Juliusz Cezar z przekrzywionym laurem – Wysocka reżyseruje Szekspira w Teatrze Powszechnym w Warszawie

c28a7fe7-4b1d-4d1f-b8ed-8bd5266c44d0_714x

„Juliusz Cezar”, choć bardzo posępny, właśnie dziś ma dla nas szczególne znaczenie, gdyż opisuje społeczeństwo skazane na katastrofę”
W.H. Auden „Wykłady o Szekspirze” (1947)

W przedstawieniu Barbary Wysockiej „Juliusz Cezar” w Teatrze Powszechnym bardzo podobała mi się scenografia Barbary Hanickiej, którą stanowił przede wszystkim fragment widowni, w postaci kilku rzędów teatralnych czy też kinowych foteli. W kontekście szekspirowskiej tragedii scenografia ta tworzy znakomity skrót myślowy, prowadząc nas, widzów w kierunku demokracji – tej demokracji, która jest jedną z głównych bohaterek Szekspirowskiej tragedii. Co ciekawe, pisanej przecież w jednym z najbardziej autorytarnych okresów w dziejach Europy. Demokracji w której, niczym w kinie czy teatrze, każdy ogląda to samo, płaci podobnie za bilet, choć już nie każdy ze swojego fotela widzi wszystko tak samo wyraźnie. Widownia ta automatycznie staje się też lustrem dla nas, widzów, Anno Domini 2016, wskazując nam polski, współczesny kierunek interpretacji spektaklu. Bo o współczesnej polskiej demokracji będzie to przedstawienie – o jej początkach, o pierwszych różnicach poglądów jej bohaterów, o ich wygórowanych ambicjach, żądzy władzy, zazdrości i nienawiści, która popchnie jednych do mordu na drugich. Wszystko oczywiście w imieniu ludu, który – niekoniecznie milcząc – ogląda tę opowieść ze swoich teatralnych foteli. Ostatni ślad dawnej jedności – opozycyjna wobec dyktatury stanu wojennego, punkowa muzyka lat 80-tych będzie dźwięczeć w przedstawieniu Wysockiej jako swoisty ironiczny refren, a w gorzkim epilogu, stanowiącym niejako powrót do punktu wyjścia spektaklu, generał Jaruzelski jeszcze raz ogłosi stan wojenny. Historia zatoczy koło. Dla zrozumienia spektaklu Wysockiej ważne jest, abyśmy my, widzowie spróbowali się zastanowić, w którym momencie tej historii – jako społeczeństwo – obecnie się znajdujemy. Czy już po zabójstwie Cezara, czy tuż przed, a może po interwencji Antoniusza? Na to pytanie będą sobie Państwo musieli odpowiedzieć sami.

Scenografia Hanickiej zostaje też bardzo dobrze wykorzystana przez reżyserkę – w centralnym miejscu widowni siedzi Juliusz Cezar, stanowiąc główny punkt odniesienia dla swoich towarzyszy, którzy zaczynają spiskować przeciwko niemu, gdzieś na jej obrzeżach. Znamienny jest też sposób przemieszczania się bohaterów spektaklu, którzy nie używają do tego przejść między rzędami, lecz chodzą na skróty, przeskakując przez fotele. W miarę upływu czasu, na skutek rozwoju wydarzeń, owa widownia zostanie przechylona i częściowo spalona, a w końcu spektaklu – przesunięta lekko w bok. W finale na jej fotelach zasiądą duchy tych, którzy odeszli, bo choć w fizycznym sensie umarli, w planie metafizycznym i symbolicznym stali się nieśmiertelni, przez co jeszcze dla żywych groźniejsi.

Całą tę historię rozgrywa Wysocka na dwóch planach – na planie realnej historii szekspirowskiego dramatu oraz na planie kulis teatru, który reżyseruje. Pomysł to nienowy, ale w tym przypadku przynoszący powiew świeżości i co ważniejsze – poszerzający horyzont semantyczny spektaklu. Tak więc z jednej strony mamy historię Juliusza Cezara, jego z dnia na dzień rosnącej władzy, buntu towarzyszy, spisku na jego życie, w końcu śmierci i „zemsty zza grobu”, z drugiej zaś – historię dominacji jednego z aktorów Teatru Powszechnego nad innymi aktorami, ich niezadowolenia, buntu, spisku, w końcu usunięcia go formalnie z przedstawienia. Nieformalnie powróci on na scenę jako duch i zasiądzie złośliwie na widowni, razem z innymi „nieżyjącymi” już aktorami, utrudniając im ich dalszą pracę. Konflikt na obu planach rozwiąże sama reżyserka, Barbara Wysocka. Wkroczy na scenę jako Marek Antoniusz i mocą swojej teatralnej władzy, zmieni bieg historii tak, żeby w finale „unicestwić” zbuntowanych aktorów i zakończyć odgrywaną tragedię. Chociaż zadanie ma ułatwione, gdyż wszystko to napisał już Szekspir, a przed nim historia, zabieg ten wywołuje nieoczekiwane konsekwencje. Załóżmy na chwilę, że Rzym to teatr przy Zamoyskiego, a scena tego teatru to Polska. Jeśli więc Rzym został uratowany – wprawdzie kosztem wojny domowej, ale zawsze – przez Marka Antoniusza, spektakl teatralny uratowała, wkraczając na scenę reżyserka, pojawia się pytanie – kto uratuje nas, widzów Teatru Powszechnego, Polaków 2016. Jeśli w ogóle, to jakim kosztem? Przed kim, to akurat jest jasne – przed nami samymi, przed tuczoną naszymi kompleksami nienawiścią do wszystkiego, co żyje, zawiścią, niepohamowaną żądzą władzy i dominacji nad drugim człowiekiem, żądzą pieniądza, hipokryzją i religijną obłudą.

Jak widać, autorska adaptacja szekspirowskiego arcydzieła oraz oparta na niej, spójna i konsekwentna koncepcja reżyserska Wysockiej, dawała szansę, nie tylko na przedstawienie ważne, lecz może wręcz wybitne. Tak się jednak nie stało, a winne temu jest słabe i nierówne wykonanie. W prologu spektaklu Mateusz Łasowski i Arkadiusz Brykalski słowami trybunów ludowych Marullusa i Flawiusza zwracają się bezpośrednio do widzów, atakując ich i obrażając. Na moim spektaklu publiczność weszła z nimi w ostrą pyskówkę. Aktorzy zdawali się być nią szczerze zaskoczeni, Łasowski kompletnie sobie z tą sytuacją nie radził. Na szczęście Arkadiusz Brykalski wraz z pomocą widzów, coraz bardziej zniecierpliwionych popisami kilku cwaniaków, tę sytuację opanował, ale niesmak pozostał. Mój zarzut do reżyserki i aktorów jest taki, że jeśli wymyśla się taki gest, prowokacyjny i bardzo agresywny w stosunku do widowni, to trzeba przemyśleć wszystkie jego konsekwencje oraz przygotować się na różne – czasem też niestety skrajne – reakcje i sytuacje. Wyglądało to tak, jakby reżyserka, lekceważąc widzów, w ogóle nie przewidziała w tej scenie gwałtownej ich reakcji. Publiczność ma zatem siedzieć cicho i słuchać? To chyba już nie te czasy… Kto sieje wiatr, zbiera burzę. Zaskoczenie i początkowa bezradność aktorów, agresywne reakcje obronne Mateusza Łasowskiego nie najlepiej świadczą o artystycznej pokorze Barbary Wysockiej i jej aktorów.

Aktorstwo tego spektaklu pozostawia wiele do życzenia. Właściwie w całości broni się tylko Kasjusz Michała Czachora, który jako jedyny znalazł odpowiedni klucz do podwójnego świata spektaklu Wysockiej. Jego Kasjusz, odgrywając swoje życiowe role – człowieka, obywatela, wreszcie bohatera historii – był złożony, niejednoznaczny i prawdziwy a nade wszystko poruszający. Z dużym wyczuciem i talentem buduje też postać Brutusa Arkadiusz Brykalski. Musi jednak uważać, gdyż są miejsca, gdzie rozpędzone koło charyzmatycznej, energetycznej roli wymyka mu się spod kontroli i pojawia się w jego głosie niczym nieumotywowany krzyk. Wystarczy tylko czasem wyhamować, wysyczeć coś bądź wyszeptać, a diapazon emocji spowoduje potężne wzmocnienie słowa, osłabionego nadmierną ekspresją. W drugim planie istnieje tylko Anna Moskal, zmieniająca kobiece postaci niczym rękawiczki. Dzięki hipnotycznemu wprost podobieństwu do Tildy Swinton oraz ponadprzeciętnym, zupełnie niewykorzystanym w Teatrze Powszechnym możliwościom, udaje się jej – przede wszystkim wbrew Szekspirowi – napisać mały kobiecy rozdział w historii Juliusza Cezara. Cezar Michała Jarmickiego nie istnieje, właściwie najbardziej charyzmatyczny i przejmujący jest w roli trupa. Mateusz Łasowski już któryś raz (na przykład „Szczury” Kleczewskiej) pokrywa swoją aktorską bezradność wrzeszczeniem. Zaskoczyła mnie zupełnie sama reżyserka w roli Marka Antoniusza. Choć zarzucałem jej niedawno monstrualny brak aktorskiego umiaru w „Lilli Wenedzie”, tu popadła z kolei w drugą skrajność – jej rola pozbawiona jest zupełnie energii i charyzmy. Kluczowy monolog Antoniusza, zmieniający tak naprawdę bieg historii i spektaklu, wypadł blado i nieprzekonująco. W tym przypadku jestem jednak bardziej wyrozumiały. W końcu niełatwo jest być jednocześnie twórcą i tworzywem.

Barbara Wysocka stworzyła przedstawienie ważne i z pomysłem. Do tego spójne i konsekwentne, co przecież nie jest specjalnością sceny przy Zamoyskiego. I choć szanuję zastrzeżenia tych spośród widzów, którzy uważają że w tytule powinno być napisane „na motywach „Juliusza Cezara” Szekspira, uważam, że reżyserka nie przekroczyła granicy w reinterpretacji szekspirowskiej tragedii. Szkoda, że nie mogę „Juliusza Cezara” nazwać spektaklem wybitnym, a to dlatego, że jest wyreżyserowany niechlujnie, zaś na poziomie aktorskiego rzemiosła – najzwyczajniej w świecie niedopracowany. Radzę też twórcom Powszechnego więcej pokory wobec widza. Jeśli już naprawdę chcą się Państwo wtrącać, bądźcie gotowi na to, że ci, którym przeszkadzacie, mogą ruszyć na Was z pięściami. I wówczas na nic zdadzą się wasze „słowa, słowa, słowa”…

1 Komentarz

  1. Byłam jakiś czas temu w Warszawie i miałam okazję zobaczyć spektakl. Trafił do mnie, bo właśnie taki klimat lubie, ale największe wrażenie zrobiła na mnie nie gra aktorska a właśnie scenografia. iście mistrzowska.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.