„Berlin.AlexanderPLASK” w reż. Natalii Korczakowskiej w STUDIO teatrgalerii w Warszawie

zdj. Krzysztof Bieliński

zdj. Krzysztof Bieliński

Natalia Korczakowska w swoim spektaklu „Berlin.Alexanderplatz” w STUDIO teatrgalerii zaproponowała nam swoistą postmodernistyczną zabawę w polski teatr ostatnich lat: cytat goni cytat – Borczuch, Treliński, Warlikowski, Jarzyna, Zadara, Kleczewska itd. (proponuję zabawę w zgadywanie, która scena od kogo i z jakiego spektaklu). Wisienką na torcie jest parodia słynnych spektakli Mikołaja Mikołajczyka z Zakrzewia, robionych z seniorami – w III części uroczy amatorzy po siedemdziesiątce – poprzebierani w mundury ochrony – najpierw odgrywają „chór grecki”, śpiewający pod nosem coś, czego nie da się usłyszeć, ale co ma być zapewne komentarzem do wielopiętrowej – niczym w wieży Babel – narracji sceny, po czym ruszają w pląs o lekkim zabarwieniu dansingowym (okropna choreografia Tomasza Wygody). W międzyczasie sam choreograf grający „ciemne alter ego” bohatera (Bartosz Porczyk) rozpoczyna monolog nad kolejnym – tym raz mającym postać gumowej lalki – alter ego swoim i bohatera, a z wnętrza tejże lalki -  podczas czegoś na kształt sekcji zwłok – „wylatują” kolejno gumowe organy i spadając na podłogę robią głośne „plask”. Pointą tej sceny są słowa, że lalka, czyli „ciemne alter ego” bohatera czyli on sam – nie ma serca! Odkrycie ważniejsze niż kopernikański przewrót, a metafora co najmniej na miarę późnej podstawówki. Założę się, że Emil Zola po obejrzeniu tej sceny nigdy nie napisałby „Nany”…

A miało być tak cudownie! Powieść, okrzyczana nieco histerycznie niemieckim „Ulisessem”, nowe otwarcie STUDIO teatrgalerii, sztandarowy spektakl nowej dyrektorki artystycznej, wybitni aktorzy śp. Teatru Polskiego we Wrocławiu, świetna aktorka TR Warszawa, Katarzyna Warnke, uciekająca od morderczych ścianek, które ostatnio nie mogą przestać zachodzić jej od tyłu. Słowem: książkowa recepta na wielki sukces. Recepta tak stuprocentowo skuteczna, że niektórzy moi koledzy już przed premierą ogłosili spektakl arcydziełem, a STUDIO teatrgalerię jednym z trzech najlepszych teatrów stolicy.

Alternatywne fakty, głoszone przez przyjaciół STUDIO teatrgalerii, mają się jednak nijak do rzeczywistości. Powstało jedno z najgorszych przedstawień, jakie oglądałem ostatnio w Warszawie. Spektakl tak absurdalny, że aż niewiarygodny. Dobrych rzeczy było w nim jak na lekarstwo, ale je wymieńmy dla porządku: scenografia Anny Met, kilka momentów Bartosza Porczyka w roli głównego bohatera Franciszka Biberkopfa, role aniołów Katarzyny Warnke i Tomasza Nosińskiego, pomysł gangu z autoironiczną rolą Haliny Rasiakówny i tyle.

Problemem głównym jest tu przede wszystkim przeciętna adaptacja powieści i zła reżyseria Natalii Korczakowskiej. Adaptacja broni się o tyle, że zachowana została przynajmniej jakaś fabularna osnowa losów Franciszka, pozwalająca widzowi jako tako orientować się w sytuacji. Reżyseria woła już niestety o pomstę do nieba. Klamer spinających spektakl mamy kilka, wszystkie się na siebie nakładają, prowadząc do zupełnego bełkotu. Mamy więc: narrację aniołów, „zacytowaną” z filmu Kabaret Boba Fossa, mamy teatr w teatrze (zabieg zamiany sceny z widownią i wprowadzenie postaci ochroniarzy), film gangsterski (wątek gangu), film kręcony z publiczności i rzut kamery na ścianę (widzowie oglądają fragmenty na telebimach), mamy wreszcie ekipę filmową kręcącą film na żywo (zabieg z człowiekiem, trzymającym mikrofon „szczotkę”). Widz nie ma żadnych szans, żeby się w tych narracjach odnaleźć, tym bardziej, że reżyserka kompletnie nad nimi nie panuje – przykładem wątek gangu i mikrofonu „szczotki”. Mikrofon, który pojawia się w pierwszych scenach tego wątku jako jego emblemat, znika później z niewyjaśnionych powodów.

Problemy z narracją dotykają prawie wszystkich elementów spektaklu. Weźmy głównego bohatera. Ma swoje „ciemne milczące alter ego”. I super, przez dużą część spektaklu jakoś się to tłumaczy. Do momentu, gdy „milczące alter ego” się nie odezwie. Pretensjonalność nieumiejętnie wypowiadanego tekstu razi w sposób szczególny, do tego dochodzi gumowa kukła – kolejne alter ego ludzkiego alter ego – a cały ten pseudobarokowy koszmar przyprawia widza o ból głowy.

Kompletnie niezrozumiały wydaje się tu upychany na siłę wszędzie, gdzie się da, wątek „nieokreśloności płciowej” – przyjmujący formę „drag queen show” w jej najbardziej wulgarnej, stereotypowej formie. Robert Wasiewicz przebrany za kobiety, grający tak, żebyśmy broń Boże nie pomyśleli, że to naprawdę, i że mu się to podoba, popełnia tu jeden z najważniejszych błędów aktorskich – ocenia swoje postaci, nie broni ich. W związku z tym na scenie mamy do czynienia z płaskim i durnym pastiszem – ale najważniejsze, że „jest zgrywa”. Gdzie była wtedy reżyserka? Mam nadzieję, że nie rechotała wraz ze swymi akolitami „jakie to zajebiste”, podobnie jak rechocze teraz jej widownia. Wątek homoseksualny wrzucony jest wszędzie, gdzie można – prawie każdy mężczyzna musi w spektaklu albo chodzić na obcasach, albo mieć homoseksualne fantazje. Widać, że reżyserka zbyt wiele czasu spędziła w warszawskim klubie „Ramona”, niech jednak pamięta, że bywalcy tego klubu może i zapewnią jej medialny sukces, ale na pewno nie jakość spektaklu.

Aktorstwo jest w tym przedstawieniu dramatyczne i nie piszę tu o kategorii, tylko o jakości. Poza Nosińskim, Warnke, momentami Porczyka i niektórych członków gangu Rasiakówny (Andrzej Szeremeta), żal patrzeć. Bezładna i niezrozumiała plątanina sztucznych słów, min, gestów, sprzedawana publiczności pod hasłem „tkanki wielkiego artystycznego teatru”. Żadne zabiegi PR-owe nie są zresztą w stanie przykryć chałturniczego charakteru przedstawienia i mizerii jego przekazu. Wierzę, że Natalia Korczakowska chciała dobrze i miała coś ważnego widzom do przekazania. Trzeba się było jednak skoncentrować na treści i sposobach jej komunikowania widzom, a nie tylko zaprzyjaźnionym krytykom oraz odseparować się od oczekiwań i polityki, której narzędziem stał się ostatnio STUDIO teatrgaleria. Pojawia się jednak pytanie, czy to w ogóle możliwe…

Napiszę o jeszcze jednej smutnej sprawie, która w złym świetle stawia… oświetleniowca Bartosza Nalazka. Część foteli widzów stoi w przestrzeni gry aktorów. Miałem wątpliwą przyjemność spędzić tam I akt. Światło tak brutalnie biło po oczach, że nic nie było widać, a pobyt tam skończył się bólem głowy. Rozwiązanie jest proste, albo wyrzucamy fotele z przestrzeni gry, albo poprawiamy światło, zresztą sugerowałbym w całym spektaklu to drugie rozwiązanie.

Natalia Korczakowska rozpoczęła swoją dyrektorsko-reżyserską karierę w STUDIO teatrgalerii od spektakularnej klapy. Trudno się z tego cieszyć, jeśli kocha się teatr. By robić dobry teatr nie wystarczy zaprosić plejady gwiazd, cytować inne udane spektakle, zawrzeć modne, „szokująco-aktualne” wątki, chodzić do „Ramony” oraz trąbić na lewo i prawo, że się zrobiło niemieckiego Joyce’a (sugerując chyba widzowi, że może nie zrozumieć tak trudnej literatury i, co za tym idzie – spektaklu Korczakowskiej). To wszystko – włącznie z końcowym wyjściem gangu Rasiakówny z zaklejonymi ustami – wystarczy może, by otrzymać owację na stojąco, ale to zdecydowanie za mało by zrobić dobry teatr. Mnie w tym momencie zakleiło oczy. Musiałem je przecierać ze zdumienia.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.