ZŁOTE TRUSKAWY 2016

projekt: KONICK

projekt: Konick

Drodzy Czytelnicy,

w związku z odchodzącym na pola historii ciężkim rokiem 2016 nadszedł czas na przyznanie dorocznych antynagród w dziedzinie teatru. Jednym kryterium kwalifikacji jest dla mnie fakt obejrzenia przedstawienia w danym roku. Kolejność prezentowania nominacji jest przypadkowa.

Złota Truskawa przyznawana jest w kilku kategoriach (adaptacja teatralna, scenografia, reżyseria, rola męska, żeńska oraz spektakl), a wybór ten poprzedzają nominacje (liczba nominowanych jest zależna od ilości podmiotów, domagających się swoją jakością nominacji). Same nominacje nie są wcześniej zapowiadane, dowiadują się o nich Państwo wraz z ogłoszeniem listy nagrodzonych.

Przyznanie Złotej Truskawy za rolę czy scenografię nie jest równoznaczne z przyznaniem antynagrody całemu przedstawieniu – bywa, że w świetnym spektaklu zdarzy się jakiś dysonans, który w żadnym razie nie może stać się reprezentacją całości! „Komisja regulaminowa” może przyznać też szereg wyróżnień, do których – w myśl dzisiejszej mody – przyznaje sobie nieograniczone prawo.

Protokół z posiedzenia jednoosobowej komisji dotyczący przyznania nagród „ZŁOTE TRUSKAWY 2016”:

W dniu 27 grudnia br. „Komisja”, zwana dalej Komisją, pod przewodnictwem Komisji zebrała się gdzieś na południu Polski, przy nakrytym zielonym suknem stole, aby przyznać regulaminowe nagrody – „ZŁOTE TRUSKAWY” oraz inne wyróżnienia w dziedzinie teatru za rok 2016. Komisja miała do dyspozycji ponad sześćdziesiąt obejrzanych spektakli, swoje „widzimisię”, talerz sernika z zakalcem, kieliszek czystej, orkan „Barbara” za oknem oraz gorący termofor pod nogi. Po czterech godzinach obrad, czyli - zgodnie ze standardami dobrej zmiany ok. trzeciej w nocy – Komisja zakończyła obrady i przyznała następujące regulaminowe nagrody – ZŁOTE TRUSKAWY w dziedzinie teatru za rok 2016:

ADAPTACJA TEATRALNA/TEKST NAPISANY NA SCENĘ

Nominacje:

Jolanta Janiczak „Każdy dostanie to, w co wierzy”, Teatr Powszechny w Warszawie. Za niezrozumienie powieści Bułhakowa, za zestaw pytań, które do niczego nie prowadzą, w końcu za udawanie, że publiczność ma jakikolwiek wpływ na kształt spektaklu. Podkreślić należy żenujący poziom scen, w których Woland ze swoją trupą narusza społeczny warszawski porządek… Tego się nie da wziąć na trzeźwo. Nie bez kozery artyści podczas spektaklu częstowali widzów alkoholem…

Tomasz Man i Agnieszka Glińska „Liżę twoje serce”, Marcin Januszkiewicz – teksty piosenek. Teatr Capitol we Wrocławiu. Chcieli dobrze: poprzez los romskiej dziewczyny poetycko opowiedzieć o złożonej powojennej sytuacji w wielonarodowym Wrocławiu. Wyszło tragicznie: poezja zamieniła się w grafomańskie teksty w stylu „Żyrafę gotujemy, zaraz się najemy”, a losy Romki – w zestaw wątpliwych dowcipów i krzywdzących stereotypów. Bohaterka wchodzi do tramwaju i mówi: „nie bójcie się, nic wam nie ukradnę”. Jej ukochany, Cygan, ma oczywiście złotego zęba. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby na spektakl przyszła klasa, do której chodzi romski chłopiec. Po spektaklu, przez rok będzie z powodu tego zęba wytykany palcem… Twórcom wyraźnie zabrakło wyobraźni, empatii i dobrego smaku…

Łukasz Wojtysko, „Śmierć i dziewczyna”, Teatr Polski we Wrocławiu. Za zrobienie „Pianistki” wbrew autorce. Za mord na chirurgicznie precyzyjnym, chłodnym, specyficznym języku Jelinek, doprowadzonym tu do postaci wycinanki zdań, fragmentów i kontekstów. Za bełkot, który się z tych zabiegów narodził. Po obejrzeniu spektaklu na myśl przychodzi Królowa z „Iwony, Księżniczki Burgunda” i jej słowa: „Czytajmy, czytajmy, niech lektura wzmoże żądzę mordu!”. Tym razem na dramaturgu i jego „arcydziele”.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Tomasza Mana, Agnieszki Glińskiej i Marcina Januszkiewicza za LIŻĘ TWOJE SERCE w Teatrze Capitol we Wrocławiu

SCENOGRAFIA

Nominacje:

Magdalena Maciejewska, „Liżę twoje serce”, Teatr Capitol we Wrocławiu. Nie wiem, czy zabrakło pieniędzy czy pomysłu… Magdalena Maciejewska to przecież scenograf uznany! Okropne, tandetne, białe prostopadłościany straszą mnie w koszmarach do dziś. I jestem niemal pewien, że straszą również znakomitych muzyków, występujących w spektaklu. W końcu przez prawie całe przedstawienie pozostają oni w głębi sceny, szczelnie otuleni przez owe „papierowe monstra”. Wygląda to na jakieś estetyczne molestowanie.

Gintaras Makarevičius „Miarka za miarkę”, Teatr Dramatyczny w Warszawie. Scenografię tego spektaklu stanowi monumentalna sala sejmowa. Rozwiązanie to ma zasadniczą wadę: przestrzeń raz ustanowiona musi nas męczyć już do końca. Po jakiejś godzinie jej potencjał się wyczerpuje. Potem zaczyna nużyć, a w końcu denerwować, bo niektóre próby jej eksploatacji wydają się wbrew logice dramatu i zdrowemu rozsądkowi. Sytuacji nie poprawia fakt, że prawdziwy sejm przewija się przez nasze telewizory we wszystkich wiadomościach po kilka razy dziennie. I nic z tego nie wynika, podobnie jak na scenie Dramatycznego. Aż człowiek ma ochotę zaprotestować.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Magdaleny Maciejewskiej za LIŻĘ TWOJE SERCE w Teatrze Capitol we Wrocławiu.

*Nominacji w tej kategorii mało, bo polski teatr scenografią stoi. Wiele spektakli nie byłoby wartych wspomnienia, gdyby nie scenografia. Takie postacie jak Hanicka, Borkowska czy Kaczmarek zasługują za swoją pracę na Oscary, a nie na Truskawy. Szkoda, że reżyserzy często nie są w stanie wykorzystać ogromnego potencjału owych plastycznych dzieł sztuki.

REŻYSERIA

Nominacje:

Marek Kalita i Aleksandra Popławska, „Dogville”, Teatr Syrena. Cóż, „chciałoby się wielkich rzeczy, a tu pospolitość skrzeczy”. Reżyserzy nie mogli się zdecydować, czy zrobić swój spektakl, czy skopiować film von Triera. Z zastrzeżeniem, że jeśli kopiować - to bezwzględnie i w całości. Wyszło najgorzej jak można, bo ani źle, ani dobrze, tylko całkiem nijako. Twórcy nie poradzili sobie również z „efektem obcości” Brechta, który stanowił główny komponent napięcia w materii oryginału von TrieraSmutno było patrzeć na sceny „kopiuj/wklej” z filmu (np. słynne jabłka) czy zagmatwane skróty myślowe (lalka), sugerujące brak pomysłów. Aleksandrze Popławskiej nie udała się też sztuka wyreżyserowania samej siebie w roli Grace. Dogville w Syrenie zniknęło we mgle przeciętności i niezdecydowania. Pies z kulawą nogą by tam nie trafił.

Wiktor Rubin, „Każdy dostanie to, w co wierzy”, Teatr Powszechny w Warszawie. Tu mi się dostanie - w końcu reżyser dostał nagrodę za reżyserię tego spektaklu na Boskiej! Trudno. Według mnie Wiktor Rubin oparł się na Bułhakowie, kompletnie nie rozumiejąc powieści. Przykładem są działania Wolanda i jego trupy, w spektaklu sprowadzone do infantylnego, żenującego pokazu zgrywy w perfumerii czy też ubierania męskiej ofiary z publiczności w suknię. Jak to się ma do rzeczywistych działań Szatana, który jest „cząstką tej dziedziny, co zła wciąż pragnie, a dobro wciąż czyni”? Happening na scenie jest „fajny”, „śmieszny”, „zajebisty”, ale od tak uznanego reżysera oczekiwałbym czegoś na wyższym poziomie, niż podprowadzona Lupie wanna, ściągnięty od Kleczewskiej nagi Czachor czy częstowanie publiki alkoholem… ale dobrze, mea culpa! Każdy dostaje to, w co wierzy. Ja, wychodzi na to, nie wierzę w nic.

Ewelina Marciniak, „Śmierć i dziewczyna”, ś.p. Teatr Polski we Wrocławiu. Żaden skandal pornograficzny nie jest w stanie przykryć mizerii tego spektaklu. Bardzo słaby, grafomański tekst Wojtyski wyreżyserowany jest przez Marciniak pompatycznie, z zadęciem i pretensjami do arcydzieła. Wyszło mizernie. Niechlujnie. I po prostu słabo. Reżyserka, pogubiona w baroku pomysłów, utknęła w meandrach własnego artystycznego labiryntu. Gdy opadły już emocje skandalu – nagi, słaby szkielet tej konstrukcji widać wyjątkowo wyraźnie.

Oskar Korsunovas, „Miarka za miarkę”, Teatr Dramatyczny w Warszawie. Dziwne to wszystko: oto znakomity reżyser wykłada się na Szekspirze. Wybitnie polityczny tekst Stradforczyka obudowuje wybitnie politycznym polskim kontekstem. Wychodzi z tego teatralny pleonazm, zmieniający tekst Szekspira w swą własną, na dodatek lichą, parodię. Przy okazji, gdzieś w przepastnych zakamarkach oczywistej, pozbawionej uroku scenografii, giną reżyserowi ludzie. Nie ci poboczni, ci mają się świetnie. Giną mu protagoniści – Izabela i Angelo. Wychodzi aktualnie i z zadęciem. Niestety również fałszywie, płasko oraz „w celu udowodnienia z góry narzuconej tezy”. Niczym w Wiadomościach TVP.

Bogusław Linda, „Frankenstein”, Teatr Syrena. Ten spektakl mógł się udać, gdyby nie reżyser. Przykład to przedstawienia, które jest plastycznie piękne, ma świetną obsadę i aż się prosi, żeby reżyser nie przeszkadzał. Niestety, stało się. Rozczarowuje głównie słaba konstrukcja spektaklu. Do tego manieryczny sposób prowadzenia narracji – wypełnianie przerw między scenami blackoutem, mordującym rytm i potoczystość przedstawienia oraz kuriozalne pomysły typu półminutowa „dziura” (w teatrze to wieczność) po to, by aktor obiegł budynek i wszedł przez widownię. Litości! Pan Bogusław jest świetnym aktorem. Jeden pies raczy wiedzieć, czemu uparł się, żeby reżyserować.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Bogusława Lindy za FRANKENSTEINA w Teatrze Syrena.

ROLA MĘSKA

Nominacje:

Dawid Rafalski, Aktor/Mistrz, „Każdy dostanie to, w co wierzy”Tego nie można znieść. Aktor gra Mistrza i aktora grającego Mistrza. Łazi, krzyczy, trzęsie się i autoanalizuje. Po co? Tego nie wie nikt. Otrzymujemy więc jakiś koncept, który na pewno jest „wysoce artystyczny”, „wielki w przekraczaniu granic” oraz „ważny społecznie”. Dobrze. Już siedzę cicho. Tak daleko moja widzowska percepcja nie sięga. Za wysokie progi na moje niewyperfumowane nogi.

Przemysław Stippa, Angelo, „Miarka za miarkę”. Dziwne to uczucie, gdy drugoplanowi aktorzy zżerają protagonistę. Konwencja i reżyser nie pomagają, więc samemu musi walczyć o swoją postać – zwłaszcza, gdy jest kluczowa. Tej walki mi tu zabrakło. Zostało miotanie się po scenie, puste gesty i jakiś pośpiech, żeby to wszystko jak najszybciej zakończyć. Może i dobrze. Wszak aplikacje w komórce już od godziny domagały się kultury…

Wojciech Niemczyk, Jakub Frank, „Księgi Jakubowe”, Teatr Powszechny w Warszawie. Główna rola u Marciniak. Charyzma bohatera powieści Tokarczuk sprowadzona zostaje tu do atrakcyjności seksualnej młodego mężczyzny. Aktor nie ma łatwo. U Tokarczuk Frank ma dziobatą twarz. Może wydawać się fizycznie odstręczający, a jednak ma wielkie powodzenie u kobiet. Z tej cechy fizycznej wynika już pewne napięcie. W przypadku przystojnego Niemczyka należało oprzeć się na innych źródłach napięcia. Niestety, w moim przekonaniu aktor nie poradził sobie z tą rolą. Nie znalazł w sobie nic, poza kilkoma minami i posuwistymi gestami, które miały uwodzić zarówno członków jego religijnej wspólnoty jak i nas, widzów. Wspólnotę uwodził, bo tak było napisane i wyreżyserowane. Widza mogła co najwyżej uwieść uroda aktora. To zresztą niemało. Na ładnego, nawet jak nic nie gra i tak miło popatrzeć.

Sebastian Majewski, Gospodarz, „Komediant”, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi. Znakomita Agnieszka Kwietniewska w roli tytułowej to dla dyrektora Teatru Jaracza zabójcze zwierciadło. „Lustereczko powiedz przecie, któż najlepszym aktorem na świecie? Tyś aktorem wspaniałym jak gwiazdy na niebie, Kwietniewska jednak tysiąc razy wspanialsza od ciebie”. Na szczęście dla Majewskiego w sukurs przychodzi mu Bernhard, stawiając go miłosiernie pod ścianą. Finita la commedia. Rola Gospodarza jest bowiem z najczarniejszego snu o farsie. Przegrana, nienaturalna, płaska. Wprowadza widzów w stan, w którym Hitler, faszyzm i inne okropności budzą… radosne śmiechy. Kwietniewska przez pierwsze dwadzieścia minut wydobywa spektakl z przepaści tej źle granej farsy. Podobnie jak pozostali świetni aktorzy spektaklu Agnieszki Olsten. Z tego względu uprzejmie przypominamy, że w teatrze dyrektor jest od dyrektorowania, a nie od grania. Amen!

Rafał Zawierucha, Pall Mall, „Bucharest Calling”, Teatr Współczesny w Warszawie. Młody aktor prezentuje specyficzne, nierzadkie podejście do zawodu aktora, najlepiej wyrażone w słowach Witolda Gombrowicza: „Poniedziałek, ja. Wtorek, ja. Środa, ja, Czwartek, ja”. Grając u Jarosława Tumidajskiego nie zwraca uwagi ani na kolegów, ani na spektakl. „Idzie po swoje”, nie oglądając się na nikogo. W rezultacie widzimy jak młody artysta, ewidentnie zafascynowany Borysem Szycem (gesty, intonacja), staje się jego parodią. Aktorem posiadającym hektolitry scenicznej bezczelności, pozbawionym jednak prezentowanej przez Szyca wrażliwości, otwartości na partnera oraz świadomości służby spektaklowi i jego przesłaniu. Uwaga! Czerwona lampka pulsuje natarczywie!

ZŁOTA TRUSKAWA dla Sebastiana Majewskiego za rolę Gospodarza w KOMEDIANCIE w reż. Agnieszki Olsten z Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi.

ROLA ŻEŃSKA

Nominacje:

Katarzyna Zawadzka, Elizabeth, FrankensteinCóż, aktorka nie ma lekko. Jej rola sprowadza się do pięknej „dekoracji udekorowanej” pięknymi piersiami. Sama jednak nie robi nic, by wyjść poza te wyznaczone jej przez reżysera granice. Dodatkowo trudno powiedzieć, czy aktorka skupia się na walce z wadą wymowy, czy na własnej kreacji. W takiej sytuacji komentarz wydaje się zbędny.

Małgorzata Gorol, Erika, Śmierć i dziewczyna. Aktorka nie wie, kogo i co gra w poszczególnych scenach. Winni są wprawdzie dramaturg i reżyserka, ale to Gorol świeci oczami przed publicznością. W przeciwieństwie na przykład do Ewy Skibińskiej, aktorka zupełnie nie odnajduje też się w konwencji spektaklu. Po prawdzie trudno się jej dziwić, bo konwencja zmienia się jak w kalejdoskopie. Skoro jednak inni mogą, nie ma tu usprawiedliwienia. W zeszłym roku dałbym jej Oscara za rolę w „Podróży zimowej”, w tym – kandyduje do Truskawy. Miejmy nadzieję, że po raz ostatni.

Barbara Wysocka, Kathrine, Matka Courage i jej dzieci reż. Michał Zadara. Barbara Wysocka ma tu rolę marzeń. Niemą. Ileż można tu zagrać! Ileż można ukryć, nie odzywając się! Niedowiarkom polecam Panoramę w TVP2 bez głosu. Poważnie, przyznaję, że Wysocka ma jedną znakomitą scenę – gdy zauważa przez chwilę, że ma matkę (Danuta Stenka). Gdyby zauważała ten z pozoru nieznaczący fakt przez cały spektakl, nominowałbym ją do Oscara. A tak? Kontaktu z partnerem brak. Dramatyczne gesty są. Jakieś miny również. Może nawet prawdziwe, ale z daleka nie widać. Kathrine zatem jest. Nawet zgodna z koncepcją Brechta. Kathrine bez wyrazu.

Aleksandra Popławska, Grace, Dogville. Na początku był twórca czy tworzywo? Dylemat ponoć nie rozwiązywalny. Aleksandra Popławska postanowiła to sprawdzić i przy pomocy męża wyreżyserowała się sama na scenie Teatru Syrena. Czy coś z tego wyszło - nie wiem, bo ze sceny nie za wiele widać. Po wspaniałym wejściu Popławska popada w jakąś apatię. Gra w jednym rytmie, nic się nie dzieje, nic się nie zmienia. Aktorka na scenie – piękna skądinąd kobieta – obsesyjnie dba o urodę. Może dlatego czasu na rolę już nie starczyło? Nie wiem… Pomyślałem teraz, że Grace niczym Kathrine z poprzedniego akapitu mogłaby w spektaklu nic nie mówić. Może to by coś zmieniło?

Martyna Kowalik, Izabela, Miarka za MiarkęW krótkich, żołnierskich słowach: nie ma Izabeli, nie ma dramatu Szekspira. Żal mi tej młodej aktorki, bo to nie do końca jej wina, ale rola to rola – albo jest, albo jej nie ma. Miarka za miarkę.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Aleksandry Popławskiej za rolę Grace w DOGVILLE

SPEKTAKL ROKU

Nominacje:

O wszystkich tych spektaklach powiedziałem już wiele. W tej kategorii nie ma zatem uzasadnień. Oto lista nominowanych:

KAŻDY DOSTANIE TO, W CO WIERZY”, reż. Wiktor Rubin, Teatr Powszechny, Warszawa

DOGVILLE”, reż. Marek Kalita i Aleksandra Popławska, Teatr Syrena, Warszawa

FRANKENSTEIN”, reż. Bogusław Linda, Teatr Syrena, Warszawa

ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA”, reż. Ewelina Marciniak, Śp. Teatr Polski, Wrocław

MIARKA ZA MIARKĘ”, reż. Oskar Korsunovas, Teatr Dramatyczny, Warszawa

ZŁOTA TRUSKAWA dla spektaklu „KAŻDY DOSTANIE TO, W CO WIERZY” w reż. Wiktora Rubina – za ignorancję twórców, za brak konsekwencji, za nijakość ideową całości, przede wszystkim zaś za infantylność pomysłów i udawanie, że widz ma jakikolwiek wpływ na przebieg przedstawienia.

ZGNIŁA TRUSKAWA za osiągnięcie życia:

Cezary Morawski

Laudacja niepotrzebna, jego poczynania jako dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu mówią same za siebie.

Wyróżnienia:

Władze Województwa Dolnośląskiego pospołu z MKiDN za brutalny mord na Teatrze Polskim we Wrocławiu. I to w roku, kiedy miasto świętowało Europejską Stolicę Kultury. Zbrodnia czy kpina? Za komentarz niech posłuży trup zespołu i teatru, ożywiony na chwilę w czasie Olimpiady Teatralnej.

Michał Czachor, Woland, „Każdy dostaje to, w co wierzy” za najbardziej żenującą scenę roku: psikanie sobie stóp testerem perfum, co miało symbolizować przekraczanie granic… Cóż, jaki Woland, takie granice…

Część ludzi teatru, którzy przyszli pracować do „nowego” Teatru Studio. Galeria w Warszawie pod dyrekcją artystyczną Natalii Korczakowskiej, do tej pory wyrażająca święte oburzenie poczynaniami Cezarego Morawskiego w Polskim we Wrocławiu. Za hipokryzję.

„Artyści”serial Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki. Za pokazanie ludzi teatru jako osobników infantylnych, nieodpowiedzialnych i nepotycznych, choć w istocie miłych. Za koncept duchów teatru z pobielonymi twarzami w stylu późnego gimnazjum oraz za ugruntowanie w społeczeństwie opinii, że artyści to banda dobrze zarabiających i bawiących się za publiczne pieniądze nierobów. Rewelacyjne aktorstwo pogrążyło cały ten obraz teatru – uwiarygadniając go w stu procentach.

Szanowni Nominaci, Laureaci i Czytelnicy! Podsumowując przyznanie Nagród „Złote Truskawy” 2016, chciałem Was zapewnić, że nie robię tego dla „hejtu” i „beki”. Moim głównym celem, jako krytyka, jest też pokazywanie Wam, Artystom teatru, która z dróg wiedzie Was – w moim przekonaniu – na manowce. Robię to nie dlatego, żeby Was piętnować, ale po to, żebyście po tych manowcach więcej nie błądzili albo błądzili ze świadomością, że tam jesteście. Staram się, żeby moje pisanie było uczciwe wobec Was, dokładnie tak samo, jak Wy staracie się każdego dnia, żeby teatr, który tworzycie, był uczciwy wobec mnie, widza. Takiego teatru - i Wam, i sobie – w Nowym Roku życzę!

Boże Narodzenie 2016

Tintoretto NARODZENIE JEZUSA (ok.1570)

Tintoretto NARODZENIE JEZUSA (ok.1570)

Szanowni Czytelnicy DsK!

Z okazji Świat Bożego Narodzenia, życzę Państwu zdrowia, pomyślności i spokoju! Niech te kilka dni będzie dla Państwa czasem odpoczynku od trudnej codzienności! Czasem, w którym znajdą Państwo dłuższą chwilę dla Najbliższych, Przyjaciół a może też dla odkładanej od kilku miesięcy dobrej książki! Niech Światło Betlejemskie będzie z Nami!

Pozdrawiam zimowo,
Tomasz Domagała

DOMAGALAsieBOSKIEJKOMEDII – oficjalny blog Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia. Dzień IX

WSZYSTKO O MOJEJ MATCE reż. M. Borczuch

WSZYSTKO O MOJEJ MATCE, reż. M. Borczuch, zdj. Klaudyna Schubert

MATKA W GARDEROBIE

Widziałem wczoraj spektakl Borczucha po raz drugi. Rozkwitł. Osiągnął przez ostatnie kilka miesięcy jakąś lekkość, która w odbiorze przeradza się w jeszcze większą gorycz. Pewnie wielu z Was zastanawia się, dlaczego wygrał. Ja nie. Przy całym szacunku dla innych świetnie napisanych, zakomponowanych, wykonanych i zagranych spektakli –jak „Kumernis” Agaty Dudy-Gracz czy „Podopieczni” Pawła Miśkiewicza – „Wszystko o mojej matce” jest najbardziej intymnym i najgłębiej wnikającym w nas spektaklem festiwalu. Esencją tego oddziaływania – niezależnie od kalendarza czy szerokości geograficznej – jest słowo „matka”. Borczuchowi wczoraj udało się to, co nie udało mu się tuż po premierze – wzbudzić jakiś podskórny, pełen goryczy liryzm, tak dobrze znany tym, którzy kochają „Wszystko o mojej matce” Almodovara. W moim mniemaniu to rezultat poczucia bezpieczeństwa i wewnętrznego spokoju aktorek. A one kwitną – odkryciem jest dla mnie Monika Niemczyk, która po premierze wydawała się zagubiona i przerażona, a teraz uspokoiła się i wprost eksplodowała jakimś wewnętrznym światłem. Do ideału Marisy Paredes doszła Halina Rasiakówna - nie ma w niej wprawdzie rozedrgania Humy Rojo z filmu Almodovara, ale jako borczuchowa Huma błyszczy pełnym blaskiem jakiejś nieuchwytnej, hiszpańskiej kobiecości. A może po prostu kobiecości? I ma racje, mówiąc, że cały spektakl mógłby się odbyć w jej garderobie. Ta garderoba to esencja spektaklu Borczucha, to tam Krystyna Zarzecka, powtarzając gest matki z almodovarowskich „Wysokich obcasów” wykona z playbacku przebój Luz Casal „Piensa en mi” (Pomyśl o mnie), tam jest serce spektaklu, tam pojawia się magia. Zresztą uważam, że to przedstawienie powinno się nakręcić w teatrze telewizji ze zbliżeniami. Wtedy jego intymność zostanie podarowana każdemu widzowi w dużo silniejszej dawce. Michałowi Borczuchowi z serca gratuluję - nie zawsze nam po drodze, ale to przecież także istota teatru. W tym spektaklu czuję z nim pełną wspólnotę, nie tylko przez teatr, lecz także przez wspólnotę przeżycia.

Ps. Recenzja, którą napisałem w kwietniu nic a nic się nie zdezaktualizowała. Poniżej wklejam jej fragment i linka do niej dla widzów szukających obszerniejszej analizy:

(…) Mamy zatem fragmenty spektaklu – w przeciwieństwie do Almodovara – o konkretnej matce, po czym widzimy, jak taki spektakl się buduje. W pierwszej części życie matki jest muzycznym improwizowanym tematem, zagranym przez instrumenty/aktorki pięknie i precyzyjnie na tyle, na ile to możliwe, w drugiej – partyturą, która czeka, aż reżyser, niczym muzyk nastroi je wszystkie, żeby mogły wydać z siebie czysty ton. Obraz, jaki powoli wyłania się z owego zapisu, jest coraz bardziej smutny i przygnębiający. Już samo stworzenie takiego spektaklu przysparza niesamowicie wiele problemów. Jak na przykład wytłumaczyć aktorkom, kim była i jaka była matka, gdy samemu się tego nie wie, bo z powodu silnie emocjonalnych z nią relacji nie jesteśmy w stanie zobaczyć jej obiektywnie. A przecież wydaje się, że Borczuch i Zarzecki, w opozycji do Almodovara i w zgodzie ze swoim synowskim przekonaniem, chcą mit matki zdekonstruować, subiektywnie go ukonkretnić i dzięki temu zrobić spektakl uczciwy i szczery. Pytanie: wobec kogo?”

Reszta:

http://domagalasiekultury.blog.pl/2016/05/12/wszystko-o-twojej-matce-spektakl-borczucha-i-zarzeckiego-w-lazni-nowej/

KOMEDIANT reż. A.Olsten, zdj. Magda Hueckel

KOMEDIANT, reż. A.Olsten, zdj. Magda Hueckel

BOSKA KOMEDIANTKA

Agnieszka Kwietniewska dostała wczoraj Boskiego Komedianta za główną rolę żeńską w spektaklu Agnieszki Olsten – nomen omen - Komediant na podstawie dramatu Thomasa Bernharda z Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. I słusznie. Grając „wielkiego” Bruscona, odwiedzającego ze swoim zespołem w ramach tournée gospodę w zapadłej austriackiej dziurze, Kwietniewska zachwyca. Jej „komedianctwo” opiera się przede wszystkim na żonglowaniu stanami emocjonalnymi. To wielka umiejętność – przejście z jednego ekstremalnego stanu w drugi w obrębie dwóch kwestii. Potrzeba niezwykłej samodyscypliny i skupienia, nie mówiąc o talencie. Kwietniewska gra ciągle na granicy szarży, ani razu jej nie przekraczając, co świadczy o tym, że potrafi jeszcze panować nad formą. I to wszystko kilka centymetrów od twarzy widzów! Kapelusze z głów!

Spektakl ma dwa tematy: faszyzm i rozważania o naturze teatru czy sztuki w ogóle. Najciekawszy jest oczywiście – choć nie wiem, czy po myśli twórców – wątek faszystowski. Bruscon co rusz uderza w stół gospody, a pozornie niewidoczne faszystowskie nożyce się odzywają. Co ciekawe, relacje i zwyczaje w rodzinie Komedianta (na przykład łapanie przez niego córki za krocze) skojarzeniowo prowadzą nas raczej w kierunku piwnicy Fritzla niż katedry św. Stefana. Głównym pytaniem spektaklu wydaje się zatem: jak w tym zwyrodniałym, ponurym świecie uprawiać sztukę? Jak to robić, by nie oszaleć? Najbardziej prozaiczną odpowiedź daje w tym kontekście Kwietniewska: bezczelnie, widzowi prosto w nos, prawdziwie i szczerze.

Kwietniewska powinna dostać jeszcze jedną nagrodę: za naprawianie szkód, które z niejasnych przyczyn wyrządza spektaklowi dyrektor Teatru Jaracza Sebastian Majewski w roli właściciela gospody. Jego kompletnie niewiarygodna gra kubłami – poprzez swoją przesadzoną jarmarczność – wprowadza nastrój, z którego Kwietniewska wydobywa publiczność przez ponad połowę spektaklu. Rozumiem, że ma być śmieszno-strasznie, ale nie może być tak, żeby przez nieodpowiedzialny wybór obsadowy – dyrektor znacznie odstaje aktorsko od reszty świetnego zespołu spektaklu – złowrogi i poważny tekst brzmiał przez pół przedstawienia jak bulwarowa komedyjka! Publiczność, raz poprowadzona w tym kierunku, śmiała się już ze wszystkiego, nawet z Hitlera… Wielkie brawa dla Kwietniewskiej, bo tylko dzięki jej determinacji aktorskiej i charyzmie udaje się uniknąć katastrofy. Na szczęście pomógł sam Bernhard i postawił właściciela zajazdu tam, gdzie jego miejsce: pod ścianą. Wyglądało to trochę tak, jakby Agnieszka Olsten musiała dać zagrać dyrektorowi, żeby móc zrobić swoje przedstawienie – nie byłoby w tym jednak nic dziwnego, przecież o cenie uprawiania sztuki jest również tekst Bernharda. Tkwi w tym wszystkim jakaś piętrowa ironia losu, niewykluczone, że… zamierzona!

Podobała mi się scenografia i kostiumy Kaczyńskiej, światło Mleczki, muzyka Suchara i – wbrew dochodzącym z różnych stron narzekaniom – uważam spektakl za bardzo dobry. Znakomite role stworzyli Więdłocha, Gryczewska, Korcz, Rojewska oraz moja faworyta – Dorota Kiełkowicz (cóż za koncentracja i szyk „on the catwalk”, w rzeźniczym fartuchu!). Agnieszka Olsten to już reżyserka doświadczona, życzę jej w teatrze – większej determinacji. Wszak ma wszystko – wrażliwość, talent, umiejętności oraz oddanych jej ludzi. A to przecież w teatrze prawdziwy skarb!

BOSKA KOMEDIA 2016 – WYNIKI

Satysfakcjonują. Zgadzam się z nimi w dziewięćdziesięciu procentach. Najbardziej zaś cieszą mnie nagrody dla „Kumernis” – to znak, że w gąszczu technologii, wizualizacji i nowych poszukiwań nie zagubiło się sedno teatru: emocje. To ważne, że język emocji wciąż pozostaje teatralnym esperanto, pozwalającym porozumieć się ponad pokoleniami, podziałami i granicami. Nagrody dla Agnieszki Kwietniewskiej, Juliusza Chrząstowskiego czy Jana Peszka trudno kontestować. Ważne, że w moim odczuciu nikogo wartego zauważenia nie pominięto. O laureacie głównym, Michale Borczuchu, piszę powyżej.

Szanowni Państwo,

to już ostatni „oficjalny” dzień na DOMAGALAsieBOSKIEJKOMEDII, dzień dziewiąty, jak ostatni krąg dantejskiego piekła. Przyjdzie jeszcze czas na EPILOG, ale ten musi zostać napisany z dystansu. W tym miejscu pragnę serdecznie podziękować dyrektorowi Bartoszowi Szydłowskiemu za zaufanie i zaproszenie oraz pogratulować mu kolejnego sukcesu, jakim niewątpliwie było to niezwykłe święto polskiego teatru. Szczególnie dziękuję Marcie Pawlik za „boską” opiekę przed i w czasie festiwalu, opiekunce strony internetowej BK, Agnieszce Marek za owocną „współpracę technologiczną” oraz redaktorce moich tekstów, Katarzynie Kopias, która przez te dni czekała w pogotowiu na kolejne strony. Muszę się też do czegoś przyznać: moje teatralne plany pokrzyżowała w tym roku choroba i nie zobaczyłem wszystkiego według planu, mam jednak nadzieję, że Państwo tego nie odczuli.

Dziękuję też wszystkim Widzom i Uczestnikom Boskiej Komedii 2016! Za to, że dzięki Waszemu zaangażowaniu, miłości do teatru i otwartości otrzymaliśmy tak wielkie Świeto Teatru!

Na koniec chciałbym podziękować wszystkim moim Czytelnikom – za to, że byli Państwo ze mną, czytali, dyskutowali, wyrażali własne spostrzeżenia i opinie. Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgadzają, ale to przecież najpiękniejsze w teatrze. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz nasze drogi przetną się na teatralnych szlakach. Pełen optymizmu i nadziei żegnam się z Państwem i zapraszam na łamy mojego bloga. Nadal będę z uwagą śledził losy polskiego teatru i DOMAGAŁ się – w naszym, widzów, imieniu – jakości oraz szczerości.

Z wyrazami szacunku,
Tomasz Domagała

DOMAGALAsieBOSKIEJKOMEDII – oficjalny blog Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia. Dzień VIII

WESELE reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. H.Ch.Andersena w Lublinie, zdj.Semimatt.pl

WESELE reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. H.Ch.Andersena w Lublinie, zdj.Semimatt.pl

W DOMU LALKI – WESELE!

„(…) a ot, co z nas pozostało:
lalki, szopka, podłe maski,
farbowany fałsz, obrazki (…)”

Te słowa Gospodarza z II aktu Wesela wydają się punktem wyjścia lalkowego spektaklu Jakuba Roszkowskiego z Teatru im. Ch.H. Andersena. Tłumaczą one świetny pomysł, żeby wszyscy ludzcy bohaterowie Wyspiańskiego nosili ze sobą lalki. W ten sposób relacja między człowiekiem a jego lalką staje się głównym czynnikiem określającym każdą postać. Przytoczony wyżej monolog pojawia się pod koniec pierwszej części spektaklu, w momencie, kiedy Gospodarz brutalnie odziera bohaterów z ich lalek. W części drugiej (akt III) – pozbawieni balastu, ale też ochrony – będą czekać „na wielkie rzeczy”. Jak wiemy, w finale dramatu „pospolitość zaskrzeczy”, a bohaterowie znów schowają się w cieniu swoich lalek i w niemym przerażeniu będą spoglądali na widownię.

W spektaklu Roszkowskiego najbardziej podobali mi się aktorzy. Mieli oni skromność i prawdę podobną do tej, którą widziałem u studentów z Łodzi kilka dni temu. Widać było, że nie ma w nich żadnej minoderii, że autentycznie kochają swoją pracę. To było rozbrajające. W pewnym sensie ten spektakl był o nich – pierwszą część grali z lalkami, które również w sensie aktorskim były ich orężem, a zarazem schronieniem. W drugiej – siedzieli bezbronni, zdani tylko na siebie. Musieli mówić Wyspiańskim wprost do nas, tacy, jacy są. Nie wszystkim wychodziło tak samo dobrze, ale w każdym przypadku było szczere i przejmujące.

Nie podobała mi się za to kompletnie adaptacja. Skróty, zamiast pomagać w uchwyceniu sedna spektaklu, tylko zaciemniały cały obraz. Na konferencji po przedstawieniu reżyser Jakub Roszkowski wyjaśniał nam szczegóły swoich zabiegów adaptacyjnych. I dobrze, bo większa ich część jest w przedstawieniu nieczytelna. Że spektakl odbywa się w palarni (jak wszystko w dzisiejszej Polsce), bo tak było na weselu w Gdańsku – bardzo dobrze, ale co z tego wynika dla spektaklu? Miejsce akcji, niestety, w żaden sposób nie ma przełożenia na treść przedstawienia, wyjścia i wejścia postaci wyglądają na zupełnie nieumotywowane. Nie wiem też, co myśleć o połączeniu postaci „Gości” i Jaśka w jedno, bo zabieg ten dodatkowo skomplikował sprawę. Nadmienię tylko, że nie sposób było wywieść idei tego połączenia z chaotycznie pociętego i sklejonego tekstu… Na konferencji usłyszeliśmy o inspiracji niezapowiedzianą wizytą trzech przedstawicieli subkultury dresiarskiej na słynnym już weselu w Gdańsku. Dlaczego jednak zaowocowała ona w spektaklu postacią przylizanego hipstera  z wąsikiem, z Placu Zbawiciela w Warszawie? Notabene, kiedy po raz pierwszy pojawił się na scenie z przenośną lodówką pomyślałem, że to postać ze słynnej sztuki Eugene’a O’Neila „The Iceman Cometh” (Przyjdzie na pewno”).

Na konferencji jeden z widzów zadał pytanie: jaka jest wykładnia polityczna tego spektaklu, kto z kim – i o co – walczy? Ze strony twórców podniosły się głosy oburzenia, sprowadzające się do stwierdzenia: „proszę wybrać taką interpretację, jaka się panu podoba”. Nie było to zbyt dyplomatyczne. Widz, poza tym, że jest w teatrze gościem, wychowany jest przez polską szkołę oraz narodową tradycję wystawiania Wyspiańskiego w poczuciu, że „Wesele” zawsze niesie ze sobą doraźną politykę. W związku z tym należy być przygotowanym na takie pytania. Wyjaśnienia twórców nie były przekonujące: gdyby to, co sobie wymyślili – czyli uniwersalne, ludzkie, wolne od aktualnej polityki odczytanie „Wesela” - udało się na scenie, żaden widz nie zadałby takiego pytania.

Trochę ponarzekałem, ale w ostatecznym rozrachunku cieszę się, że mogłem zobaczyć aktorów lubelskiej sceny, którzy nie tylko umocnili moją wiarę w sens uprawiania teatru, ale stali się też najlepszą wizytówką swojej sceny oraz teatru lalkowego w ogóle. I obiecuję im, że w 2017 roku na pewno zobaczymy się w Lublinie.

DOMAGALAsieBOSKIEJKOMEDII – oficjalny blog Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia. Dzień VII

KUMERNIS, reż. Agata Duda-Gracz, zdj. Greg Noo-Wak

KUMERNIS, reż. Agata Duda-Gracz, zdj. Greg Noo-Wak

ZROZUMIEĆ NIEBO

Scenografię spektaklu Agaty Dudy-Gracz „Kumernis, czyli o tym jak świętej panience broda rosła” stanowi olbrzymi ikonostas. W świątyni prawosławnej ikonostas to bogato zdobiona, pokryta wizerunkami świętych ściana, oddzielająca nawę, w której gromadzą się wierni od sanktuarium – miejsca sprawowania liturgii, symbolu nieba. Wierni mają spoglądać na ikonostas, żeby lepiej zrozumieć liturgię odbywającą się w sanktuarium, czy jak kto woli – wydarzenia odbywające się „w niebie”.

Bohaterowie „Kumernis…” to właśnie owi święci z ikonostasu, którzy podczas spektaklu schodzą do nas, aby opowiedzieć nam swoją historię. Dodać należy, że ich losy dalekie są od stereotypu świętości, może poza tytułową Kumernis, która w tym okrutnym, barbarzyńskim świecie, jako jedyna zachowała czystość. Ewangelistami/świadkami tej opowieści są Kogutek Święty Napłotny, Kamień Święty Wołający, Modrzew Nieświęty Przydrożny oraz Wołek Nieświęty Polny. Ich przynależność do świata natury nadaje opowieści stosowny i nieco ironiczny w stosunku do ludzkich problemów dystans. Ciekawe jest też w spektaklu napięcie między brutalnością historii a jej sakralizacją. Czy zatem historia ta pozwoli nam lepiej zrozumieć niebo? To już pytanie do Państwa. Zresztą nie dla każdego przecież niebo znajduje się w świątyni.

Spektakl jest znakomity, świetnie wyreżyserowany. Agacie Dudzie-Gracz udało się coś w dzisiejszym teatrze niezwykle rzadkiego – osobista, przejmująca wypowiedź w języku emocji, ojczystym języku teatru. Język ten dokładnie zrozumieli aktorzy – ileż tam pięknych ról – Panienka Święta Benwenuta Reni Gosławskiej, Panienka Święta Ludka Katarzyny Wojasińskiej, Młodzianek Święty Albert Rafała Ostrowskiego, Młodzianek Święty Cyryl Cezarego Łukaszewicza czy wreszcie tytułowa Kumernis Magdy Kumorek, której – przyznaję – nie poznałem na scenie.

Światło Katarzyny Łuszczyk, muzyka Łukasza Wójcika, choreografia Tomasza Wesołowskiego, kostiumy, scenografia Agaty Dudy-Gracz oraz scenariusz, napisany przez nią wspólnie z Michałem Pabianem, dopełniają całość tego doskonałego przedstawienia. Bo to, co wydarzyło się na scenie tego wieczoru, było poruszającym do głębi, wręcz sakralnym przeżyciem. Pozwoliło choć przez chwilę dotknąć trudno uchwytnej metafizyki teatru. Przyznam, że przepłakałem połowę przedstawienia.

Agata Duda-Gracz to dziś jedna z najciekawszych polskich reżyserek. Ma osobny styl, własne tematy. Sama pisze, sama kreuje plastyczną wizję swoich spektakli – efektem tego jest przemyślany, inteligentny, głęboko emocjonalny teatr, którego jestem wielkim fanem.

Ps. Tradycją stały się już pozdrowienia przesyłane Państwu przez wybitnych aktorów. Oto kolejne!

ŁUKASZ SIMLAT, zdj. Łukasz Simlat

ŁUKASZ SIMLAT, zdj. Łukasz Simlat

DOMAGALAsieBOSKIEJKOMEDII – oficjalny blog Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia. Dzień VI

 

EGZORCYZMY

Ze spektaklem „Dybuk” Anny Smolar mam duży problem. Na pewno podobał mi się pomysł z podwójną kurtyną oraz świetna scenografia (ale już nie kostiumy) Anny Met. Reszta… nie jest milczeniem, lecz właściwie zbiorem znaków zapytania.

W jakim celu reżyserka buduje aż tak złożony, trzypiętrowy labirynt narracyjny? Oto grupa aktorów w ramach psychoterapii odgrywa współczesną młodzież z problemami, przygotowującą inscenizację „Dybuka” – żydowskiej wersji Romea i Julii, mającej swój dalszy ciąg w zaświatach. Sam pomysł z umieszczeniem uniwersalnej „legendy dramatycznej” An-skiego w kontekście współczesnym – znakomity, bo ukazuje zderzenie dwóch światów: tego bez miłości, w którym zwycięża śmierć i tego, w którym miłość silniejsza jest od śmierci. Niestety nadmierna komplikacja narracyjna sprawia, że nieczytelny staje się fakt kluczowy dla konstrukcji fabularnej – o tym, że ten sam chłopak, który popełnił samobójstwo z powodu internetowego hejtu, miał odgrywać w szkolnym przedstawieniu rolę tytułowego dybuka, dowiedzieliśmy się na… konferencji po spektaklu.

Wygląda na to, że nie tylko my, widzowie, pogubiliśmy się w tym labiryncie. Dostajemy bowiem trzy różne narracje, lecz ani jednej prawdziwej. Aktorzy Smolar nigdzie nie mrugają do nas okiem, że istnieje jakaś czwarta, reżyserska opowieść, która w tym chaosie pozorów pozwalałaby odczytać nadrzędną strukturę. Przeciwnie – kolejne piętra narracji są niczym cudzysłowy: tu niczego nie mówi się naprawdę. Efektem jest fałszywie grany serio-teatr, w którym nie bardzo wiadomo, kto gra kogo, a kto tylko udaje. Jeżeli sami aktorzy nie umieją sobie udzielić jasnych odpowiedzi na te pytania, widz ma prawo czuć się skołowany.

Kostiumy, konwencja, konferansjerka i żarty przypominają fuksówkę w PWST. Jest „zajebiście”, „dobrze się bawimy” na scenie, bo na widowni już niekoniecznie, lecz oczywiście „nikt nie ma prawa tego zanegować, bo przecież teatr spełnia swoją misję, poruszając ważny temat”. Zgoda. Pytanie tylko: dla kogo? Czy teatr robi się dla „misji” czy dla widza?

Pytania konferansjerki o żydowską kulturę zabrzmiały w Krakowie nieco infantylnie. Dlaczego nie można było nawiązać normalnej rozmowy z publicznością? Pomysł z zepsutą rzekomo kurtyną zrealizowany na poziomie teatru szkolnego – nie ma siły, żeby ktoś w to uwierzył. Oczywiście, może to było tak specjalnie nieudolne, żeby pokazać bohaterów w krzywym zwierciadle. W takim razie dlaczego bohaterowie nie przechodzą żadnej przemiany aż do końca spektaklu? A jeśli przechodzą – czemu tego nie widać?

Pamiętam, że Anna Smolar zrobiła świetnych „Aktorów żydowskich” w Warszawie. Ma talent i wrażliwość, pozostaje jeszcze kwestia artystycznej dyscypliny. Jeśli ten spektakl miał być swoistym egzorcyzmem na naszym pozbawionym duchowości świecie, to cała jego moc ugrzęzła w strukturalnym baroku. Tymczasem w teatrze zazwyczaj „mniej znaczy więcej”. Czekamy zatem na owo „więcej” w kolejnych przedstawieniach Anny Smolar.

CIERPIENIA MŁODEJ KRÓLOWEJ

Na scenie pojawia się młoda kobieta we fryzurze a la Elfriede Jelinek połączonej z końskim ogonem. Ubrana w nowoczesny obcisły garnitur. Bije od niej jakiś blask, jest władcza, a zarazem skupiona. Zaraz spotka się z ambasadorem Francji. Po chwili ona i jej towarzysze pozują do zdjęć, a my – niczym głodny sensacji tłum paparazzich – podglądamy początki jej władzy. Ta kobieta to Elżbieta I (rewelacyjna Maja Pankiewicz), królowa Anglii, córka Anny Boleyn i Henryka VIII.

W opozycji do niej, cały czas na scenie – jak bolesny wyrzut sumienia czy też przeszkoda, którą z tej sceny koniecznie trzeba usunąć – leży bądź siedzi jej wielka przeciwniczka, ucharakteryzowana na którąś z przedwojennych gwiazd Hollywoodu królowa Szkocji, Maria Stuart (świetna Maria Dębska).

Historia, opisywana przez Fryderyka Schillera, ma znane zakończenie. Wszak żaden kraj nie może długo funkcjonować, mając dwie równorzędne królowe. Jedna będzie musiała odejść. U Schillera, tak jak i w życiu – na zawsze.

Grzegorz Wiśniewski nie kombinował z formą – przeniósł lekko trącący myszką dramat słynnego Niemca w inspirowany współczesną kulturą bezczas. Wyszło bardzo dobrze. Pomaga w tym znakomite tłumaczenie Jacka Burasa i gra młodych aktorów. Spektakl jest dyplomem Wydziału Aktorskiego PWSFTviT w Łodzi, ważne więc było, aby oprócz wartości artystycznych, prezentował umiejętności absolwentów. I tak się stało, choć oczywiście zgodnie z odwiecznym prawem scenicznej hierarchii. Jedni mieli większe role i szansę zaprezentowania swojego talentu, inni – mniejsze.

Dziękuję zwłaszcza odtwórczyniom głównych ról; nimi ten spektakl stoi i muszę przyznać, że jeśli chodzi o prawdę przekazu, czystość intencji, wiarę w uprawianie aktorstwa – nie miały dotąd na tym festiwalu konkurencji. Dziękuję Wam za emocje i wzruszenia. Nie zawiedli także odtwórcy drugoplanowych postaci, w przypadku dramatu Schillera – męskich. Wśród nich wyróżniał się zwłaszcza Burleigh Krystiana Pesta. Miło zobaczyć świeżo upieczonych absolwentów, u których trudna rzeczywistość polskiego teatru nie zdołała zabić jeszcze pasji i żarliwości uprawiania sztuki. Życzę Wam, żebyście nigdy tej iskry w oczach nie stracili, bo to ona jest najszlachetniejszą esencją teatru.

Ps. Pozdrawiam panią profesor Ewę Mirowską, która między innymi sprawowała opiekę nad tym rokiem. Miałem przyjemność wiele się od pani Profesor nauczyć, podobnie zresztą jak bohaterowie tego tekstu.

Ps.2. Mam dla Państwa kolejne pozdrowienia!

JANUSZ GAJOS, zdj.Elżbieta Gajos

JANUSZ GAJOS, zdj.Elżbieta Gajos

DOMAGALAsieBOSKIEJKOMEDII – oficjalny blog Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia. Dzień V

BIAŁA SIŁA, CZARNA PAMIĘĆ, reż. Piotr Ratajczak, zdj. Bartek Warzecha

BIAŁA SIŁA, CZARNA PAMIĘĆ, reż. Piotr Ratajczak, zdj. Bartek Warzecha

CIEŃ BIAŁEJ SIŁY

Spektakl „Biała siła, czarna pamięć” widziałem w maju tego roku w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Bardzo mi się podobał, ale nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia. Spacerując sobie po Parku Skaryszewskim, w tamten późnowiosenny ciepły wieczór po spektaklu pomyślałem, że to na szczęście spektakl o Białymstoku, tam jest strasznie, ale mnie to w sumie nie dotyczy, bo przecież ja tam nie mieszkam. Po wczorajszym pokazie „Białej siły” na Boskiej, zrozumiałem, jak bardzo byłem lekkomyślny i naiwny.

Okazało się, że choć aktorzy Teatru Dramatycznego grali ten spektakl setki kilometrów od Białegostoku, to jego sceniczny obraz – metafora chorego, zarażonego morowym powietrzem nienawiści miasta, z którego nie wiadomo kiedy wykluwa się faszyzm – w jakiś niesłychany sposób stanął u naszych bram i zawłaszczył całą znajdującą się wokół nas przestrzeń. Zawłaszczył już nie tylko Białystok, lecz także Warszawę, Pcim, Suwałki i Wrocław, rozlał się po kraju niczym wody Wisły lub Odry po gwałtownej, wiosennej powodzi. Nie ma już Białegostoku – jest po prostu miasto „tu i teraz”, tuż za drzwiami teatru. Dziś spektakl ten opowiada już o każdym mieście w tym kraju i o wielu na tym kontynencie, a jutro lub pojutrze może będzie mówił o każdym mieście na tym świecie. Niezbyt dobra to wróżba na przyszłość, powódź nienawiści przybiera coraz większe rozmiary. Już nie możemy liczyć na to, że przejdziemy ją w suchym ubraniu, lada chwila fala uderzeniowa zmiecie i nas. Zmiecie, bo za lekkomyślność i naiwność często płaci się słoną cenę.

„Biała siła” zabrzmiała wczoraj w Ludowym wstrząsająco. Każda scena, każda kwestia, każde słowo miało moc złowrogiej przepowiedni, która właśnie zaczyna się spełniać na naszych oczach – tu w teatrze i tam, na zewnątrz, w tak zwanym realu. Jako widzowie znaleźliśmy się zatem w sytuacji Edypa: dostaliśmy oto szansę na odkrycie przeznaczonego nam od wieków tragicznego losu, który właśnie zaczął się spełniać. Nie jesteśmy już widzami – jesteśmy bohaterami spektaklu Ratajczaka, a sama „Biała siła” zaczyna przypominać klasyczną tragedię. Tragedię, która dzieje się „tu i teraz” – na scenie i w rzeczywistości. Zrozumienie, że bohaterem tej tragedii jestem również ja sam, przyniosło dojmujące poczucie wstrząsu. I prawdziwe, głębokie przeżycie. Nie chcę nawet myśleć, jaki los czeka nas wszystkich w finale. Po prostu się wczoraj przestraszyłem – bo mam poczucie, że jedyne, co mogę zrobić, to z pokorą przyjąć swój los i czekać, aż się wypełni… jak uczy nas wielka grecka tragedia.

Aktorzy Dramatycznego, z których każdy wciela się w kilka ról, grają wspaniale i wszyscy zasługują na pochwały. Hindus i jego żona, przejmująca nauczycielka polskiego, piosenkarz disco polo, prokurator od swastyki czy narodowiec, grający w „Skrzypku na dachu” – to prawdziwa galeria postaci i przeżyć nie do zapomnienia.

Chociaż spektakl Ratajczaka jest dla mnie olśnieniem, tym bardziej cennym, że doznanym dopiero za drugim razem, nie potrafię się do końca nim cieszyć. Zbyt głośno brzmią mi w tej chwili słowa Tadeusza Kantora: „do teatru nie wchodzi się bezkarnie”. Dotyczy to zarówno twórców, jak i widzów – dziś wszyscy możemy jedynie mieć nadzieję, że tym razem kara pozostanie w zawieszeniu.

Ps. Apeluję do nowego dyrektora Teatru Dramatycznego w Białymstoku, pana Piotra Półtoraka, żeby mimo kontrowersji, pozostawił ten spektakl w repertuarze. Dzięki niemu będziemy choć trochę bezpieczniejsi – wystarczy go bowiem obejrzeć, żeby zobaczyć, w którym akcie tragedii właśnie się znajdujemy.

PODWÓJNA WERYFIKACJA

Pod koniec „Drugiego spektaklu” Anny Karasińskiej (Teatr Polski w Poznaniu) jeden z aktorów siadając na widowni staje się widzem i prosi, żeby pozostali na scenie aktorzy zagrali „to, co tu i teraz”. Ci, po chwili zastanowienia, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza siada na krzesłach tyłem do nas jako „widownia”, a druga odgrywa poprzednią scenę ze zmienionym zakończeniem – szamotanina pary bohaterów kończy się postrzałem „widza”. „To, co tu i teraz” w teatrze, to tylko teatr, choć może on być bardzo niebezpieczny dla widza.

Ta znakomita, lustrzano-szkatułkowa scena Karasińskiej pokazuje, że młoda reżyserka – chyba już na dobre zaimportowana z filmu do teatru – to postać na polskiej scenie całkowicie nietuzinkowa. Ktoś, kto w swoim myśleniu o teatrze znacznie przekracza poziom sprawnego reżyserskiego rzemieślnika, ze swadą układającego szereg skeczy w wartki, śmieszny spektakl. Choć przyznać trzeba, że i ta umiejętność nie jest w dzisiejszym teatrze zbyt powszechna – może dlatego, że jak mówił Czechow: „ludzie śmieją się tylko z tego, co śmieszne”.

Po wielkim sukcesie debiutanckiego przedstawienia „Ewelina płacze” przyszedł dla reżyserki trudny czas weryfikacji. Każdy chciał zobaczyć drugi spektakl, żeby ocenić: czy sukces pierwszego to przypadek, czy eksplozja prawdziwego talentu. Nie ma się co obrażać o to na publiczność, bo taka już jej ludzka natura. Zresztą spektakl zrobiony przez reżyserkę w Teatrze Polskim w Poznaniu świadczy o tym, że Karasińska nie tylko się na nas nie obraziła, lecz postanowiła te nasze oczekiwania przekuć w teatr i zrobić o nich przedstawienie.

Zatem „Drugi spektakl” składa się z dwóch części – pierwsza opowiada w komediowej formie o teatrze, który od zawsze dzieje się na widowni. Bo widownia to przecież z założenia wspólnota ludzi, stanowiąca punkt odniesienia – nie tylko dla aktorów, lecz także dla pozostałych jej członków. Od lat wiadomo, że człowiek inaczej zachowuje się wobec drugiego człowieka, a inaczej wobec grupy ludzi – to jeden z dogmatów psychologii. Potwierdzeniem tego był dźwięk upadającego numerka z szatni, następujące po nim gorączkowe poszukiwania oraz różne reakcje widzów, którzy za chwilę mieli okazje zobaczyć podobną scenę zagraną przez aktorów Karasińskiej. Bo bohaterem tej części spektaklu jesteśmy po prostu my, widzowie.

Druga część spektaklu rozprawia się z naszymi – naiwnymi i nieskomplikowanymi – oczekiwaniami wobec aktorów i teatru w ogóle. Co ważne, Karasińska traktuje nasze niezbyt wybredne gusta z pobłażaniem i w żadnym razie ich nie deprecjonuje. Świadczy to o przenikliwości młodej reżyserki i o poważnym podejściu do tego, co robi. Spod tych zabiegów wyziera też pokora Karasińskiej wobec teatru i szacunek dla widza, co powoduje, że już na początku jej kariery mam ochotę pokłonić jej się szczerze i z sympatią.

Pierwsza część ma charakter stricte komediowy, druga dużo bardziej liryczny. Spektakl jest nierówny – o ile pierwsza mija szybko niczym teleexpress, druga traci impet. Nie napędzają jej już żarty, bo nadmiernie eksploatowane trochę się zużywają. Dostajemy za to dwie fantastyczne sceny, pochodzące jakby z innego, o wiele poważniejszego teatru. Oprócz wspomnianej już na początku szarpaniny z pistoletem następuje moment, w którym jedna z aktorek ma za zadanie zatrzymać wychodzącego z teatru widza. Choć powstrzymuje go w drzwiach, ani ona, ani jej koledzy, a za ich pośrednictwem reżyserka nie dają odpowiedzi w jaki sposób, jakimi słowami to zrobić. Przyznam się, że dla tych scen warto obejrzeć ten spektakl.

Aktorzy grają bez wyjątku świetnie. Prostota – specjalność Karasińskiej – urzeka tu i hipnotyzuje. Potrzeba jej jeszcze głębszego namysłu nad treścią i tym, co chce nam powiedzieć oraz większego doświadczenia. Ale z teatrem jest jak z jazdą samochodem – świetnym kierowcą można zostać tylko, gdy się jeździ. Z niecierpliwością więc czekam na okazję, żeby zobaczyć jej „trzeci spektakl”, a właściwie kolejny – bo po drugim w teatrze przestaje się liczyć. Liczy się tylko na siebie!

Ps. Nie udało mi się niestety zobaczyć festiwalowego pokazu spektaklu Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina „Każdy dostanie to w co wierzy” na podstawie „Mistrza i Małgorzaty”. Tym z Państwa, którzy mają jeszcze siłę do czytania polecam moją recenzję tego przedstawienia z lipca tego roku.

http://domagalasiekultury.blog.pl/2016/07/24/bulhakow-drugiej-swiezosci-albo-po-perfumach-ich-poznacie-kazdy-dostanie-to-w-co-wierzy-janiczak-i-rubina-w-teatrze-powszechnym/

Będziecie Państwo mogli porównać swoje wrażenia obecne z moimi starymi. Zapraszam.

DOMAGALAsieBOSKIEJKOMEDII – oficjalny blog Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia. Dzień IV

zdj. z serwisu On the Boards

THE INSTITUTE OF MEMORY (TIME), reż. Jan Lars, zdj. serwis OntheBoards

ZEMSTA HAMLETA

Prolog spektaklu „The institute of memory (time)” Larsa Jana jest jawnym nawiązaniem do sceny spotkania z duchem ojca w „Hamlecie”. Od razu określa to narratora historii – syna, który pragnie zgłębić prawdę o swym ojcu, a pomagać mu w tym będzie wierny przyjaciel oraz my, widzowie. Zabieg ten prowokuje też ważne pytania, dotyczące owych losów ojca, które mamy rekonstruować oraz naszego w tej rekonstrukcji udziału, a mianowicie: kto dokładnie był winien jego nieszczęścia i śmierci oraz czy w sytuacji określenia jakiegoś ich „sprawcy” syn ma obowiązek zemsty? A jeśli tak, to jak powinna ona wyglądać? Wreszcie zasadnicza kwestia: czy „głos” ducha ojca, złożony głównie z archiwalnych dokumentów, świadectw pojedynczych ludzi oraz własnych, niekoniecznie pozytywnych wspomnień – jest wiarygodny?

Na scenie mamy pełną ascezę – dwóch ubranych na biało aktorów, kilka pudełek, maszyna do pisania, na której aktorzy spisują historię głównego, nieobecnego bohatera tej opowieści, Henryka Ryniewicza, prawdziwego ojca reżysera. Nad nimi prosta konstrukcja z neonów, będąca jedną z głównych bohaterek spektaklu – wielkie brawa dla reżysera światła Christophera Kuhla za stworzenie niesamowitego, osobnego widowiska. Do tego znakomita warstwa dźwiękowa wykreowana przez III symfonię Henryka Mikołaja Góreckiego, wokalistkę i autorkę kompozycji, Marianę Sadovską oraz autora interaktywnej maszyny do pisania – Andrew Schneidera.

W pewnym momencie bohaterowie spektaklu, rewelacyjnie zagrani przez Andrew Schneidera oraz Sonny’go Valicenti, wyglądali jak rycerze światła z „Gwiezdnych wojen”. Pomyślałem wówczas, że być może synowską zemstą tego amerykańskiego Hamleta – Larsa Jana, jest właśnie sam spektakl, a może nawet sztuka w ogóle. Tylko taka zemsta miałaby sens, niezależnie od winowajcy. Bo taka zemsta naprawdę oczyszcza. Pozwala wybaczyć, a przy tym nie pozwala zapomnieć.

Odkrycia, których dokonujemy wraz z bohaterami spektaklu, prowadzą nas daleko poza prostą rodzinną historię. Uświadamiają nam, że jesteśmy trybikami w odwiecznej walce dobra ze złem, pionkami na szachownicy wielkiej historii, które poświęca się łatwo i bez żalu. Pamiętajmy jednak, że pionek, który dojdzie szczęśliwie do końca szachownicy, może przemienić się w dowolną figurę… Myślę, że Larsowi Janowi i bohaterom jego spektaklu udało się dokonać takiej przemiany. Czy nam, widzom, daje to jakąś nadzieję – muszą ocenić Państwo sami.

WIEŚCI Z RAJU

Dziś rusza na Boskiej Komedii sekcja PARADISO – przegląd spektakli młodego pokolenia reżyserów. Cieszy fakt, że prym w tej grupie wiodą panie. Nowością tegorocznej edycji jest konkursowy charakter przeglądu. Podobnie jak w konkursie głównym spektakle PARADISO – a jest ich osiem – będą oceniane przez międzynarodowe jury. W jego składa wchodzą Alejandro Moreno (Chile), Jason Danino Holt (Izrael), Yun-Cheol Kim (Korea Płd.)

Przegląd zainauguruje „Drugi spektakl” Anny Karasińskiej, reżyserki o najgorętszym bodaj nazwisku sezonu. To oczywiście efekt powiewu świeżości, a właściwie orkanu, jaki za sprawą jej pierwszego spektaklu - „Ewelina płacze”- pojawił się w polskim teatrze.

Na uwagę zasługuje seria przedstawień z muzyką w roli głównej. Znana z ambitnej, choć nie do końca udanej adaptacji Houellebecq’a w TR Warszawa Magda Szpecht pokaże przedstawienie „Schubert. Romantyczna kompozycja na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy” (Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego, Wałbrzych)będące w istocie swobodną muzyczno-literacką wariacją na temat życia austriackiego kompozytora. Podobną tematykę znajdziemy w świetnym „Holzwege” Katarzyny Kalwat (TR Warszawa), opowiadającym w przejmujący sposób o życiu i muzyce zapomnianego polskiego kompozytora, Tomasza Sikorskiego. Muzyka będzie również kluczem do spektaklu gospodarza festiwalu, krakowskiego Teatru im. Julisza Słowackiego, który zaprezentuje „Dzieje Upadków” Małgorzaty Warsickiej na podstawie „Kuzynki Bietki” Honoriusza Balzaka.

Wspomniany wyżej Teatr im. Szaniawskiego pokaże jeszcze dwa swoje spektakle: „Cynkowych chłopców” w reżyserii Jakuba Skrzywanka na podstawie znakomitej książki ubiegłorocznej noblistki Swietłany Aleksijewicz oraz „Zapolską superstar” Anety Groszyńskiej, przedstawienie rzucające nowe światło na postać znanej i „upupionej” przez szkolną listę lektur autorki „Moralności pani Dulskiej”. Przy tej okazji należy złożyć gratulacje Danucie Marosz i Maciejowi Podstawnemu – dyrektorom wałbrzyskiej sceny, dziś bez wątpienia stolicy młodego polskiego teatru.

Z ciekawością czekam na „Wesele” Wyspiańskiego – spektakl lalkowego Teatru im. H.Ch.Andersena w Lublinie w reż. Jakuba Roszkowskiego. Rzadko się zdarza (a szkoda!), żeby w programie wielkiego festiwalu teatralnego na równych prawach uczestniczył niedoceniany w Polsce teatr lalek. Ciekawie zapowiada się też teatralno-filmowo-rysunkowy „Krótki zarys wszystkiego” w reż. Teo Dumskiego (Cloud Theatre, Wrocław), przyglądający się współczesnemu światu z lotu ptaka.

Dopełnieniem sekcji PARADISO przedstawienia dyplomowe polskich szkół teatralnych. Zobaczymy zatem: „Dogville” w reż. Aleksandry Popławskiej (PWST Kraków), „Między nami dobrze jest” w reż. Agnieszki Glińskiej(PWST Kraków), „Marię Stuart” w reż. Grzegorza Wiśniewskiego (PWSFTviT), „Ożenek” w reż. Wiktora Loga-Skarczewskiego (PWST Kraków), „Orlando” w reż. Weroniki Szczawińskiej (PWST Wrocław) oraz lalkowe „Pospolite żywoty martwych Polaków” w reż. Marcina Wierzchowskiego (AT, filia w Białymstoku).

Taka reprezentacja pokazuje, że młode pokolenie reżyserów ma odwagę łączyć własne poszukiwania „bohatera współczesnej rzeczywistości” – jednostki, która stałaby się jednocześnie poligonem doświadczalnym i głównym punktem odniesienia – z eksperymentem formalnym, opartym na interdyscyplinarności sztuk, że szczególnym upodobaniem do muzyki. Czy można mówić tu o jakimś „nowym nurcie”? Zobaczymy.

Trzymając zatem kciuki za wszystkich – tych bardziej doświadczonych i zupełnych debiutantów – wchodzimy na widownię PARADISO z pozornie tylko niewinnym pytaniem: czy młody polski teatr ma nam coś ważnego do powiedzenia na temat sztuki, świata i człowieka? Jestem przekonany, że tak. A co to będzie – dowiemy się już wkrótce. Zapraszam.

Ps. Spektaklu „Robert Robur” Krzysztofa Garbaczewskiego nie zdołam obejrzeć podczas tej edycji festiwalu. Mimo to szczerze polecam, bo widziałem go już dwa razy. Zainteresowanych najnowszą historią teatru odsyłam do recenzji, którą napisałem tuż po premierze:

http://domagalasiekultury.blog.pl/2016/07/08/jasno-ze-oko-wykol-robert-robur-garbaczewskiego-w-tr-warszawa/

DOMAGALAsieBOSKIEJKOMEDII – oficjalny blog Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia. Dzień III

WIELORYB THE GLOBISZ

„A to co za stworzenie? Człowiek czy ryba? Umarły czy żywy? (…) Ma nogi jak człowiek, a płetwy niby ręce! Ciepły, na uczciwość. (…) to nie ryba, lecz wyspiarz, dopiero co piorunem zabity.”

Powyższy fragment monologu Trynkula z II aktu szekspirowskiej „Burzy”, opisujący Kalibana, doskonale oddaje kwintesencję wielkiej, tytułowej roli Krzysztofa Globisza w spektaklu „Wieloryb The Globe”, w reżyserii Evy Rysovej. Globisz, podobnie jak Kaliban, został przecież „dopiero co piorunem zabity”, a jeszcze „ciepły”. Do tego – uwięziony na wyspie własnego człowieczeństwa przez jakiegoś niezgłębionego i wiecznego Prospera – z równym Kalibanowi uporem, siłą i determinacją walczy o swoją godność i prawo do życia. Każde jego słowo, spojrzenie czy gest jest nie tylko budulcem głębokiej, poruszającej kreacji aktorskiej, lecz także wyzwaniem rzuconym nieskończonym siłom natury, jakąś przejmującą epifanią odwiecznego ludzkiego buntu przeciwko własnemu losowi i temu, kto tym losem kieruje. Globisz jest tu właśnie The Globe – całym Teatrem i całym światem, który w swoim scenicznym istnieniu uosabia wszystko, co w człowieku najpiękniejsze. To porusza i daje nadzieję.

Spektakl Rysowej jest znakomity. Tekst Mateusza Pakuły, aktorstwo Globisza, jak również towarzyszących mu świetnych Zuzanny Skolias i Marty Ledwoń oraz scenografia i kostiumy Marcina Chlandy w połączeniu z ciekawą, nowatorską formą spektaklu, sprawiły, że wieczór w Łaźni Nowej zapamiętam na długo.

SŁOWEŃSKI POCAŁUNEK MICHAŁA BORCZUCHA

„Dramaty księżniczek” Elfriede Jelinek to cykl pięciu scenicznych miniatur, których bohaterki wywodzą się ze świata baśni (Królewna Śnieżka, Śpiąca królewna) oraz ich odbicia w świecie pop-kultury (pisarka Rosamunde – porte parole Jelinek, Sylwii Plath, Ingeborg Bachmann, Jackie Onasis i Lady D.). Kluczem do całego cyklu jest motyw księżniczki, która swoją pozycję społeczną uzyskuje głównie dzięki ojcu. Jelinek oddaje scenę kobietom, aby mogły się wreszcie w pełni wypowiedzieć i zmierzyć ze społeczną dominacją patriarchatu.

Słoweński spektakl Michała Borczucha oparty jest na bardzo ciekawym pomyśle: oto pięć aktorek siedzi przy stoliku i próbuje zmierzyć się ze swoimi rolami – aktorskimi i społecznymi. Narracja spektaklu odbywa się zatem przynajmniej na dwóch poziomach. Ich wzajemna relacja oraz wynikające z niej napięcie dawały szansę na kawałek dobrego, krwistego teatru.

I tu spotkał mnie zawód. Ze sceny na scenę spektakl grzązł coraz głębiej w przepastnych meandrach tekstu Jelinek, który stawał się coraz bardziej niezrozumiały. To efekt przegadanej i pozbawionej dramaturgii adaptacji Tomasza Śpiewaka. Osobiście zgubiłem się całkowicie tuż po scenach z ucharakteryzowaną na Jelinek pisarką Rosamunde. Finałem przedstawienia była dla mnie onanistyczna scena w szpitalu; potem czułem się niczym bohaterka ostatniej sceny spektaklu, przez sporą jej część siedząca z głową w piekarniku. Z nudów przypomniała mi się słynna Rozalka oraz trzy zdrowaśki.

Spektaklowi nie pomagały też napisy. Śledzenie „kilometrów” prozy Jelinek uniemożliwiało skupienie się na scenicznej akcji, nie mówiąc już o głębszym namyśle nad przedstawieniem. Aktorki ofiarnie próbowały ratować, co się dało, ale próby te spełzły, niestety, na niczym. Część widzów dzielnie walczyła z Morfeuszem; kilku jednak dyskretnie mu uległo. Słoweński pocałunek Michała Borczucha nie zdołał ich obudzić.

Ps. Mam dla Państwa kolejne pozdrowienia!

Jan Peszek  zdj. Tomasz Domagała

Jan Peszek
zdj. Tomasz Domagała

DOMAGALAsieBOSKIEJKOMEDII – oficjalny blog Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia. Dzień II

fot. StudioFILMLOVE

PLASTIKI, reż. G.Wiśniewski fot. StudioFILMLOVE

PLASTIKOWY POJEMNIK NA TEATR

Bohaterką, która ukradła wczorajszą galę otwarcia Boskiej Komedii w Teatrze Słowackiego stała się Mariah Carey. Nie osobiście rzecz jasna, ale artystycznie. Jej świąteczny hit „All I want for Christmas is You” zawojował widownię tuż po trzecim dzwonku. Przyznaję, że przez chwilę pomyślałem nawet, że to Grzegorz Wiśniewski rozpoczyna w ten sposób swoje premierowe „Plastiki”. W końcu, biorąc pod uwagę liczne operacje plastyczne amerykańskiej wokalistki, byłoby to w pełni uzasadnione. Okazało się jednak, że świąteczny blockbuster jest tylko wprowadzeniem do oficjalnej części otwarcia festiwalu. Jak zwykle przemawiali dyrektorzy Teatru/Festiwalu, pani minister oraz wiceprezydent Krakowa. Najbardziej sugestywny przekaz stanowiła jednak muzyczna pointa otwarcia: „all I want for Christmas is You”, drogi widzu.

Na podwójne otwarcie nowej dyrekcji/Festiwalu otrzymaliśmy spektakl Grzegorza Wiśniewskiego „Plastiki” według sztuki Mariusa von Mayenburga. Oto zamożne, mieszczańskie małżeństwo zatrudnia służącą/gosposię do prowadzenia domu. Fabuła ta – zwłaszcza w szacownych murach Teatru Słowackiego – przywodzi na myśl inne słynne dzieło, sławiące przymioty mieszczaństwa – „Moralność pani Dulskiej”. Po kilkudziesięciu minutach spektaklu okazało się jednak, że postać gosposi wyswobodziła się ze wszelkich podobieństw do swej ubożuchnej krewnej Hanki, stając się kimś w rodzaju Iwony z dramatu Gombrowicza – osobą rozsadzającą porządek świata, w który wnika. Jako, że byliśmy w tym właśnie teatrze na początku nowej dyrekcji – wymowa „Plastików” zabrzmiała bardzo optymistycznie.

W sztuce Mayenburga pojawia się też inna dwuznaczna postać: to artysta/szarlatan/hochsztapler (niepotrzebne skreślić) o budzącym liczne skojarzenia u polskiego widza nazwisku Haulupa. Wiśniewski prowadzi swoją narrację w ten sposób, że do końca nie wiadomo, czy spektakl, który oglądamy, to obiektywna opowieść o bohaterach czy zapis kolejnego wizualnego performance’u Haulupy. On sam w finale, zapowiada, że gdy jego, postaci scenicznych oraz widzów, już nie będzie – przyjdą aktorzy i zagrają nasze role. Może więc szaleństwo teatru polega na tym, że wszyscy jesteśmy częścią przepowiedni i jednocześnie jej makabrycznym spełnieniem?

Sztuka Haulupy, jego muza/służąca oraz jakość jego performance’ów, które z pomocą świetnej scenografii Mirka Kaczmarka wykreował na scenie Wiśniewski, ukazują nam się niejako w krzywym zwierciadle. Reżyser, jako twórca sztuki, może sobie na taki autoironiczny gest pozwolić, to buduje kolejne piętro interpretacji jego spektaklu. Nowej dyrekcji pozostaje jednak życzyć, żeby w swojej krucjacie przeciwko struchlałej strukturze mieszczańskiego teatru, nie stała się przypadkiem ilustracją stylu rozszalałego Haulupy.

Nie wszystko w tym spektaklu mi się podobało, aczkolwiek nie czas ratować róże, gdy płoną lasy. Najważniejsze, że przez godzinę czterdzieści zapomniałem o wszystkim: o Mariah Carey, o świętach, zapomniałem, że jestem w TYM teatrze, że są tam TE lustra, TE loże, TEN sufit i TA kurtyna. Zapomniałem – i dobrze. Teatr to przecież żywa sztuka, a nie legenda!

Zespół spektaklu APOKALIPSA podczas ogłoszenia wyników BK 2015, fot. Tomasz Wiech

Twórcy spektaklu APOKALIPSA odbierają główną nagrodę BK 2015, fot. Tomasz Wiech

BOSKA KOMEDIA. POWRÓT KRÓLA. 

Ubiegłoroczny laureat konkursu Inferno Michał Borczuch („Apokalipsa”) prezentuje w tegorocznej edycji dwa swoje spektakle: „Wszystko o mojej matce” w konkursie głównym oraz „Dramaty księżniczek”, zrealizowane w słoweńskim The Mladinsko Theatre, a pokazywane na Boskiej w ramach sekcji „Polskie wątki za granicą”. Na pokaz tego drugiego przedstawienia zapraszamy już dziś o 17:00, w Teatrze Ludowym. Zanim to jednak nastąpi, postanowiłem zapytać reżysera o jego wrażenia po ubiegłorocznym sukcesie:

DsBK: Czym była dla pana wygrana „Apokalipsy” w Konkursie Głównym zeszłorocznej Boskiej Komedii i czy coś zmieniła w pana artystycznym życiu?

Michał Borczuch: Z wygraną związane były duże emocje. Nie było mnie akurat w Krakowie, byłem za granicą, więc informacje o nagrodach dla „Apokalipsy” spływały do mnie na bieżąco od moich aktorów. W jakimś sensie przyjemnie było obserwować to, co się dzieje z dystansu, z odległej perspektywy. Oczywiście, taka nagroda zawsze jest wyróżnieniem, choć dla nas była przede wszystkim potwierdzeniem, że spektakl jest ważny i komunikatywny.

DsBK: Czy myśli pan, że ta wygrana zmieniła sam spektakl – aktorzy nagle zaczęli grać inaczej, pojawiła się jakaś nowa energia, a może wyłoniły się jakieś nowe sensy czy horyzonty?

Michał Borczuch: Po Boskiej dostaliśmy kilka zaproszeń na festiwale zagraniczne. Byliśmy w Bazylei i Rio de Janeiro. Spektakl żyje więc w przestrzeni dużo szerszej. Zauważyliśmy na przykład, że pogrążeni w kryzysie Brazylijczycy odebrali go goręcej niż Szwajcarzy. Ci ostatni zaś bardziej intelektualnie. Wszystkie te „przygody” spektaklu dają nową energię aktorom, którzy, widząc, że temat spektaklu jest wciąż aktualny, żywy, ciągle mają potrzebę konfrontacji spektaklu z nowymi odbiorcami.

DsBK: Mając na uwadze, że prezentuje pan na Boskiej dwa swoje spektakle, chciałbym zapytać, czy wystarczy panu czasu, żeby coś obejrzeć? Czy są w programie festiwalu jakieś spektakle, na które szczególnie pan czeka?

Michał Borczuch: Chciałbym zobaczyć spektakle Karasińskiej, Smolar, Szpecht oraz Kalwat. Fajnie by też było poszwendać się z nimi po festiwalu oraz poza nim, po Krakowie – choć pewnie będzie to trudne.

DsBK: Dziękuję za rozmowę i życzę jak najwięcej festiwalowych wrażeń.

Michał Borczuch: Dziękuję bardzo!