivo van Hovego jest ponura i wstrząsająca. W finale Ryszard III rozpaczliwie błaga o konia. Koni jednak już nie ma. Jest tylko okrągły hipodrom, w którym bohater, ludzkość i historia biegając coraz szybciej w kółko, zmierzają ku zagładzie. Pojawia się jednak światełko w tunelu. Grający Henryka V (a więc króla, od którego ta ponura opowieść się zaczyna) Ramsey Nasr, gra również Richmonda, który przejmuje władzę po Ryszardzie. Na ekranie czytamy, że Ryszard jest ostatnim królem angielskim, który zginął w bitwie. Zaczynamy wszystko od początku. Historia uczy, że możliwa jest mądra i nie oparta na przemocy władza. Obecna królowa Anglii, Elżbieta II, jest jej emanacją i symbolem.

Spektakl Van Hovego jest teatralnym dziełem sztuki. Począwszy od znakomitej adaptacji Barta Van den Eynde i Petera Van Kraaij, przez niezwykle precyzyjną i inteligentną reżyserię van Hovego, po zapierające dech w piersiach aktorstwo całego zespołu. Moje serce skradł Eelco Smits w roli słabego i bezwolnego Henryka VI oraz Hélène Devos w roli Kathariny i Lady Anne. Aktorzy zresztą w ogóle grają po kilka ról. Zabieg ten w inteligentny sposób tworzy ramę spektaklu i sugeruje, że tak naprawdę polityczne karty rozdają wciąż ci sami ludzie.

„Kings of wars” wydaje się znakomitym finałem festiwalu Dialog-Wrocław. Obsesyjne kręcenie się w kółko Ryszarda to dobra metafora naszych czasów. Warto najpierw wyznać swoje grzechy, a potem znaleźć metodę wyrwania się z zaklętego kręgu. Naprzód, ale dokąd? To proste. Na zewnątrz błędnego koła własnych iluzji.

1 Komentarz

  1. Zgadzam się z Autorem pełnoformatowo. Tak chirurgicznie precyzyjnej roboty teatralnej nie wiedziałem bodaj nigdy do tej pory. Perfekcjonizm jest więzieniem, ale nie w teatrze czy np. w medycynie. Reżyser spektaklu doskonale to wie. I potrafi skutecznie, z sensem wykorzystywać. Dla teatru, aktorów, siebie. W służbie sensu. Rozmach inscenizacyjny godzi tu z uwspółcześnionym Szekspirem tak, że wzbudzony przedstawieniem postrach jest przecież wynikową NASZYCH lęków i niepewności. Brawo! Lepszego podsumowania (niestety, zakończenia…) Festiwalu „Dialog” nie można było sobie wyobrazić.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.