„Kinky buts” – o musicalu Eweliny Pietrowiak w Dramatycznym

zdj. Krzysztof Bieliński

zdj. Krzysztof Bieliński

Najnowsza propozycja w Dramatycznym, musical „Kinky Boots” będzie się podobać: heteroseksualne, pogubione w życiu „biedne dziecko bogatych rodziców”, spadkobierca fabryki butów, Charlie, dostaje od Loli – rasowej drag queen – nie tylko lekcję tolerancji, lecz także dojrzewania i prowadzenia biznesu. Jak to w musicalu, musi skończyć się oszałamiającym sukcesem oraz sakramentalnym „i żyli długo i szczęśliwie”. Do kompletu faceci przebrani za kobiety, wyzywające stroje i ukarany męski troglodyta/homofob, który – podobnie jak główny bohater – pod wpływem Loli przechodzi przemianę. To wszystko w pięknej, urokliwej baśni, napisanej przez Harvey’a Fersteina na podstawie scenariusza Geoffa Deana i Tima Firtha do filmu o tym samym tytule. Piosenki napisała i skomponowała znakomita wokalistka Cyndi Lauper, znana choćby z przebojów „True colors” czy „Girls just wanna have some fun”. Jedna z polskich „recenzentek” tak bardzo uwierzyła w magiczną moc zmieniania świata przez teatr, iż ogłosiła w jednej z gazet „piąty w pięciostopniowej skali stopień zagrożenia” genderem i homoseksualną propagandą dla naszej katolickiej, wyklętej cywilizacji. To dobra wiadomość. Mając tak niezłomne „recenzentki” możemy być spokojni o nasze moralne bezpieczeństwo. Nawet o centymetr krótsza od społecznie akceptowanej normy spódniczka Czerwonego Kapturka, zabójcza dla sumień „patriotycznej”, męskiej części populacji, doczeka się zdecydowanej reakcji ze strony czujnych przedstawicielek „teatralnej policji wyklętej”. Takiego epilogu tej historii nie wymyśliłby nawet sam Oscar Wilde.

Wróćmy jednak do „Kinky boots”. Baśń ta jest tak uniwersalna i prosta, że wystarczy ją zainscenizować, żeby był sukces. Inscenizacja jednak inscenizacji nierówna. W przypadku musicalu składają się na to różne czynniki: teksty libretta oraz piosenek, ich wykonanie, scenografia i kostiumy, choreografia, wreszcie role, które w musicalu napisane są zazwyczaj grubą kreską, pozwalającą widzowi na szybką orientację, kto jest kim i po której stronie stoi. Bo musical w istocie to lekka, muzyczna wariacja na temat walki dobrego bohatera ze złymi przeciwnościami losu. Przyjrzyjmy się zatem, jak to wygląda w najnowszej produkcji Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Tekst libretta i piosenek woła o pomstę do nieba. Tłumaczeniu libretta, dokonanemu przez Michała Wojnarowskiego, brakuje potoczystości, rytmu i naturalności. Dialogi pachną drewnem i szeleszczą papierem. Jednak prawdziwe tsunami grafomaństwa to teksty piosenek. Częsty brak rymów (obecnych w oryginale), niezgodność akcentów muzycznych z polskimi słowami, uzupełnianie braku sylab w wersie przeciąganiem samogłosek „g-o-o-o-ść”, „c-o-o-o-ś” sprawiają, że słucha się tych piosenek jak przeciągania styropianem po szkle. Jak widać, nie wystarczy być dyplomowanym anglistą, żeby być tłumaczem dla teatru. Trzeba teatr czuć, a tej umiejętności autorowi wyraźnie brakuje.

Muzyka w spektaklu brzmiała najbardziej profesjonalnie. Żal, że reżyserka nie zdecydowała się jej widzom pokazać. W musicalu to standard, ale Dramatyczny nie musi jeszcze tego wiedzieć, w tej dziedzinie dopiero raczkuje. Efekt jest taki, że do dziś nie wiem, czy muzyka była na żywo, czy z płyty. Moja urocza współtowarzyszka twierdzi, że na żywo, pozostaje mi uwierzyć jej na słowo. Z formą śpiewających aktorów tak dobrze już nie było. Znakomicie radził sobie – i z muzyką, i z mizerią tekstu, i z rolą – Krzysztof Szczepaniak, ale o tym za chwilę. Dla reszty aktorów, zwłaszcza w popisach solowych (zbiorówki były niczego sobie) górną granicą, często nie do przejścia, była granica poprawności.

Choreografia polegająca na ubogiej kopii układów tanecznych z teledysków Lady Gagi, „rączka, rączka, nóżka, obrót”, połączonych z kiczowatymi elementami pokazu Victoria Secret, z nieśmiertelnymi anielskimi skrzydłami, raziła mizerią własnych pomysłów i infantylizmem. Wyjścia Loli były spektakularne tylko dzięki Szczepaniakowi. Jego, o zgrozo, „aniołki”, choć tańczyły bardzo ofiarnie i starały się wyróżnić, praktycznie nie istniały. Więcej charyzmy i scenicznego wyrazu miały prawdziwe drag queen zaproszone na premierę i siedzące w lożach. A czy nie lepiej było wybrać kilkanaście z nich i wpuścić na scenę? Efekt – i ten artystyczny i wizerunkowy – byłby sto razy lepszy!

O ile kostiumy Aleksandry Gąsior jeszcze się jakoś bronią, o tyle jej scenografia zawodzi. I nie chodzi o obraz, lecz o funkcję. Wnętrze fabryki „Price and Son” było nawet ładne i gustowne. Składało się z wielkich ścian pełnych obuwniczych prawideł/odlewów stóp klientów. Problem w tym, że gdy Charlie dokonuje „rewolucji”, w fabryce nic się nie zmienia. Ściany z prawidłami, choć spektakularne, są już lekko „nieaktualne”. A szkoda, przemiany fabularne powinny znaleźć odbicie w scenografii.

Reżyseria Pietrowiak, eufemistycznie mówiąc, nie powala na kolana. Właściwie ogranicza się do ustawienia mis en scene. Nie ma ani jednego głębszego pomysłu. Rażą zwłaszcza solówki aktorów, którzy wychodzą na scenę i po prostu śpiewają, nic się nie dzieje, gorzej niż w dziewiętnastowiecznej operze.

Aktorzy są bardzo nierówni. Większość „leci” aktorską sztampą i okropnie coś udaje, zwłaszcza kobiety. Umyślne hiperbolizowanie tekstu, intonacja, będąca efektem jakby ciągłego zdziwienia, przesadne miny, operetkowe gesty. Nie da się tego obronić. Celuje w tym zwłaszcza grająca narzeczoną Charliego, Nicole Kinga Suchan. Ciekawą postać tworzy Mateusz Weber, zwłaszcza w opozycji do drapieżnej i ekstrawaganckiej Loli. Jego wewnętrzna wrażliwość i naturalność, pozwalają mu stworzyć wiarygodną postać, z którą łatwo się widzowi identyfikować i jej kibicować.

W tej beczce dziegciu jest łyżka miodu. Kreację wybitną tworzy Krzysztof Szczepaniak. I to nie w scenach, gdzie – jako Lola – brawurowo wciela się w swoje kobiece alter ego. Najbardziej poruszający jest jako Simon. Brak kostiumu, całego tego kolorowego, scenicznego sztafażu, ukazują nam samotnego, zagubionego człowieka, który dzięki wewnętrznej wrażliwości i akceptacji swej żałosnej ludzkiej egzystencji odzyskał godność i swoje miejsce w życiu. Szczepaniak emanuje wielką wewnętrzną siłą, kontrolując jednocześnie kipiące w nim emocje. W ten sposób Lola wygrywa z Donem, Charlie’em, ze swoją przeszłością i ze sobą. Wielka i piękna rola.

Teatr Dramatyczny w musicalowym abecadle jest mniej więcej na etapie litery „D”. Dziwi zwłaszcza akceptacja tak złego literacko libretta, przez dyrektora, którym jest przecież wybitny dramaturg! Proszę też, żeby szanowali Państwo pracę znakomitych muzyków, dając im szansę prezentacji choćby w ukłonach.

Spektakl Pietrowiak będzie się podobał, wpisuje się bowiem w przestrzeń politycznej walki o podstawowe pryncypia oraz bazuje na tym, co u nas zawsze wzbudza śmiech, by nie powiedzieć rechot. Czujemy się bezpieczni, bo to przecież tylko teatr, zresztą historia dzieje się „w bogatej i zepsutej Anglii”, czyli w miarę daleko od nas. W duchu większość z nas niestety cieszy się, że „ci zboczeńcy nie chodzą po polskich ulicach”, niektórym przeszkadza nawet to, że „paradują” po scenie w publicznym teatrze. Krzysztof Szczepaniak pokazuje swoją kreacją, że „ci zboczeńcy” to też ludzie, często sto razy lepsi od nas – lepsi, bo z uwagą i empatią dla bliźniego przechodzący przez życie. Nie małpy w Zoo, lecz ludzie. Pamiętajmy o tym, rechocząc z nich w teatrze i w życiu.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.