Więcej od złamanego Schillinga – „Upadanie” w Teatrze Powszechnym

zdj. Magda Hueckel

zdj. Magda Hueckel

Centralną postacią spektaklu „Upadanie” w reżyserii Árpáda Schillinga w Teatrze Powszechnym wydaje się być Michał (Michał Jarmicki). Poczciwy, nieco lekkomyślny nieudacznik życiowy, któremu w życiu udało się tylko jedno – zrobić dziecko. Ubezwłasnowolniony i upokarzany przez własną siostrę, u której wiecznie się zapożycza, próbuje zacząć wciąż od nowa. Wciąż też upada, z tą tylko różnicą, że każdy upadek powoduje coraz większą gorycz i rozczarowanie. A te mogą prowadzić wprost do samobójstwa. Jest oczywiście jeszcze druga droga, o której w spektaklu się nie mówi, ale jej obecność staje się – zwłaszcza dzięki rzeczywistości pozateatralnej – mocno wyczuwalna. To droga politycznego odwetu, nienawiści i zemsty na każdym, kto – w pojęciu takiego „Michała” – ma lepiej.  Tu obiektem negatywnych emocji staje się jego faktyczna opiekunka i żywicielka, a zarazem nadmiernie „wyzwolona” siostra oraz jej eksperymentujący homoseksualnie mąż, „wykształciuch” -  jako reprezentanci dużej grupy społecznej, która umiała się w życiu „ustawić”. Odwet czy zemsta nie są też jasno sprecyzowane, aczkolwiek jak bardzo są groźne, pokazuje obecna sytuacja polityczna w Polsce. Wielka grupa tych, którzy nie załapali się na pociąg pośpieszny do lepszego życia, oddała władzę w państwie tym, którzy obiecali im zemstę na pasażerach „luksusowego składu”. Mściciele, trzeba przyznać, zrobili też to, o czym pasażerowie pociągu zapomnieli – pozostawionych na peronie ludzi z uwagą wysłuchali, tym samym zaskarbiając sobie ich sympatię. I nieważne, że teraz bezczelnie ich okłamują i wykorzystują. Oni zawsze będą pamiętać, że zostali wreszcie przez kogoś zauważeni.

Wysłuchać drugiego człowieka, choćby pochodził z kompletnie innej bajki. Dać mu poczucie, że on sam, jako człowiek, mimo braku sukcesów w życiu też się liczy. Uszanować jego godność. To właśnie proponuje nam Árpád Schilling w swoim spektaklu. Robi to przewrotnie – Anka, siostrzenica Michała (Anna Ilczuk), poświęci mu czas dopiero po jego śmierci. Przyjdzie, wysłucha go, zapyta, jak się czuje, da mu się wygadać, zrobi mu pewnego rodzaju psychodramę, nieco upiorną, bo zakończoną inscenizacją dopiero co popełnionego samobójstwa. Ale dzięki tej brutalnej grze Michał wreszcie z kimś przez chwilę naprawdę porozmawia. Powie o swoich uczuciach, pragnieniach, potrzebach. Michał Jarmicki jest w tej scenie poruszający. Jego rozbrajająca szczerość zawstydza i wzrusza. Kiedy wisi już na pasku, Anna pyta: „Prosisz o pomoc?”. On odpowiada: „tak”. Wtedy Anna zwraca się do nas, widzów: „zebraliśmy się tu, żeby pomóc Michałowi. Pomóżcie”. Ktoś z widowni biegnie i wsadza Michałowi upragnioną stówkę, którą będzie mógł dać córce. On jednak nadal nie żyje, nawet sztuka nie jest w stanie cofnąć czasu. Ani pokonać śmierci.

Michał w finale przypomina Willy’ego Lomana ze „Śmierci komiwojażera”. Jego zszargana i sponiewierana godność, wystawiona tutaj przez Annę – niczym zwłoki – na widok publiczny, jest wstrząsającym oskarżeniem polskiego postępowo-liberalnego społeczeństwa, które wyrodziło się w swoją pozbawioną empatii, egoistyczno-hedonistyczną karykaturę, odmalowaną na przykładzie małżeństwa Ewy i Arka, brawurowo zagranych przez Ewę Skibińską i Arkadiusza Brykalskiego. Pytanie tylko, czy specyficzna publiczność Teatru Powszechnego, reprezentująca w większości to właśnie postępowo-liberalne środowisko, ma świadomość, że każdy śmiech z perypetii Ewy i Arka jest gogolowskim śmiechem z samych siebie.

Spektakl ma jeden duży mankament – adaptację. Tekst powstał na bazie improwizacji i przypomina swobodną wariację na temat dowolnie wybranego polskiego serialu. Gdybyśmy porównali go na przykład ze wspomnianą sztuką Arthura Millera, takiego zestawienia by nie wytrzymał. W strukturze „Śmierci komiwojażera” mamy retrospekcje, pomieszane różne rzeczywistości, wreszcie – zgodnie z założeniami realizmu symbolicznego – sytuacje realne układające się w symbole. W efekcie dramat staje się wieloznaczny i wielopoziomowy. W tekście Árpáda Schillinga wszystko jest jednowymiarowe i płaskie. Historia znaczy tylko to, co znaczy. Schilling próbował dopisać jej drugie dno, nadając  postaciom imiona aktorów, ale wątek ten wydaje się nie do końca przepracowany i mało czytelny. Autotematyczność ta miała też prawdopodobnie dać pretekst do dialogu z Oliverem Friljiciem i jego słynną „Klątwą”. W takiej sytuacji, pointa tego wątku – którą można by sprowadzić do zdania: „bawicie się w przekraczanie granic i skandale, a zwykły, pogardzany przez was Polak w liczbie kilku milionów właśnie w odwecie zwija wam demokrację” – byłaby o tyle czytelna i trafna, co niewystarczająca.

Scenograficznie spektakl również przypomina minimalistyczną „Klątwę”. „Goła” scena Powszechnego, ograniczona charakterystyczną ceglaną ścianą, zapełnia się czasem jakimiś pojedynczymi rekwizytami i kosmosem aktorów, którzy – przyzwyczajono nas już do tego w Powszechnym, bez względu na jakość spektakli – grają znakomicie. Właściwie nie ma tu złej roli. Zadanie było tym trudniejsze, że tekst w swojej serialowej formie był tu raczej kłodą rzuconą pod nogi, niż kołem ratunkowym. Oprócz absolutnie zjawiskowego Michała Jarmickiego, błyszczy Ewa Skibińska w roli niewyżytej, rozbuchanej emocjonalnie i seksualnie intelektualistki, będącej zarazem mocno pogubioną matką, żoną i siostrą oraz Julian Świeżewski w roli młodego geja, zakochanego w swoim, niekoniecznie dojrzałym, profesorze.

Spektakl Árpáda Schillinga – choć brakuje mu głębi i pewnego rodzaju spektakularności, prezentowanej dotąd z pewną dezynwolturą na scenach zarządzanych przez dyrektora Łysaka – uważam za jeden z ważniejszych. Po raz pierwszy propozycja Powszechnego nie konsoliduje własnego środowiska, nie okopuje się we własnych szeregach, zagrzewając swoich akolitów do kulturowej wojny, tylko wychodzi poza własną, względnie bezpieczną strefę komfortu. Árpád Schilling zdaje się pytać tę swoją, bliską mu stronę politycznego sporu, czy nie warto byłoby poszukać belki we własnym oku, zauważyć tego biedniejszego i „gorszego” człowieka, wyciągnąć do niego ręki, zapytać jak się czuje. Może ten gest wyciągniętej ręki byłby jednak wart trochę więcej od złamanego szeląga? Tylko czy nie jest za późno? Nie! Nigdy nie jest za późno!

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.