„Idźta przez maki, we wsi Moskal stoi” – „Dziady” Nekrošiusa w Narodowym

Dziady_galeria_6

W finale II części „Dziadów” Eimuntasa Nekrošiusa pewny, zadowolony z siebie Guślarz (Marcin Przybylski), zachęcony bojaźnią i zbudowanym na skonstruowanych przez siebie fantazmatach (Zły Pan i Dziewczyna) posłuchem gromady, której przewodzi rozpoczyna finałową część swojego „metafizycznego” seansu. Nagle wśród tłumu zauważa kogoś, kto nie jest ani jego aktorem, ani widzem. Tym kimś jest wampiryczny Gustaw (Grzegorz Małecki). Od tego momentu motto Guślarzowego spektaklu, odpowiedź na pytanie, co to będzie – „nic nie będzie”, zaczyna powoli tracić wiarygodność. Zaskoczony Guślarz dobrze to rozumie, żeby więc ratować sytuację próbuje za pomocą przypadkowo znalezionej pałki do kierowania ruchem przejąć nad Gustawem kontrolę – podobnie zresztą jak to czyni z gromadą. Upiór jednak nie reaguje – stoi, milczy i patrzy. Guślarz jest przerażony. Oto jego rytualny show, zorganizowany w celu podtrzymania swojej władzy nad gromadą, z podstawionymi i wyreżyserowanymi przezeń aktorami, grającymi „widma”, wymyka mu się spod kontroli. Zabawa przeradza się w horror – oto wśród podstawionych „upiorów” pojawia się upiór prawdziwy. Guślarz zresztą doskonale rozpoznaje, z kim ma do czynienia – w końcu Upiór nie jest aktorem z jego teatru – jest kimś znacznie od niego potężniejszym. Dlatego w finale Obrzędu przerażony tłum gromadzi się wokół Guślarza, który dramatycznym, poruszającym gestem w kierunku nieba prosi o interwencję. Niebiosa oczywiście milczą, a niektórzy widzowie dostają gęsiej skórki.

Nekrošius postępuje dokładnie tak jak Wyspiański w „Weselu”. Zabawa – u litewskiego reżysera bardziej groźna, gdyż o politycznej proweniencji – prowadzi do uwolnienia demonów, które – raz oswobodzone – nie dają się łatwo okiełznać czy kontrolować. Ich siła, płynąca z innego, nieznanego nam porządku, potrafi zarówno zbawiać, jak i unicestwiać. Nekrošius nas przed owymi, uosobionymi przez Gustawa/Konrada demonami ostrzega. Czytając wnikliwie jednego z naszych największych znawców narodowej duszy, Mickiewicza próbuje w naturę owych – już uwolnionych – demonów wniknąć, ich naturę zgłębić, a wszystko po to, żeby te „narodowe upiory”, unieszkodliwić póki jeszcze czas. Trudno o prawdziwszą i brutalniejszą diagnozę obecnej, skomplikowanej sytuacji społeczno-politycznej w Polsce. Trudno też o bardziej właściwy sposób znalezienia rozwiązania – gdzie bowiem, jak nie w mickiewiczowskich „Dziadach”, tej arcypolskiej mieszaninie naszych kompleksów i narodowej dumy, naszej megalomanii i rzeczywistego cierpienia, naszej buty i braku szczęścia, szukać źródła naszych problemów i sposobu na ich rozwiązanie.

W IV części mamy okazję przyjrzeć się bliżej naszemu Upiorowi. Zjawia się on w chatce Pustelnika, by gospodarzowi i jego córkom opowiedzieć o swoim życiu. Opowieść tę Nekrošius ilustruje przepięknymi i niezwykle emocjogennymi obrazami, będącymi zwierciadłami stanów duszy bohatera. Trudno w tym miejscu nie wspomnieć o niesamowitej scenie z akordeonem, czy scenie z Marylą (Wiktoria Gorodeckaja). Sceny te składają się na obraz pełnego porażek i cierpień życia Upiora, które sprawiło, że stał się człowiekiem samotnym, zgorzkniałym, pozbawionym jakiejkolwiek nadziei na przyszłość. Kimś na kształt żywego trupa, wampirem z popularnych seriali, mroczną istotą, która – niczym Nosferatu Herzoga – nie cierpi swojej sławy, losu i nieśmiertelności. Konotacje wampiryczne, będące w zgodzie z mickiewiczowskim statusem Gustawa w części IV, pozwalają głębiej wniknąć w problem „wiecznej samotności” bohatera, wynikającej z jego nieśmiertelności i braku prawdziwej miłości. Wprowadzają też ironię, rodzaj krzywego zwierciadła, w którym przegląda się nie tylko Upiór, lecz także my sami. Nekrošius zwraca nam uwagę, że my, widzowie, czytelnicy Mickiewicza, Polacy, dokonaliśmy na postaci Gustawa podobnego zabiegu, co na wampirze. Zamknęliśmy go w pop-kulturze, której symbolem jest grób, zbudowany z książek Mickiewicza i rozdająca autografy ręka bohatera – historyczno-literackiego celebryty, którego nazwisko znają wszyscy, choć jako człowiek tak naprawdę nikogo nie obchodzi. To pierwszy zarzut do nas, Polaków anno domini 2016, rzucony nam w twarz przez litewskiego reżysera. Obchodzą nas celebryci, nie ludzie, nie sąsiedzi, nie rodzina – lecz „gwiazdy” składające autografy. Brak empatii, pogarda dla drugiego człowieka to pierwszy krok do nienawiści, która, jak wszyscy wiemy, może doprowadzić do nieszczęścia wojny, dobrze w Polsce znanego. Co jest zatem nam, widzom-Polakom potrzebne, żeby zacząć się nawzajem zauważać, słuchać się naprawdę wnikliwie i na dodatek ze zrozumieniem?

Nekrošius zdaje się mieć jedną odpowiedź na to pytanie – pokorę i wrażliwość dziecka. Świadczyć o tym może zabieg połączenia postaci córek (Paulina Szostak, Paulina Korthals) prawosławnego Księdza (Piotr Grabowski) z cz. IV i Aniołów z cz. III. Córki Księdza w przeciwieństwie do swojego ojca, słuchały Upiora bez uprzedzeń, bez osądzania, uczciwie i ze szczerym zainteresowaniem. Dzięki nim część III staje się zatem snem czy też wyobrażeniem dziecka, który nam, widzom, sugeruje przyjęcie postawy niewinności i pokory wobec Konrada, artysty, Polaka, innego człowieka, w końcu – wobec samych siebie. To one – niewinne i pokorne dzieci – dokonują przemiany Gustawa/wampira w Konrada/człowieka, usuwając mu symboliczne jadowe zęby, żeby mógł przemówić ludzkim głosem. Dzieci będą asystować we wszystkich najważniejszych scenach dramatu duszy, jaki odbędzie się na scenie w części III, bo tylko ich perspektywa potrafi sprawić, że bez sądów i pretensji, żalów i oskarżeń możemy zacząć wszystko od nowa.

Konrad Małeckiego, ten Konrad, którego mamy wreszcie zauważyć i wysłuchać, jest w spektaklu Nekrošiusa przede wszystkim człowiekiem. Ze wszystkimi swoimi wadami, problemami, kompleksami czy chorobami. Jego Wielka Improwizacja jest po prostu improwizacją – niezwykle intymną, ludzką, pełną wątpliwości i cierpienia rozmową z Bogiem czyli samym sobą. Nekrošius/reżyser jest wobec Konrada okrutny, dwukrotnie używając machinerii teatralnej – dźwiękowej i świetlnej – po to, by zaśmiać mu się w twarz, zdemaskować jego naiwną wiarę w to, że Bóg istnieje i mu odpowie. Znaczący wydaje się zwłaszcza gest nagłego oświetlenia Konrada punktowym światłem prosto w twarz – Konrad/Małecki dostaje od swego teatralnego Boga/Nekrošiusa „oświecenie”, ale nic nie widzi, bo „boskie” światło go oślepia. W kontekście milczenia prawdziwego Boga, zarówno tego z części II, jak i z improwizacji, arcyludzka postawa człowieka wydanego na pastwę innych ludzi, ośmieszanego ze względu na swoją naiwność i wiarę, dręczonego przez ludzi/szatanów, samotnego w swoim cierpieniu i zagubieniu – porusza do głębi. Intymna zaś, prawdziwa i głęboka gra Grzegorza Małeckiego daje nam widzom szansę na wielkie i oczyszczające przeżycie. Fakt, że człowiek – mimo brutalności współczesnego świata, mimo wszelkich przeciwności losu, mimo ośmieszenia Boga i duchowości (zarówno przez zwolenników, jak i przeciwników) – wciąż próbuje z nim rozmawiać, szukać go, żyć tak, jakby on ciągle istniał, sprawia, że jego godność i niewinność zostaje uratowana. I żaden fałszywy prorok, żaden faryzejski kapłan, żaden „Polskę zbaw” czy inny opętany przez szatana Guślarz tej godności i niewinności mu nie zabierze. To kolejna piękna i ważna konkluzja spektaklu litewskiego reżysera.

Nekrošius w niezwykle inteligentny sposób wygrywa też w spektaklu sprawę stosunków polsko-litewskich i relację obu krajów z Rosją. Wykorzystując zawartą w „Dziadach” informację że Nowosilcow wyjechał na Litwę – czyli z naszej perspektywy na Wschód – żeby tam pastwić się nad opozycjonistami, zrobił z tej informacji użytek i zbudował na niej aluzję do współczesnej sytuacji politycznej w naszej części Europy. Salon warszawski w jego spektaklu jest synonimem salonu polskiego, w którym rozleniwione w dobrobycie, megalomańskie i rozgadane Polskie elity są zajęte sobą w poczuciu, że ze strony Rosji nic im nie grozi, bo przecież „najpierw Ukraina, potem państwa bałtyckie, a dopiero na końcu – ewentualnie – my”. Litewski reżyser śmieje nam się – i słusznie – w twarz. Nasza naiwność jest doprawdy zabawna. Do tego dochodzi nasza wielka deklarowana przyjaźń, niezłomna katolicka postawa i trąbiona przez nas na wszystkie strony świata – melodia o solidarności z potrzebującymi pomocy, zarówno rodakami na Wschodzie, jak i sąsiadami, o uchodźcach już nie wspominając – po wysłuchaniu wstrząsających opowieści (niezwykle inteligentnie rozegrana opowieść o Cichockim), zbieramy datki, wysyłamy je razem z potrzebującymi daleko od nas i – wzorem Piłata – umywamy ręce. Tacy jesteśmy my, Polacy. Ale nie martwmy się, Nekrošius w prologu do spektaklu ustawia wielką makówkę, która potem się rozmnoży. A zatem wszystko, co oglądamy na scenie, to tylko narkotyczny, absurdalny sen. Możemy spać spokojnie, jak Nowosilcow. Nic nam nie grozi.

Reżyseria Nekrošiusa jest wybitna. Parę lat temu, oglądając w Moskwie „Eugeniusza Oniegina” Puszkina w reżyserii innego Litwina, Rimasa Tuminasa, marzyłem, żeby ktoś zrobił u nas „Pana Tadeusza” tak głęboko i tak wspaniale. Moje marzenie spełniło się w iście polskim stylu – wprawdzie Mickiewicz, ale nie ten. Jednak nie żałuję. Wyobraźnia reżyserska Nekrošiusa jest nieograniczona, jego zdolność do budowania nieoczekiwanych, wielopiętrowych, wielowymiarowych teatralnych metafor, do tego głęboko zakorzenionych w tekście i kulturze, jest porażająca. Każda z nich zdumiewa inteligencją, chirurgiczną precyzją i konsekwencją, a metafizyka – raz po raz pojawiająca się na ich styku – była dla mnie źródłem głębokich i oczyszczających przeżyć. Wymienię kilka scen, które dotknęły mnie najbardziej: zabawa Guślarza ze świeczką oraz „sterowanie” przez niego „ruchem” z pointą milczącego Boga, Ksiądz Piotr (Mateusz Rusin) jako ptak, który nie może latać, scena z akordeonem, znakomite egzorcyzmy z pieczątką szatana, smakowita parodia tyrana (Nowosilcow) w wykonaniu Arkadiusza Janiczka czy brawurowo zagrany „Salon warszawski” na golfowym polu. Nie byłoby tego przedstawienia, gdyby nie znakomita scenografia Mariusa Nekrošiusa, kostiumy Nadeždy Gultiajevej i światło Audriusa Jankauskasa.  Na osobne wspomnienie zasługuje najlepsza muzyka, jaką słyszałem w polskim teatrze od lat, skomponowana przez mistrza Pawła Szymańskiego. Współtworzyła ona i wpółreżyserowała spektakl. Wbijała się gdzieś pod podeszwę świadomości, na długo jeszcze po przedstawieniu dźwięcząc w uszach.

Aktorstwo w całości zaskakuje i zachwyca. Englert z Nekrošiusem postawili na „antygwiazdorską” wersję obsady i był to strzał w dziesiątkę. Poza świetnym Małeckim, znakomity był Marcin Przybylski jako Guślarz/Szatan, wspaniały, straszno/śmieszny Janiczek jako Nowosilcow, przejmujący i wzruszający Mateusz Rusin w roli księdza Piotra, świetne dwie Pauliny, Szostak i Korthals, w rolach Dzieci/Aniołów. Zapamiętałem też Magdalenę Warzechę (Kmitową), Kingę Ilgner (Rollinsonową) oraz perełkę aktorską, jaką stał się świetnie zagrany monolog Adolfa (Kacper Matula) o Cichockim w scenie „salonu warszawskiego”.

Jestem widzem, dla którego spektakl Nekrošiusa to arcydzieło. Pierwszy raz od dawna czuję, że muszę pójść do teatru jeszcze raz i jeszcze… Czy to wina maku? Zapewne, litewski mak uzależnia prawdziwie i potężnie. W Moskwie mnie przed tym przestrzegano, ale kto by tam słuchał Moskali…

4 Komentarze

  1. dziękuję za interesujący tekst dostrzegający osobność, aktualność i siłę teatru Nekrosiusa. Mam pytanie o źródło tytułowego cytatu. Siedzi mi on w głowie w nieco innej, też zapewne niekanonicznej postaci (idźcie przez zboże, bo we wsi…). Będę wdzięczny za zaspokojenie niezbyt pilnej, ale długotrwałej potrzeby.
    Z poważaniem i pozdrowieniami,
    Andrzej

    • Drogi Panie Andrzeju, dziękuję bardzo za dobre słowo. Cytat, o którym Pan wspomina jest oczywiście zabawą w postmodernistycznym stylu z cytatem, przytoczonym przez Pana a pochodzącym z Kabaretu Olgi Lipińskiej. Taka gra słów, w moim pojęciu dobrze wyraża ogólne przesłanie spektaklu a także wprowadza element humorystyczny, tak bardzo dzisiaj potrzebny… pozdrawiam DsK

  2. Dziękuję za recenzję. Jeśli wybierze się Pan ponownie, będę wdzięczna za potwierdzenie uwag o doskonałej grze aktorskiej. Mam wrażenie, że brałam udział w innym spektaklu – granym jakby na pół gwizdka, bez wysiłku. W efekcie zmęczenie sięgnęło zenitu, czego w ogóle się nie spodziewałam po tym, jak wrocławska realizacja w minionym sezonie pozytywnie zaskoczyła mnie swoim tempem i potencjałem utrzymywania mojej uwagi przez cały czas.

    • Pani Anno,

      przepraszam, że odpisuję tak późno. Istotą teatru jest zmienność, to co wczoraj było wspaniałe, dziś wydaje się nijakie i na odwrót. Przykro mi, że trafiła Pani na gorszy spektakl. Nie będę bronił aktorów, bo to nie moja rola, ale obiecuję, że jeśli tylko pojawię się na spektaklu, natychmiast do Pani napiszę o swoich wrażeniach, serdecznie pozdrawiam, DsK

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.