Alchemia pieśni – „Do DNA” w reż. Ewy Kaim na festiwalu iTSelF w Warszawie

zdj. Bartek Warzecha

Zdj. Bartek Warzecha

Główną bohaterką spektaklu dyplomowego Wydziału Wokalno-Aktorskiego krakowskiej PWST „Do DNA” w reżyserii Ewy Kaim jest polska pieśń ludowa. To ona i jej struktura będą stanowić główne tworzywo i treść spektaklu. Warto zatem na początku określić, czym ona w istocie jest. Chodzi tu oczywiście nie tyle o naukową definicję pieśni ludowej, ile o jej istotę i rolę, jaką odgrywała i odgrywa w życiu polskiej wsi. Tadeusz Nowak, wybitny polski poeta nurtu chłopskiego, w „Rzeczy o śladach” pisze o niej tak:

„Może to i prawda, że śpiewanie rodzi się na wiosnę, (…), ale najwięcej pieśni śpiewa się po pierwszym śniegu, (…), kiedy wody krzepną na mrozie i Wielki Wóz na niebie grzęźnie w zaspach. Wówczas rozsupłują się zgrzebne i kolorowe przędze naszych westchnień. Z nich, jak dawniej, tka się na krosnach wszystkie pieśni, jakie są potrzebne duszy ludzkiej (…). Dlatego zima w mojej pamięci łączyła się z kołowrotkiem, na który całymi wieczorami nawijało się nić konopną i lnianą. A przecież śpiewano przy tym nieustannie, wydawało się, że kołowrotek zamiast przędzy nawija na wrzeciono pieśń nuconą w nieskończoność. Gdyby nie było tych pieśni, zima byłaby nie do wytrzymania. Zima była też tą porą roku, kiedy przypominano sobie wszystkie opowieści, bajdy, gadki. Układano z nich chłopską księgę, której się trzeba było uczyć na pamięć, żeby przekazać ją w darze dzieciom i wnukom.”

Ewa Kaim postanowiła po tę właśnie „chłopską księgę” – która na skutek gwałtu, jakiego dokonali na kulturze ludowej komuniści, leżała porośnięta kurzem i zapomniana – sięgnąć, odkurzyć ją i przywrócić światu. Krakowska reżyserka, wraz z dramaturgiem Włodzimierzem Szturcem, przyglądają się dokładnie jednemu jej rozdziałowi – pieśni kurpiowskiej, wykorzystując przy tym prace legendarnego Oskara Kolberga oraz rozdział Puszcza Kurpiowska w zbiorze Pieśni księdza Władysława Skierkowskiego. Scenariusz spektaklu opiera się na głównej osi kompozycyjnej: miłość, wesele, śmierć, uzupełnianej od czasu do czasu różnymi epizodami: wojny, narodzin dziecka, biedy czy doli człowieka. Słowem, niczym w życiu. Bohaterami są – jak to w poezji ludowej – jakiś Jaś i jakaś Kasia, czyli w zasadzie każdy z nas. Z pewnym jednak zastrzeżeniem: celem spektaklu nie jest snucie opowieści czy sam śpiew, ale swoista alchemia pieśni, polegająca na wydestylowaniu z niej, jej istoty, dźwięków i fonemów – duszy, czegoś na kształt „kulturowego DNA”, które składa się z najpierwotniejszych ludzkich emocji: miłości, nienawiści, lęku, bólu, cierpienia, radości, podniecenia, żądzy… Ten „kod genetyczny” ludowej pieśni oraz proces jego destylacji stanie się treścią spektaklu, narzędziami laboratoryjnymi – młodzi aktorzy, zaś naukowcem prowadzącym eksperyment – znakomity muzyk Dawid Sulej Rudnicki. My, widzowie, odegramy tu rolę „mierników”, które wskażą, czy ów alchemiczny proces zakończył się powodzeniem.

Ważny wydaje się już sam początek spektaklu: na scenie po lewej stronie stoi jakaś budowla bez okien, ni to leśny metalowy bunkier, ni to sarkofag, a może… rezonator głosu? Bo nagle słychać mazurzący głos, który wygłasza następujące zdania:

„Ładnie to pan powiedziałeś, no widać, że i głos szkolony i tego, wszystko ładnie tylko wies co… mos takie cus, jo wim… mos takie hmmm… takie cus przez nos, wis? Musis tak puscic ten głos, żeby on sobie poszedł. Tak daleko, daleko. Nie boj się, nie boj. Musis tak to puscic, wies. Tak to pusc, tak to pusc…”

Po tych zdaniach „bunkier/rezonator” się podnosi, z jego wnętrza wydobywają się kłęby dymu oraz piątka młodych aktorów krakowskiej PWST, którzy już do końca nas nie opuszczą. W finale siądą przed nami i powtórzą zachętę, żeby „tak to puscic”. Owo „puscenie” jest tu słowem kluczem. „Puscic” muszą zarówno aktorzy/ wokaliści, żeby dźwięk mógł się z nich wydobywać naturalnie, bez skrępowania, co pozwoli na uruchomienie stosownych w danej sytuacji głębokich emocji, „puscic” musimy też, my widzowie, by zostawić za sobą wszystkie swoje sprawy, rozluźnić się i dopuścić do siebie wszystkie generowane przez spektakl emocje – tylko wtedy będziemy mogli naprawdę poczuć ludową pieśń, wydestylować W SOBIE za sprawą generowanych na scenie emocji jej DNA. Poczuć ją do dna, do głębi, w trzewiach. Oczywiście reakcją powinno być stare, dobre, greckie „katharsis” – znak, że proces przebiegł pomyślnie.

Z tym „pusceniem” wiąże się jeszcze jeden trop interpretacyjny. Wspomniany Tadeusz Nowak w jednej ze swoich „półbaśni”, „Rzecz o duszy” tak opisuje sposób, w jaki można było wyjąć z człowieka jego duszę:

„Duszę z człowieka wywlekało się trochę inaczej, chociaż też za pomocą srebrnego drucika. Musiał on być nieco dłuższy, cieńszy od drucika służącego do wywlekania skrzypcowej duszy i musiał być zrobiony z dziesiątki skradzionej z kościelnej tacy. Zakrzywiało się go na końcu w mały haczyk i gdy człowiek spał, zmorzony utrudzeniem całodziennym w polu, na sianie, pod sadem, podchodziło się do niego boso na palcach i czyhało na jego westchnienie mimowolne. Właśnie w to westchnienie wbijało się srebrny haczyk i ostrożnie, włos po włosie wywlekało z niego duszę. Trzepocącą się na haczyku, mokrą jeszcze od snu, od rozmarzenia, wieszało się na osice, żeby się zeschła na pajęczą nitkę, na pył drobny.”

Nie sposób nie zauważyć, że westchnienie jest przecież pewnego rodzaju „pusceniem”. Wezwanie więc do „puscenia” w tym kontekście byłoby niczym innym, jak wezwaniem do otwarcia duszy, znaleźć wszak fragmenty „genomu pieśni” można tylko tam. Bo DNA pieśni to sama istota ludzkiej duszy.

Spektakl jest znakomity. Młodzi aktorzy: Weronika Kowalska, Dominika Guzek, Agnieszka Kościelniak, Jan Marczewski i Łukasz Szczepanowski tworzą na scenie kosmosy. Ten wielki, przez duże K, a także ten teatralny oraz – tu może najważniejszy (wespół ze znakomitym Dawidem Sulejem Rudnickim) – ten muzyczny. Grają, śpiewają, tańczą, używają instrumentów – czy to harmonii, czy to skrzypiec czy brzucha koleżanki –  a wszystko to na jakimś kosmicznym (znowu przez duże K) poziomie. Scenografia i kostiumy Kaczmarka, choreografia Prusaka, reżyseria i adaptacja Kaim – najwyższej klasy. Ten spektakl to mocny kandydat w rankingach na przedstawienie mijającego sezonu. Spektakl warsztatowo znakomity, energetyczny, głęboki, emocjogenny. I, co ważne dzisiaj – jednakowo poruszający wszystkich, niezależnie od poglądów, sympatii czy opcji politycznych.

Gdybym miał opisać moje wrażenia po spektaklu Ewy Kaim, użyłbym jako metafory fragmentu prozy Wiesława Myśliwskiego:

„Mieliśmy łódkę. Zaciągałem ją czasem, gdzie największe szuwary, wszyscy mnie wołali, wołała matka, wołał ojciec, nie odzywałem się. Leżałem sobie NA DNIE i czułem się, jakby mnie nigdzie nie było. I gdyby pan mnie spytał, czy byłem kiedykolwiek szczęśliwy, to jedynie wtedy.”

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.