Biedny Garbaczewski patrzy na wieś – „Chłopi” Reymonta w Powszechnym

zdj. Magda Hueckel

zdj. Magda Hueckel

Spektakl „Chłopi” Garbaczewskiego zaczyna się od zadziwiająco nieumiejętnie przeczytanego przez Barbarę Wysocką opisu nadejścia zimy z II tomu oryginału. W trakcie tego czytania aktorzy, poubierani w białe kombinezony i połączeni w pary za pomocą nałożonych na głowy białych pończoch, odgrywają ruchowy performance. Polega ona na gromadnym przesuwaniu się od jednej metalowej konstrukcji do drugiej, niczym śnieg – główny „bohater” odbywającej się nad sceną projekcji. W toku spektaklu okaże się, że te przypominające cebulę, bądź kobiecą spódnicę w ludowym tańcu konstrukcje, to lipieckie chaty. Przekaz wydaje się prosty: aktorzy przez pół godziny wykonują śmiertelnie nudny performance, żeby pokazać, że do Lipiec przyszła zima.

Co ciekawe, trwa ona właściwie nieprzerwanie, choć wydarzenia sceniczne następują w miarę zgodnie z chronologią powieści. Spektakl kończy się wprawdzie opisem późnej jesieni, ale przecież wiadomo, że i tak, najbliższą perspektywę stanowi dla niej zima – tak jakby pokazywana przez Garbaczewskiego rzeczywistość zacięła się w jakimś psychodelicznym zapętleniu, przeżywając swoisty Dzień Świstaka.

Ów zapętlony świat, ukazany nam przez Garbaczewskiego to nic innego, jak nasza współczesna Polska. Zresztą, nie da się inaczej – „Chłopi” są przecież obok „Pana Tadeusza” najważniejszą polską epopeją a epopeja ze swej definicji przedstawia daną społeczność w całej okazałości: obyczajowej, społecznej, historycznej i metafizycznej. Adaptacja tego rodzaju dzieła literackiego na scenę z góry skazana jest zatem na takie właśnie odczytanie. Garbaczewski to wie i wykorzystuje. Starając się być wiernym powieściowej fabule, wybiera z niej te fragmenty, motywy czy sceny, które się z polską współczesną rzeczywistością rymują. Przykładem choćby opór wobec dziedzica, rąbiącego gromadzki las, samosąd wspólnoty nad Jagną czy obsesyjne wprost pożądanie ziemi. Wybór zimy, jako głównej pory roku w Polsce oraz swoiste zapętlenie rzeczywistości również jawią się w tym kontekście jako metafora społeczno-polityczna.  Wzmacniają ją dodatkowo środowiskowe żarty na temat przemarzniętych kartofli w teatrach, Polskim i Starym, czy gry słowne z nazwiskami artystów polskiego teatru. Głównym tematem tego spektaklu jest zatem nasza współczesna społeczno-polityczna rzeczywistość. Spektakl stawia diagnozę i pokazuje, jak jest. A jest… źle. A może i gorzej! Jak w tym rosyjskim przysłowiu – „żyt’, eto kak jebat’ tigra: niemnożka straszno, niemnożka smieszno”. Gdyby spektakl Garbaczewskiego miał właśnie takie proporcje, byłby wybitny, na scenie jest jednak tylko śmiesznie. Nieustanna zgrywa, żart, parodia i pastisz. Ani jednej sceny serio. Tylko Ewa Skibińska wydaje się być od tej rzeczywistości odklejona. Jej Dominikowa ma momenty scenicznej prawdy, bo ona traktuje swoją bohaterkę jak człowieka, a nie jakiegoś „wieśniaka do obśmiania”. I to – w kontraście z innymi – działa. Jej scena z ziemią była o czymś ważnym. Poruszała swoją szczerością. Mówiła do widza wprost. Natomiast reżyser i większa część zespołu ciągle się przed nami ukrywają. Reżyser – a to za parateatralnymi badaniami terenowymi, a to za postmodernistycznym smaczkiem, aktorzy zaś za parodią, udawaniem, wybałuszaniem oczu, graniem idioty czy ośmieszaniem reakcji gawiedzi w kościele. Żeby tylko nie uczłowieczyć, żeby tylko nie bronić postaci. Czy ukrywają się, by czasem ktoś nie pomyślał, że im się te postaci (oraz książka) podobają? Czyżby artystów Powszechnego dosięgła choroba polskiego społeczeństwa – wstydzenie się wszystkiego, co związane ze wsią? Strach, że ktoś mógłby pomyśleć, że oni, tacy wielkomiejscy lubią „Chłopów”? Cóż, w takim razie może trzeba było zrobić „Seks w wielkim mieście”…

Najsłabiej bowiem wypada Garbaczewski tam, gdzie należy wykazać się znajomością wiejskiej rzeczywistości. Rażą bzdury, wygłaszane z perspektywy kogoś, kto całe życie mieszkał w mieście, a najważniejszym wydarzeniem dzieciństwa było pociągnięcie krowy za cycek u babci na wakacjach. By zdyskredytować wszystkie te brednie o ekologii i „wiejskim życiu w zgodzie z naturą” wystarczą pierwsze z brzegu kociaki, brutalnie utopione w rzece, bo rzeczywistość wiejska jest niestety brutalna i bezwzględna. Podobnie „Chłopi” Reymonta. Ale o tym Garbaczewski i jego zespół wydają się nie mieć pojęcia. Ukoronowaniem tej ignorancji jest program do spektaklu. Jest tam Kazimiera Szczuka, są jakieś socjologiczne fantazmaty Andrzeja Ledera, jest nawet… Houellebecq (!) – chyba żeby było światowo – a nie ma na przykład nawet wspomnienia o najwybitniejszym (przepraszam obecnego w programie Wiesława Myśliwskiego) po Reymoncie pisarzu nurtu chłopskiego w Polsce, Tadeuszu Nowaku. A wystarczyłoby przeczytać jeden jego wiersz, żeby zobaczyć, że na temat wsi wiele do powiedzenia się nie ma.

Podobał mi się za to motyw granicy tak zwanego „teatru krytycznego”. Już w pierwszej scenie, kiedy aktorzy grają śnieg, potem krowę czy kurę odczuwałem jakiś rodzaj śmiechu z samych siebie. Taką gorzką, ironiczną ciekawość Garbaczewskiego, żeby zbadać, co może jeszcze zostać „zjedzone” a następnie „wydalone” przez współczesny teatr. Według mnie były w tym spektaklu jedynie trzy sceny, które wyszły poza „bekę” z infantylnych z założenia, wiejskich problemów: pożar brogu, kazanie księdza oraz scena z ziemią. Smaczek miała też obowiązkowa w teatrze Garbaczewskiego wisząca ręka, tu „zawieszona” w sposób nieoczywisty.

Aktorzy są świetni, wygłupiają się, dystansują, zmieniają głos, a im bardziej publiczność chichocze, tym bardziej się wygłupiają, dystansują, zmieniają głos… tyle tylko, że niezbyt wiele z tego wynika. Oprócz Ewy Skibińskiej na wspomnienie zasługuje tylko Magdalena Koleśnik w roli Jagny. Oceniam tylko te momenty, kiedy nie mówi, bardzo prawdziwe i poruszające, o tych, w których mówi – nie mogę się wypowiadać, bo siedząc „na krowie”, prawie nic nie słyszałem…

Krzysztof Garbaczewski kolejny raz miał bardzo dobry pomysł na spektakl.  „Chłopi” to jednak cały świat, a na świat Garbaczewski pomysłu nie ma. Potrafi – to już dużo – postawić diagnozę, do tego słuszną. Ale nic więcej. Bezradność Jagny wobec świata odbiła się w oczach reżysera. Tej bezradności się przestraszył i zaczął zgrywać. I tak przez trzy godziny. Męczące.

1 Komentarz

  1. Faktycznie na scenie jest „tylko śmiesznie”. Najśmieszniej podczas sceny gwałtu. Gratuluję poczucia humoru

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.